Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liferia Box. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liferia Box. Pokaż wszystkie posty

3 lipca 2017

386. Żel aloesowy Mizon - niezawodny środek na ukąszenia owadów

Żel aloesowy to jeden z najgłośniejszych hitów ostatnich miesięcy. Najpopularniejszy jest ten marki Holika Holika. Zachwala go chyba każdy, kto miał z nim styczność, głównie dzięki temu, że jest to produkt multifunkcyjny. Wystarczy wykazać się odrobiną kreatywności i znaleźć mu nowe zastosowanie - ten żel sprawdza się w każdej roli. 

Dziś jednak nie o Holika Holika będę pisała, a o Mizon. Żel znalazłam w grudniowym pudełku Liferia. Ten żel nie zbiera tak pozytywnych opinii jak HH. Nie jest jednak taki zły, i właśnie o tym chciałabym opowiedzieć.

50 ml żelu znajduje się w poręcznej, zielonej tubce z miękkiego plastiku. Dla mnie to wielki plus, i zdecydowana przewaga nad żelem Holika Holika. Moja tubka żelu ląduje w torebce czy plecaku, bo teraz latem używam go naprawdę często. I już zaczynam myśleć, jak ja będę transportowała wielką butlę HH, która czeka w zapasach. 50 ml to całkiem sporo produktu. Żel w kontakcie ze skórą zamienia się w wodę i jest bardzo wydajny. Pachnie bardzo delikatnie ziołowo, ale na twarzy jest już zupełnie niewyczuwalny.

Takim technicznym minusem zdecydowanie jest brak jakichkolwiek informacji na opakowaniu. Nie ma nawet składu. Dowiedzieć się możemy jedynie, że w żelu jest 90% świeżego aloesu z wyspy Jeju.
 

Na początku żelu używałam jako zastępnika kremu do twarzy. Co drugi albo trzeci dzień nakładam oszczędniejszą warstwę nawilżającą, żeby nie przedobrzyć. Żel średnio się do tego nadawał. Dobrze zastępował tonik, odświeżał i łagodził przesuszenie, ale niestety nie nawilżał ani trochę, nie wygładzał. Sama próbka Holika Holika zdziałała więcej, w tym więc względzie Mizon wypada bardzo słabo. 


Zaczęłam więc stosować żel tylko po peelingu, kiedy skóra była dość mocno podrażniona, a także po depilacji. I tu było wielkie wow. Żel niesamowicie chłodził i łagodził, praktycznie od ręki mijało pieczenie i szczypanie. Moja skóra nie lubi depilatora i reaguje na niego bardzo mocno - żel przynosi jej wielką ulgę. To działanie podsunęło mi na myśl jeszcze jedno zastosowanie żelu.


 Żel wręcz cudownie działa na ukąszenia owadów. Wystarczy posmarować nim bąbla, a pieczenie od razu staje się mniej dokuczliwe. Na tyle, że nie mam ochoty rozdrapywać skóry do krwi. Zwłaszcza teraz, w okresie letnim, kiedy często jeżdżę na działkę na wsi, żel aloesowy wydaje się niezbędny. Mam go stale pod ręką, by posmarować nim każdy świeży ślad po ukąszeniu. 

Właściwości nawilżających w żelu aloesowym Mizon nie odkryłam, nie próbowałam więc nawet stosować go na włosy, jednak jako środek łagodzący podrażnienia spisał się fenomenalnie. Ukąszenia komarów potrafią zepsuć najlepszy letni wieczór, a środki odstraszające nigdy nie odstraszą wszystkich owadów, nie spryskamy się też nimi wszędzie. Żel aloesowy jest wtedy ratunkiem.
 
 

6 czerwca 2017

279. Avena, regenerujący krem do ciała z kolagenem i ekstraktem ze ślimaka

Wiecie za co najbardziej lubię masła i balsamy do ciała? Za to, że ich zapachy naprawdę długo się utrzymują. Można kupić naprawdę pięknie pachnący żel pod prysznic czy mydło, a później rozczarować się, że po wyjściu z łazienki na skórze nie zostaje ani odrobina zapachu. Zupełnie inaczej jest z balsamami. Można dobrać sobie taki zapach, który wieczorem otuli nas, zrelaksuje i ułatwi zasypianie,  rano orzeźwi i pobudzi do działania, a na imprezie podkreśli zapach perfum. 


Od jakiegoś czasu w mojej wieczornej pielęgnacji towarzyszy mi regenerujący krem do ciała z kolagenem i ekstraktem ze ślimaka marki Avena. Trafił on do mnie w grudniowym pudelku Liferia. Już kilka miesięcy temu pokazując zawartość pudełka wspominałam, że skład kremu nie wygląda zachęcająco, i mimo informacji, że może być on stosowany również na twarz, nie mam zamiary tego robić. Krem poszedł w ruch praktycznie od razu, i używany jest już od około pół roku, a jakieś resztki jeszcze są. Dość często zdradzałam go z innymi balsamami, ale mimo wszystko wydajność oceniam na mocną piątkę. 

 Skład przeczytałam i po prostu olałam. W kremach do ciała nie muszę mieć natury. Mam olej kokosowy i masło shea, które leżą i się kurzą, bo nie mam do nich cierpliwości, by czekać aż się najpierw rozpłyną a później łaskawie wchłoną. Krem Avena odpakowała i od razu zakochałam się w jego zapachu. Bo ja go skądś znam, mimo że marka w Polsce raczej niezbyt znana, a już z pewnością nie była znana 10-15 lat temu. A to właśnie z tamtym okresem zapach mi się kojarzy. Jest kremowy, lekko kwiatowy, jakby płyn do kąpieli albo do płukania. To zapach czystości, ciepłej kąpieli i czystej pościeli. Zapach który mnie odpręża i uspokaja, a w końcu usypia. 

Krem jest typowym kremem, ma przyjemną konsystencję, ładnie rozprowadza się po skórze i szybko wchłania. Nie potrzeba go dużo, by się porządnie nasmarować. Skóra po nim jest miękka i pachnąca, ale nie lepi się do ubrania. Efekt nawilżenia nie utrzymuje się niestety długo, konieczne więc jest regularne stosowanie kremu.  Doraźnie jednak Avena sobie radzi - z suchą skórą na łydkach, łokciach, a nawet po opalaniu i depilacji. 

SKŁAD
AQUA, PARAFFINUM LIQUIDUM, PROPYLENE GLYCOL, DIMETHICONE, CETYL ALCOHOL, CETEARYL ALCOHOL, CETEARYL OCTANOATE, ISOPROPYL MYRISTATE, PEG-8 DISTEARATE, GLYCERYL STEARATE, PEG-100 STEARATE, PHENOXYETHANOL, TRIETHANOLAMINE, CARBOMER, PARFUM, CAPRYLYL GLYCOL, ALLANTOIN, IMIDAZOLIDINYL UREA, TETRASODIUM EDTA, NIACINAMIDE, HYDROLYZED COLLAGEN, XANTHAN GUM, HELIX ASPERSA, ETHYLHEXYLGLYCERIN, GLUCOSE, CARRAGEENAN (CHONDRUS CRISPUS).

 Krem okazał się bardzo praktyczny dzięki swojej konsystencji i przyjemnie pachnący, szału jednak nie zrobił. Posiadaczki skóry suchej byłyby pewnie wręcz zawiedzione. Dla mnie to drogeryjny zwyklaczek, tyle że nie do kupienia w Rossmannie.

14 kwietnia 2017

266. Tołpa, żel do demakijażu oczu


Za chwilę zabieram się za pieczenie ciasta. Czekając jednak aż zwolni się miejsce w kuchni, piszę na szybko recenzję kosmetyku do demakijażu, który znalazłam w grudniowym pudełku Liferia. Właśnie dobił dna, więc pora na małe podsumowanie.


Z marką Tołpa miałam do tej pory tylko jedno spotkanie, i był to kosmetyk do kąpieli. Do oczyszczania twarzy używałam jednak sławnego micela z Biedronki, który przecież ma tego samego producenta co Tołpa. Działał super, i właśnie zastanawiam się, dlaczego już tak długo go nie kupowałam. Czy droższy i reklamujący się jako lepszy kosmetyk rzeczywiście był lepszy? Zdecydowanie był inny, a to ze względu na jego formułę. Jak sama nazwa mówi, to żel do demakijażu. Spotkałam się z mleczkami i płynami, ale z żelem to jeszcze nigdy.


Początkowo ta konsystencja była dla mnie wielkim problemem. Nijak nie mogłam wyczuć, ile żelu potrzeba na pokrycie płatka i zmycie makijażu oka. Najgorzej, kiedy nalałam za dużo. Wtedy moje oczy były dosłownie zaklejone, zaraz resztki makijażu dostawały się pod powieki i oczy zaczynały niemiłosiernie szczypać. Tak wiec początki były trudne, nie łatwo było przestawić się po płynnym micelu. Kiedy już jednak ma płatku lądowało tyle żelu, ile powinno, okazywało się, że demakijaż wygląda właściwie identycznie jak w przypadku płynów micelarnych. Cienie i kredki schodziły od razu, do pomalowanych tuszem rzęs trzeba było płatek przycisnąć i chwilę potrzymać. Plusem jest to, że sam żel zupełnie nie podrażnia oczu. Szczypanie występowało tylko wtedy, kiedy za pierwszym razem, gdy na oku kosmetyków było jeszcze dużo, nałożyło się za dużo żelu. Cały cień wpływał wtedy do oka i oko szczypało.


Widząc, że to żel, obawiałam się tłustej powłoczki na skórze po demakijażu. Na szczęście, żel zmywa co ma zmyć i razem z kosmetykami ląduje na płatku kosmetycznym. Skóra przez chwilę jest lekko wilgotna i lepka, ale jak po micelu, po chwili jest sucha i matowa. I naprawdę czysta, ale nie ściągnięta. Żelu używałam również do zmywania pudru, różu, podkładu i korektora, i ze wszystkimi tymi warstwami radził sobie fenomenalnie. Lubiłam nałożyć go cienką warstwę na skórę, potrzymać chwilkę, a następnie ściągnąć całkiem suchym wacikiem. Domywał elegancko, twarz spokojnie mogła sobie czekać do wieczornego mycia. Troszkę gorzej radził sobie z tuszem, bo coś tam zawsze zostawało. Za wielką wadę jednak nie będę mu tego poczytywała, bo ja jestem niecierpliwa, i mało kiedy na zmycie tuszu poświęcam faktycznie tyle czasu, ile potrzeba. Zazwyczaj zmywam go z grubsza, a resztę pozostawiam żelowi do mycia twarzy i wodzie.  


0% 
substancji zapachowej, sztucznych barwników, PEG-ów, SLS-u, silikonów, alkoholu, parabenów i donorów formaldehydu

tak
łagodne substancje myjące, naturalny kolor, roślinne składniki aktywne, fizjologiczne pH, konserwanty, opakowanie bezpieczne dla środowiska - poddawane recyklingowi 


SKŁAD
AQUA, GLYCERIN, POLYSORBATE 20, DISODIUM COCOAMPHODICETATE, SODIUM HYALURONATE, ACRYLATES/C10 ALKYL ACRYLATECROSSPOLYMER, PEAT EXTRACT, SODIUM HYDROXIDE, DISODIUM EDTA, BENZYL ALCOHOL, SALICYLIC ACID, SORBIC ACID. 


Buteleczka zawierająca 150 ml żelu wystarczyła mi na trzy miesiące demakijażu całej twarzy. Całkiem dobry wynik, prawda? Dla mnie to bardzo dobry kosmetyk, który w pełni zaspokaja moje potrzeby w temacie demakijażu. Cieszę się, że dzięki Liferi go poznałam, na pewno kupię go w drogerii.  Wam też polecam go wypróbować, bo jest skuteczny i delikatny, a skóra po nim jest czysta i nie podrażniona.



 
 

28 grudnia 2016

251. Liferia - Grudzień 2016, Edycja Świąteczna


Boxy kosmetyczne, a zwłaszcza ta ich otoczka tajemnicy, kusiły mnie od dawna. Pamiętam, że na początku mojej przygody z blogowaniem, kiedy to po raz pierwszy przeczytałam o popularnych boxach, ich zawartość robiła na mnie wielkie wrażenie. Albo faktycznie była lepsza niż teraz, albo to ja po prostu poznałam więcej kosmetyków i marek i trudniej mnie zaskoczyć. Liferia Box oczarowała mnie jednak listopadową wersją pudełka. Była tak dopracowana i idealnie dobrana, że w moich oczach naprawdę się wyróżniła. A kiedy zobaczyłam pierwszy z ujawnionych kosmetyków, wersję grudniową zapragnęłam dostać pod choinkę. Przesyłka niestety nie zdążyła dotrzeć przed świętami, ale była u mnie już wczoraj. Ciekawa jestem czy pamiętacie ten dreszczyk emocji, kiedy otwierałyście swoje pierwsze tajemnicze pudełko.


1. Wygładzający żel z aloesem - Mizon, Korea, 50ml | 37zł
 To właśnie też żel ostatecznie przekonał mnie do zakupu. Zawiera on aż 90% soku z aloesu z Wyspy Jeju (aż sobie w google.maps wpisałam co to za wyspa, widoki cudne i o dziwo bardzo swojskie), który ma nawilżyć i ujędrnić skórę. Poza aloesem w żelu znajdziemy jeszcze kwas hialuronowy, który chyba wszystkim znany jest ze swoich wręcz odmładzających właściwości; trehaloze, beta-glukan, wyciąg z szarotki oraz lilii. Dodatkowo produkt jest wolny od parabenów i kolorantów, a stosować go można również do ciała i włosów. Dla mnie ten żel to zdecydowanie najlepszy kosmetyk z pudełka i z przyjemnością będę go używała. Zapach ma bardzo delikatny i trochę dziwny, ale za to szybko i dokładnie się wchłonął (póki co tylko na dłoni, bo na twarz jeszcze nie nakładałam), wypróbuję go więc pod makijaż. Trochę się przeraziłam, widzą na tubce datę 20140707. Na polskiej stronie producenta znalazłam jednak informację, że jest to data produkcji i że kosmetyk ma ważność 36 miesięcy (po otwarciu 12). Tam też zaznajomić się można z pełnym składem żelu.


2. Żel do mycia twarzy i oczu, Tołpa, Polska, 150 ml | 21 zł.

Właściwie jest to żel do demakijażu, ponieważ używa się go przy pomocy płatka kosmetycznego. Ze względu na jego fizjologiczne pH, można go stosować również do demakijażu oczu, nie obawiając się podrażnienia. Nie zawiera alergenów, sztucznych barwników, PEG-ów, SLS-ów ani silikonów. Ma odświeżać i regenerować skórę, a także łagodzić podrażnienia. Mnie wystarczy jak będzie zmywał makijaż. Takich produktów nigdy nie za wiele, więc bardzo się z niego cieszę. Tym bardziej, że mimo iż Tołpa to nasza rodzima i dobrze znana (oraz dostępna) marka, do tej pory miałam tylko jeden ich kosmetyk.  


3. Prasowany róż mineralny - VG Professional, Hiszpania | 76 zł.
 
 Kasetka, w której zamknięte są dwa róże, wygląda na naprawdę mocną. Ciężko mi się ją otwiera, mimo że działa to na zasadzie klik i klapka otwarta. Przynajmniej nie będę się bała, że gdzieś mi się przypadkowo otworzy. Tak się zastanawiam, czy były różne wersje tych róży. Patrząc na zdjęcia w tych kilku recenzjach, które znalazłam, wydaje mi się, że moje kolory są inne. Podpisane numerkiem 302 w opakowaniu wyglądają niezbyt ciekawie. Przerażająco ciemnie  i na naprawdę mocno napigmentowane. A to połączenie, którego bardzo się boję. Na skórze tracą jednak na mocy. Przede wszystkim, pigmentacja okazuje się o wiele słabsza niż można przypuszczać na pierwszy rzut oka. Żeby uzyskać zdecydowany efekt trzeba się trochę namachać. Kolory bardziej pasować będą osobom z ciemniejszą karnacją. Na mojej skórze jaśniejszy róż nabiera pomarańczowego odcienia i jest o dziwo mocniejszy niż drugi ciemniejszy (w opakowaniu) róż. Ten drugi na twarzy można wręcz uznać za bronzer. Pędzelek to jakieś totalne nieporozumienie, i mówię to ja, której do makijażu wystarczają najzwyklejsze pędzle z Rossmanna. Maleństwo dołączone do kasetki cały róż zostawia na skórze po pierwszym przyłożeniu. A że róż zbiera się końcówką pędzla, na policzku otrzymujemy kilkucentymetrową różową kreskę, którą bardzo trudno później rozetrzeć. Róży u mnie za wiele nie ma (całe dwa), więc kolejne na pewno się nie zmarnują.



4. Mineralny cień do powiek, odcień Shea Shell - Neauty, Polska | 15 zł.

 Mineralny cień nie zawiera konserwantów, barwników. Znajdziemy w nim za to tlenek cynku i dwutlenek tytanu, które są naturalnymi filtrami słonecznymi. Nie używałam jeszcze nigdy mineralnych cieni do powiek, więc jego aplikacja na pewno na początku będzie sprawiała mi duże problemy. Liferia pomyślała o tym, i do pudełka dołączyła ulotkę z poradami jak radzić sobie z mineralnymi cieniami. Odcień Shea Shell jest bardzo jasnym beżem z mnóstwem połyskujących drobinek. Są one bardzo drobniutkie, więc to raczej świetlista tafla niż deszcz brokatu. Tak jasny kolor przyda się każdemu i świetnie połączy się z innymi kolorami. Nie lubię nakładać nic pod łukiem brwiowym, ale Shea Shell często będzie lądował w wewnętrznym kąciku oka. 



5. Regenerujący krem do ciała i rąk z kolagenem i ekstraktem ze śluzu ślimaka - Instituto Espanol Avena, Hiszpania, 200 ml | 17 zł.

 Krem zawiera dwa główne składniki: niesamowicie ostatnio popularny śluz ślimaka oraz stary dobry kolagen. Ten drugi wnika w głębsze warstwy naskórka i dogłębnie nawilża skórę Krem ma sprawić, że zbledną przebarwienia, znikną zmarszczki i blizny.  Trochę chyba na wyrost te zapewnienia. Mnie wystarczyłaby obietnica, że skóra będzie nawilżona. Według opisu na opakowaniu krem używać można również do twarzy. Skład jednak do tego nie zachęca, bo zaraz po wodzie mamy parafinę. Mniej więcej w połowie aromat, a dopiero na samym końcu kolagen i śluz ślimaka. Czyli o obietnicach z ulotki można sobie zapomnieć. Tak więc krem na twarz zdecydowanie nie, ale na ciało i do rąk może się spisać całkiem dobrze. Plus za to, że nie był testowany na zwierzętach (teraz  ja potestuję na sobie). Pachnie ładnie, kremowo. Kiedyś chyba Dove musiało mieć jakiś żel albo mydełko o tym zapachu, bo wąchając krem przypomina mi się moje późne dzieciństwo i jakoś tak sama na myśl nasuwa się ciepła kąpiel i świeża pościel. 


Kupiłam pojedyncze pudełko, bez subskrypcji, więc pewnie dlatego nie pojawiła się u mnie maska w płachcie.  Przyznaję, trochę mi szkoda, ale zawartość i tak jest bardzo fajna i mnie w zupełności zadowala. Najbardziej cieszę się z aloesowego żelu do twarzy marki, po którą sama raczej bym nie sięgnęła. Jak mnie się czegoś nowego pod nos nie podetknie, to ciężko jest mi się samej zdecydować. Cień do powiek i róże to kosmetyki na lata. A że kolorówki nie mam za dużo, bo w tej kategorii zapasów nie robię, dwa nowe nabytki na pewno nie zginą w gąszczu innych i z pewnością będą często używane. Żel Tołpa i krem Avena na wstępie szału nie robią, ale przecież dopiero po zużyciu ich będę mogła je ocenić. Zużyję na pewno z przyjemnością.