Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ofeminin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ofeminin. Pokaż wszystkie posty

18 czerwca 2019

426. TRESemme - efekt chłodnego blondu w trzy dni

Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że będę blondynką, wyśmiałabym go. Ja i blond włosy? A w życiu. Czarne, rude, fioletowe, no każdy kolor tylko nie blond. Sama nie wiem, dlaczego byłam tak krytycznie nastawiona do blondu na moich włosach. Teraz jednak mi to przeszło i kilka miesięcy temu postanowiłam spróbować, jak też się będę czuła w jasnych włosach. Nie chciałam takiego kompletnie zimnego odcienia, ale też nic żółtego. Wyszło po środku, a ja po farbowaniu nie stosowałam żadnych kosmetyków mających ochłodzić kolor lub zapobiec żółknięciu. Dzięki Ofeminin trafił do mnie zestaw Tresemme Violet Blonde Shine - szampon i odżywka Violet Formula do blond i siwych włosów.


Kosmetyki zawierają ekstrakt z perły oraz fioletowy barwnik, które mają zapobiegać żółknięciu włosów blond, siwych oraz rozjaśnianych. Zamknięte są w 250 ml buteleczkach z korkiem-dziubkiem, który można  odkręcić  Do dostania m.in. w Rossmannie za 25 zł, zarówno szampon jak i odżywka. Moje oczekiwania względem tych kosmetyków nie były duże. Nastawiłam się na to, że ewentualnie w bardzo dobrym świetle jakiś tam efekt na włosach dojrzę i bardziej zapobiegnę żółknięciu niż ochłodzę kolor. Ależ się pozytywnie zdziwiłam. Już po trzech lub czterech użyciach moje włosy zrobiły się dużo, dużo chłodniejsze. Po prostu jakby zmieniły kolor. Zrobiły się jaśniejsze i zdecydowanie mniej żółte. Nie widać również żadnego fioletowego odcienia - włosy są po prostu w kolorze chłodnego blondu.


Na początku używałam duetu codziennie, teraz raz na trzy mycia i efekt utrzymuje się równie dobrze. Oprócz ochładzania koloru, odżywka cudownie wręcz nawilża włosy. Są niesamowicie miękkie i sypkie. Po pierwszych kilku użyciach szampon dodatkowo bardzo ładnie uniósł włosy przy nasadzie i dodał im objętości. Niestety teraz już nie widzę tego efektu, chyba włosy już się do niego przyzwyczaiły. Zapach kosmetyków jest bardzo ładny, taki "fryzjerski", ale nie nachalny, chociaż utrzymuje się na włosach po wysuszeniu. Kolor, zwłaszcza szamponu (ten ciemniejszy) może przerażać wizją szorowania wanny po każdym użyciu. Na szczęście ani szampon ani odżywka nie brudzą wanny czy płytek trwale. Wystarczy spłukać pianę czy resztki produktów i od razu schodzą. Podczas mycia nie pofarbowały mi też nigdy skóry na czole czy dłoni, natomiast po zrobieniu tego zdjęcia na skórze została mi fioletowa plama, której nie mogłam domyć. Widocznie kiedy barwnika jest w jednym miejscu więcej, zostawia ślad.


AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, SODIUM CHLORIDE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, CARBOMER, CITRIC ACID, COCAMIDE MEA, DIMETHICONOL, DISODIUM EDTA, GLYCERIN, GLYCOL DISTEARATE, GUAR HYDROXYPROPYLTRIMONIUM CHLORIDE, HYDROLYZED KERATIN, HYDROLYZED PEARL, PARFUM, PEG-45M, PHENOXYETHANOL, PPG-6, SILICA, SODIUM BENZOATE, SODIUM HYDROXIDE, TEA-DODECYLBENZENESULFONATE, TEA-SULFATE, XANTHAN GUM, LIMONENE, LINALOOL, CI 60730.


 AQUA, CETEARYL ALCOHOL, DIMETHICONE, STEARAMIDOPROPYL DIMETHYLAMINE, AMODIMETHICONE, BEHENTRIMONIUM CHLORIDE, CETRIMONIUM CHLORIDE, DIPROPYLENE GLYCOL, DISODIUM EDTA, GLYCERIN, HYDROLYZED KERATIN, HYDROLYZED PEARL, LACTIC ACID, MAGNESIUM CHLORIDE, MAGNESIUM NITRATE, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, PARFUM, PEG-7, PROPYLHEPTYL ETHER, PHENOXYETHANOL, SODIUM CHLORIDE, XANTHAN GUM, LIMONENE, LINALOOL, CI 60730.


Kosmetyki Tresemme do włosów blond, siwych i rozjaśnianych okazały się dla mnie prawdziwym hitem. Nie dość, że szybko i dość mocno ochłodziły mój kolor, to jeszcze włosy są po nich miękkie i świetnie się układają. Fioletowy barwnik nie sprawił mi żadnych problemów - jest niewidoczny na włosach i nie brudzi łazienki. Szczerze mogę go polecić każdemu, komu zależy na pozbyciu się żółtych tonów z włosów.







12 sierpnia 2017

394. Botanicals Sfresh Care - Coriander Strenght Cure

Mniej więcej w tym samym czasie trafiły do mnie dwa zestawy produktów do włosów do testowania od portalu ofeminin.pl  Na pierwszy ogień poszła mlecza kuracja Nivea, o której pisałam tutaj, teraz powoli kończę kurację wzmacniającą Botanicals Fresh Care do włosów osłabionych i delikatnych od L'oreal. W jej skład wchodzi szampon pielęgnacyjny, balsam pielęgnacyjny, maska rewitalizująca i eliksir wzmacniający. Do mnie trafił szampon i eliksir, i to o nich chciałabym opowiedzieć.



KURACJA WZMACNIAJĄCA - OLEJ Z KOLENDRY

Wzmacniaj swoje włosy od nasady aż po same końce. Zapobiegaj rozdwajaniu się końcówek i łamliwości włosów.

Botanicals Fresh Care ma dla Ciebie rewelacyjne remedium, zainspirowane tradycyjną medycyną
i poddane ekologicznym procesom chemicznym. Połączony z naszym podstawowym kompleksem, olej z kolendry naprawdę czyni cuda.
Ta linia produktów zawiera wiele składników odżywczych i wzmacnia zniszczone włosy. Szampon
z ultralekką pianą delikatnie je pielęgnuje. Dodaj do tego maskę, a ilość łamliwych włosów znacząco się zmniejszy. W dodatku badania L’Oréal wykazują rewelacyjne działanie eliksiru wzmacniającego.

To naturalny preparat zwiększający naturalną moc Twoich włosów. I jeszcze ten świeży, lekki zapach!
Dzięki gamie z kolendrą delikatne włosy nie będą już łamliwe, a suszenie ich suszarką przestanie być codziennym utrapieniem. Czas wreszcie powiedzieć „nie”!
 



W szamponie znajdziemy kompozycję esencji z nasion kolendry, soi i olejku kokosowego, jest on też wolny od silikonów, parabenów i barwników. Przeznaczony jest do włosów delikatnych i osłabionych. Moje osłabione nie są, ale delikatne z całą pewnością. Szampon oczyszcza je delikatnie, ale skutecznie. Nie podrażnia zupełnie skóry głowy. Włosy są po nim delikatne, sypkie, po prostu czuć, że maksymalnie czyste. Nie tracą jednak nic ze swojego blasku i miękkości, jak w przypadku niektórych stricte oczyszczających szamponów. 

Szampon ma bardzo ciekawy zapach, a to przez obecność w składzie kolendry. Na początku trochę mi przeszkadzał, ale w końcu się do niego przyzwyczaiłam i teraz nawet mi się podoba. Jest mocny i długo utrzymuje się na włosach, tym bardziej, jeśli wprowadzimy do pielęgnacji jeszcze eliksir o tym samym zapachu. 

Szampon oceniam na 4+. Daje uczucie świeżości, a przy tym jest łagodny i wydajny. Na plus również opakowanie z pompką, która jest bardzo wygodna w użyciu. 

SKŁAD
AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, COCO BETAINE, LAURETH-5 CARBOXYLIC ACID, COCAMIDE MEA, ISOPROPYL MYRISTATE, COCOS NUCIFERA OIL/COCONUT OIL, SODIUM CHLORIDE, SODIUM BENZOATE, SODIUM ACETATE, SODIUM HYDROXIDE, PEG-60 HYDROGENATED CASTOR OIL, POLYQUATERNIUM-10, SALICYLIC ACID, LIMONENE, LINALOOL, BENZYLSALICYLATE, BENZYL ALCOHOL, ISOPROPYL ALCOHOL, GERANIOL, CORIANDRUM SATIVUM SEED OIL/CORIANDER SEED OIL, CETEARETH-60 MYRISTYL GLYCOL, CITRIC ACID, HEXYLENE GLYCOL, GLYCINE SOJA OIL/SOYBEAN OIL, PARFUM.  

Eliksir wzmacniający stosuje się bez spłukiwania, na całej długości włosów.  Według producenta powinno to być tylko kilka kropel, ja sobie jednak nie żałuję i zawsze nakładam cztery dawki odmierzane pipetą. Eliksir na szczęście nie obciąża włosów i nie skleja ich nawet na końcówkach. Pachnie bardzo mocno i jeśli komuś wybitnie nie spodoba się ten zapach, to używanie eliksiru może zamienić się w koszmar. Kolendrę czuć aż do następnego mycia. 

Eliksir ma mleczny kolor i wodnistą konsystencję. Dlatego nie można od razu nałożyć go więcej, bo po prostu spłynie z dłoni zanim doniesiemy go na włosy. Kosmetyk ma za zadanie ochronić nasze włosy, zwłaszcza na końcach, przed codziennymi uszkodzeniami. Czy to faktycznie robi, trudno ocenić, ponieważ moje końce już przed rozpoczęciem terapii były zniszczone i gotowe na podcięcie. Nie zauważyłam jednak, żeby po eliksirze były one bardziej zdyscyplinowane. Zwłaszcza na końcach puszą się i odstają we wszystkie strony, nie są też w ogóle bardziej miękkie czy błyszczące. Eliksir nie robi z nimi zupełnie nic, co można by zaobserwować gołym okiem. Być może faktycznie zabezpiecza końcówki, ale akurat w tym momencie nie mogę tego zaobserwować. Prawdopodobnie odstawię go na bok i zacznę używać dopiero po podcięciu włosów, do czego zbieram się już kilka miesięcy. Ale ja do fryzjera nie lubię chodzić równie mocno jak do lekarza, wiec nie wiadomo ile mi jeszcze to "wybieranie się" zajmie. 

Podsumowując, na dzień dzisiejszy eliksir dla mnie nie robi nic. Plus za to, że nie skleja włosów, nawet jeśli użyję go naprawdę dużo. Fajnie też byłoby, gdyby był bezzapachowy. Bardzo wydajny.


SKŁAD
AQUA, QUATERNIUM-87, COCOS NUCIFERA OIL/COCONUT OIL, SODIUM BENZOATE, STEARYL ALCOHOL, PPG-1 TRIDECETH-6, EUGENOL, BEHENTRIMONIUM CHLORIDE, POLYQUATERNIUM-37, POLYSORBATE 20, POLYQUATERNIUM-11, LIMONENE, LINALOOL, CANDELILLA CERA/CANDELILLA WAX, PENTAERYTHRITYL TETRA-DI-T-BUTYL HYDROXYHYDROCINNAMATE, BENZYL SALICYLATE, BENZYL ALCOHOL, PROPYLENE GLYCOL, ISOPROPYL ALCOHOL, CAPRYLYL GLYCOL, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, PARAFFINUN LIQUIDUM/MINERAL OIL, GERANIOL, ACRYLATES COPOLYMER, SORBITAN OLEATE, COLIABDRUM SATIVUM SEED OIL/CORIANDER SEED OIL, CITRIC ACID, CITRAL, CITRONELLOL, GLYCINE SOJA OIL/SOYBEAN OIL, PARFUM.



Dwa spośród czterech kosmetyków nowej serii L'Oreal szału nie zrobiły. Szampon jest poprawny, nic złego nie robi, i tyle mi wystarczy. Odkryciem roku jednak nie jest. Eliksir wzmacniający to dla mnie kosmetyk zbędny i zupełnie obojętny moim włosom. A przez intensywny i specyficzny sposób ani mama ani siostra nie dały się namówić na testowanie, nie wiem więc czy na innych włosach byłby bardziej skuteczny.

A Wy używałyście już tych kosmetyków? Jak u Was się sprawdziły?
 

  

14 czerwca 2017

282. Nivea Hair Milk

Marka Nivea to jedna z najwcześniej poznanych przeze mnie marek kosmetycznych. Lubię ich kosmetyki do pielęgnacji ciała i twarzy. Z tymi do włosów trochę było mi nie po drodze, bo kilka lat temu jeden z szamponów już po kilku użyciach narobił mi okropnego bałaganu na głowie w postaci łupieżu. Zraziłam się i unikałam ich szamponów bez mała kilka lat. Jednak tylko krowa zdania nie zmienia. Kiedy więc na instagramie zaczęły pojawiać się zdjęcia nowości od Nivea, pomyślałam sobie, że chyba dam im szansę. Akurat wtedy do akcji promocyjnej marki dołączył portal ofeminin.pl, zgłosiłam się więc do testów i zostałam wybrana. 


 W skład zestawu do testowania wchodził mleczny szampon pielęgnujący oraz mleczna odżywka pielęgnująca. Oprócz tego w mlecznej serii dostępna jest jeszcze ekspresowa odżywka. Hasło reklamujące te produkty brzmi "Poznaj tajemnicę włosów Kleopatry".  Hm, kto nie słyszał o mlecznych kąpielach tej najsłynniejszej królowej Egiptu.  Wprawdzie zawsze myślałam, że to był zabieg na ciało, no ale może włosom też się trochę tych protein mlecznych dostawało.

Kosmetyki z mlecznej serii, jak przystało na wszystkie kosmetyki Nivea, ślicznie pachną. Choć nie jest to do końca ten klasyczny zapach Nivei, bardzo go przypomina. Być może wynika to z tego, że krem do twarzy i szampon nie mogą pachnieć identycznie, ponieważ mają inne składy i pewne dodatki mogą zapach zmieniać. 


Szampon ma przyjemną, kremową konsystencję. Mocno się pieni, więc wydajność na plus. Ładnie domywa z włosów zwykłe codzienne zabrudzenia oraz lakier do włosów (innych produktów do stylizacji włosów nie próbowałam), po umyciu nie czuć jednak takiej mega świeżości i uniesienia u nasady jak w przypadku niektórych szamponów. Ale w końcu nie jest to produkt stricte odświeżający na dłużej, ale regenerujący, na dodatek przeznaczony do włosów suchych i zniszczonych. Najstarsza partia moich włosów, a więc od połowy w dół, jest już zdecydowanie zniszczona, ma w końcu kilka lat. Na całej długości są za to cienkie, i szampon był dobierany pod tym kątem. 


Szampon niesamowicie wygładza i zmiękcza włosy. Zdecydowanie mniej po nim odstających króciutkich włosków na całej długości. W dotyku czuć też tę miękkość i gładkość, a po dokładnym rozczesaniu włosy błyszczą bardziej niż zazwyczaj.  A do tego pięknie pachną, ponieważ zapach utrzymuje się przez kilka godzin. Szamponu używałam również solo, bez odżywki, i wtedy również efekty te były widoczne. Na szczęście nie miałam powtórki zdarzenia sprzed kilku lat i szampon w żaden sposób nie wpłynął na stan skóry głowy. Inny skład, ale też inna kondycja skóry zapewne. Grunt, że nic nieprzyjemnego się nie stało, a ja mogłam w pełni cieszyć się z efektu na włosach.


SKŁAD
AQUA, SODIUM LAURETH SULATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, SODIUM CHLORIDE, LANOLIN ALCOHOL (EUCERIT), HYDROLYZED MILK PROTEIN, PANTHENOL, POLYQUATERNIUM-10, GLYCERIN, PEG-40 HYDROGENATED CASTOR OIL, SODIUM BENZOATE, CITRIC ACID, STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER, LIMONENE, LINALOOL, GERANIOL, BENZYL ALCOHOL, CITRONELLOL, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, PARUM.



Odżywka znajduje się w 200 ml opakowaniu z dość twardego plastiku. Właśnie ją kończę i już widzę, że są problemy z wyciśnięciem resztki odżywki. Nożyczki będą niezbędne. Zapach identyczny jak w przypadku szamponu, konsystencja gęstsza.  Nie wiem czy to właśnie jej zasługa, czy może moich włosów, które ją momentalnie spijają, ale żeby nasmarować całe włosy, potrzeba jej naprawdę sporo. Niektórych odżywek i masek potrzebuję po prostu mniej, tu się nie da zaoszczędzić. A przy tak małej pojemności i dość długich włosach daje to efekt dość krótkiego korzystania z dobrodziejstw odżywki. A tych kilka jest.


Przede wszystkim, odżywka wzmacnia efekty jakie daje szampon. Wygładza włosy, zmiękcza je bez obciążania. Do tego rewelacyjnie rozdziela splątane pasma, co widoczne jest już przy jej spłukiwaniu. Kilka razy użyłam jej po innym szamponie, takim dość mocno oczyszczającym a więc i mocno plątającym włosy, i nie miałam później żadnego problemu z rozczesaniem ich.  Odżywka ujarzmiła nawet moje nadające się już do cięcia końcówki, które były mniej spuszone i przyjemniejsze w dotyku. No i ten zapach - naprawdę polubiłam moje włosy pachnące Niveą. 

SKŁAD
AQUA, CETYL ALCOHOL, MYRISTYL ALCOHOL, DIMETHICONE, CETRIMONIUM CHLORIDE, STEARAMIDOPROPYL DIMETHYLAMINE, LANOLIN ALCOHOL (EUCERIT), HYDROLYZED MILK PROTEIN, PANTHENOL, GUAR HYDROXYPROPYLTRIMONIUM CHLORIDE, COCO-BETAINE, SODIUM CHLORIDE, C12-15 PARETH-3, COCAMIDOPROPYL BETAINE, LACTIC ACID, PHENOXYETHANOL, LIMONENE, LINALOOL, GERANIOL, BENZYL ALCOHOL, CITRONELLOL, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, PARFUM,  

Seria Hair Milk okazała się na tyle przyjemna, że z pewnością jeszcze do nie wrócę. Planuję też wypróbować ekspresową odżywkę. Zazwyczaj nie stosuję takich produktów, bo boję się obciążyć moje cienkie włosy, ale ani w przypadku zwykłej odżywki ani szamponu nie było tego problemu, więc zaryzykuję.  Produkty mają piękne zapachy i natychmiastowe działanie. Właśnie to w produktach do włosów lubię - myję włosy szamponem a po wysuszeniu już widzę efekt. A wy znacie nowość od Nivei? Widziałam, że dość sporo was też testowało te kosmetyki. Jak sprawdziły się u was? Opinie innych testerek poczytacie tutaj.
 






 




26 maja 2017

278. Lirene, C+Dpro Vitamin Energy - żel, serum i krem do twarzy






Od dwóch tygodni w mojej wieczornej pielęgnacji królują kosmetyki Lirene C+Dpro Vitamin Energy. Żel do mycia twarzy, serum oraz krem wchodziły w skład paczuszki, który otrzymałam do testów od portalu ofeminin.pl  Linia C+Dpro Vitamin Energy to linia kosmetyków mających dodać naszej skórze blasku i energii, obudzić ją po zimie. Sam wygląd i zapach kosmetyków pozytywnie nastrajają, zwłaszcza jeśli sięga się po nie w deszczowe poranki.


Pierwszy z trójeczki jest żel myjąco-energetyzujący. Ma on dokładnie oczyścić, zwęzić pory i zmniejszyć ich widoczność oraz zapewnić zdrowy wygląd cery. Za efekt promiennej cery odpowiada połączenie Duo C z wit. Dpro, natomiast kompleks oligosacharydowy wspomaga odblokowywanie i zwężanie porów oraz ujednolica koloryt skóry. W pomarańczowym żelu gołym okiem widoczne są żółte i pomarańczowe mikrokapsułki, w których zamknięta jest witamina E. Podczas mycia kapsułki rozpuszczają się i łączą z żelem. 

Żel przyjemnie się używa ze względu na jego pomarańczowy, słodki i orzeźwiający zapach. Potrafi obudzić nawet wcześnie rano. Żel dość słabo się pieni i podczas używania go mam wrażenie, że oblepia moją twarz klejącą warstwą. Trochę dłużej się też go spłukuje, ale po osuszeniu twarzy skóra jest czysta i nie ma na niej śladu kosmetyku. Po jego użyciu skóra jest dość mocno ściągnięta, od razu trzeba użyć toniku lub kremu. Nie zauważyłam jednak, żeby moja skóra była przesuszona na dłuższą metę, nie mam suchych skórek w ilościach większych niż zwykle. Przez dwa tygodnie zużyłam około 1/4 opakowania.


SKŁAD
 AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, GLYCERIN, COCAMIDOPROPYL BETAINE, ACRYLATES COPOLYMER, TRIETHANOLAMINE, HYDROXYACETOPHENONE, DISODIUM EDTA, CELLULOSE, MANITOL, LACTOSE, PEG-18 GLYCERYL OLEATE/COCOATE, HYDROXYPROPYL METHYLCELLULOSE, TOCOPHERYL ACETATE, ASCORBYL TETRAISOPALMITATE, POLYSORBATE 20, CICHORIUM INTYBUS (CHICOTYL) ROOT EXTRACT, LENS ESCULENTA (LENTIL) SEED EXTRACT, ETHYL ASCORBIC ACID, LECITHIN, LONICERA JAPONICA FLOWER EXTRACT, LONICERA CAPRIFOLIUM FLOWER EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, METHYLPARABEN, PHENOXYETHANOL, BENZYL ALCOHOL, DEHYDROACETIC ACID, BENZOIC ACID, PARFUM, LIMONENE, CI 77492, CI 12085, CI 19140, CI 16035.



Skoncentrowane serum przeznaczone jest do pielęgnacji skóry twarzy, szyi i delikatnych partii pod oczami. Połączenie dwóch form witaminy C rozświetla skórę i chroni DNA komórek skóry, niwelując negatywne skutki promieniowania UV, stymuluje syntezę kolagenu w głębokich warstwach skóry.  Witamina Dpro likwiduje skutki niedoboru witaminy D w skórze, wzmacnia barierę naskórkową i utrzymuje odpowiedni stopień nawilżenia, a witamina E skutecznie walczy z oznakami starzenia oraz działa stabilizująco na witaminę C. 

Serum znajduje się w szklanej buteleczce z pompką. W opakowaniu jest blado pomarańczowe, po wyciśnięciu bezbarwne. W kontakcie ze skórą nabiera konsystencji odrobinę gęstszej niż woda. Ładnie się rozprowadza i bardzo przyjemnie pachnie - jak cała seria, pomarańczą. Pomarańczowe minikapsułki z witaminą E rozpuszczają się i na skórze nie pozostawiają żadnych kolorowych smug.  Trudno ocenić działanie samego serum, ponieważ od początku stosuję go w duecie z kremem, i pewnie efekt końcowy to ich wspólna zasługa. O samym serum powiedzieć mogę tyle, że nawet po wchłonięciu skóra pozostaje odrobinę lepka, znika jednak uczucie ściągnięcia. Skóra jest uspokojona i czeka sobie na krem, u mnie nawet nieco ponad godzinę, a więc do momentu, kiedy już kładę się do łóżka. Serum przeznaczone jest do stosowania na noc. Dwa razy użyłam go rano pod krem, i na to nałożyłam makijaż - ładnie się trzymał i skóra nie przetłuściła się szybciej. Przez dwa tygodnie zużyłam ok. 1/3 opakowania.


SKŁAD
AQUA, PROPANEDIOL, ALCOHOL DENAT, TRIETHANOLAMINE, CARBOMER, PPG-26-BUTETH-26, PEG-40, HYDROGENATED CASTOR OIL, GLYCERIN, BUTETH-3, DISODIUM EDTA, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, CITRUS AURANTIUM DULCIS (ORANGE) FRUIT EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, SODIUM BENZOTRIAZOLYL BUTYLPHENOL SULFONATE, CICHORIUM INTYBUS (CHICORYL) ROOT EXTRACT, ASCORBYL TETRAISOPALMITATE, CELLULOSE, MANNITOL, LACTOSE, ETHYL ASCORBIC ACID, LECITHIN, TRIBUTYL CITRATE, SODIUM HYALURONATE, LONICERA JAPONICA FLOWER EXTRACT, LONICERA CAPRIFOLIUM FLOWER EXTRACT, HYDROXYPROPYL METHYLCELLULOSE, TOCOPHERYL ACETATE, POLYSORBATE 20, PHENOXYETHANOL, DEHYDROACETIC ACID, BENZYL ALCOHOL, BENZOIC ACID, PARFUM, LIMONENE, HEXYL CINNAMAL, HYDROXYISOHEXYL, 3-CYCLOHEXENE CARBOXALDEHYDE, LINALOOL, CITRONELLOL, GERANIOL, CI 77492, CI 19140, CI 12085, CI 16035. 


 I ostatni z pomarańczowej trójeczki, nawilżający krem-żel rozświetlający na dzień i na noc. Krem-żel to formuła, którą zdecydowanie lubię najbardziej. Moja cera szybko się przetłuszcza, a żel zdecydowanie szybciej i dokładniej się wchłania, od razu działając tam gdzie ma działać, pod a nie nad naskórkiem. Nawilża, ale nie zostawia tłustej powłoczki na skórze. Tak też zachowuje się i krem od Lirene. Dobrze się rozprowadza i ekspresowo wchłania. W przeciwieństwie do serum, nie pozostawia żadnego nieprzyjemnego tłuszczyku, bez obaw mogę nakładać na niego nawet najmniej skory do współpracy podkład. 

SKŁAD
AQUA, GLYCERIN, ALCOHOL DENAT, ISOPROPYL ISOSTEARATE, PEG-20 METHYL GLUCOSE SESQUISTEARATE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, TRIETHANOLAMINE, PEG-70 MANGO GLYCERIDES, SODIUM POLYACRYLATE, DIMETHICONE, CITRUS AURANTIUM DULCIS (ORANGE) FRUIT EXTRACT, LACTOSE, CELLULOSE, ASCORBYL TETRAISOPALMITATE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CYCLOPENTASILOXANE, MANNITOL, TRIDECTH-6, DISODIUM EDTA, PEG/PPG-18/18 DIMETHICONE, CICHORIUM INTYBUS (CHICORY) ROOT EXTRACT, SODIUM HYALURONATE, HYDROXYPROPYL METHYLLELLULOSE, ETHYL ASCORBIC ACID, LECITHIN, POLYSORBATE 20, TOCOPHERYL ACETATE, LONICERA CAPRIFOLIUM FLOWER EXTRACT, LONICERA JAPONICA FLOWER EXTRACT, PHENOXYETHANOL, BENZYL ALCOHOL, DEHYDROACETIC ACID, BENZOIC ACID, PARFUM, LIMONENE, HEXYL CINNAMAL, CI 77492, CI 12085, CI 19140, CI 16035.



Witaminowy krem znajduje się w plastikowym słoiczku z błyszczącą srebrną nakrętką. Niby więc plastik, a wygląda elegancko. Pachnie identycznie jak reszta kosmetyków z linii. Jego działanie ma być w zasadzie identyczne jak w przypadku serum. Ma dać efekt rozświetlenia, ujędrnienia, nawilżenia oraz dodać energii naszej skórze. Czy tak jest? Zdecydowanie. Pomarańczowe trio bardzo mnie zaskoczyło, bo już po dwóch lub trzech dniach zauważyłam różnicę. Po zerknięciu rano w lustro stwierdziłam, że moja cera wygląda zdecydowanie lepiej, choć trudno było mi dokładnie powiedzieć, co takiego się zmieniło. Po dłuższym czasie efekt był jeszcze mocniejszy i teraz już wiem, że to po prostu poprawił się koloryt mojej skóry, wyrównał, ujednolicił, przebarwienia zrobiły się dużo mniej widoczne. Efekt był naprawdę wielkim wow, bo w tym czasie nie było u mnie w ogóle słońca, a skóra zachowała się tak, jakbym miała już za sobą pierwsze porządne opalanie. Zimą moja cera jest w złym stanie, zwłaszcza pod koniec zimy, ponieważ strasznie brakuje jej witaminy D. Jest nie tyle blada co wręcz szara, przetłuszcza się i pojawiają się wypryski oraz przebarwienia, które na tle tej bladej szarości są bardzo widoczne. Żałuję, że nie miałam trio Lirene wcześniej. Teraz do spółki ze słońcem odżywiają moją skórę i faszerują ją witaminkami, a po niej widać, że naprawdę dobrze jej to robi. Krem i serum bardzo poprawiły wygląd cery, troszkę gorzej poszło z nawilżeniem. W bardziej przesuszonych partiach skóry, zwłaszcza na nosie, muszę ratować się czymś mocniejszym.

Z całej trójki najmniej do gustu przypadł mi żel. Mimo że po zmyciu nic na skórze nie czuć, nie podoba mi się jego lekko glutowata konsystencja oraz to, że po umyciu nim twarz jest ściągnięta i muszę się natychmiast ratować kremem albo tonikiem. Żel więc skończę i nie wrócę do niego, krem i serum chcę jednak mieć na dłużej. Po raz pierwszy kosmetyki mające poprawić wygląd cery naprawdę coś w tym kierunku zdziałały. Efekt widoczny gołym okiem po kilku zaledwie użyciach? Wielkie wow. Tak więc krem i serum bardzo polecam, bo naprawdę się wyróżniają, żel wypadł zdecydowanie słabiej.
  
Za kosmetyki dziękuję portalowi ofeminin.pl Pozostałe opinie o trio poczytać możecie tutaj.
 


5 maja 2017

271. Rimmel, Mascara Volume Shake

Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu tusze do rzęs mogły dla mnie nie istnieć. Zawsze w domu jakiś miałam, ale nie używałam ich w codziennym makijażu. Dziś łapię się na tym, że czasami tusz i podkład to mój cały ekstremalnie szybki makijaż. Tusz muszę mieć, a jak się skończy, to tak jakby się szampon skończył - następca musi być od ręki.

Ulubionego nie mam, mam jednak w pamięci dwa worki - jeden z tuszami, do których nigdy nie wrócę, i jeden z takimi, które kiedyś kupię znowu. Jakiś czas temu wykończyłam jeden, który poleciał do wora nie kupuj, i zabrałam się za używanie nowego tuszu Volume Shake od Rimmel.


Wstrząśnij, żeby zachować świeżość produktu!  

Opatentowana technologia Shake-Shake pomaga zachować świeżość maskary. Szczoteczka zaprojektowana jest w sposób, który pozwoli Ci na uzyskanie pięknego wachlarza rzęs.
• Przełomowa technologia Shake-Shake, która pomaga zachować świeżość produktu
• Niesamowita objętość bez grudek
• Maskara pozostaje świeża od pierwszego do ostatniego użycia.
Opatentowana technologia Shake-Shake pozwoli Ci cieszyć się niesamowitą objętością na dłużej!

źródło



 Mascara wyróżnia się opakowaniem, w środku którego oprócz tuszu i szczoteczki znajdziemy kuleczki albo inne ustrojstwo, które przy potrząsaniu miesza tusz i rozbija jego grudki. Pomysł bardzo fajny, do tej pory coś takiego spotkałam w jednym lakierze do paznokci. Póki co nie mogę jednak ocenić czy faktycznie zwiększa żywotność mascary, ponieważ najzwyczajniej jest ona jeszcze młoda i świeża sama w sobie. Potrząsać jednak zawsze potrząsam :)


Zarówno samo opakowanie jak i szczoteczka są dosyć spore i niezbyt poręczne. Tak duża szczoteczka faktycznie ładnie i dokładnie maluje rzęsy, ale tylko te w środkowej części. Nie jest łatwo dotrzeć nią do kącików oczu bez ubrudzenia się tuszem. Czasami wolę się poddać i rzęsy pomalować tyle o ile, niż ryzykować, że kolejne piętnaście minut spędzę na zmywaniu tuszu z nosa i policzków. 

Sam tusz spisuje się znakomicie. Dużo zależy oczywiście od tego jak wyglądają nasze rzęsy i jak bardzo przyłożymy się do ich pomalowania. Moje są długie ale rzadkie, tusz więc je optycznie wydłuża i tylko trochę pogrubia. Nakładanie dwóch warstw przeważnie kończy się posklejanymi rzęsami, ale tusz ma na tyle intensywny czarny kolor, że już jednak warstwa w zupełności wystarczy. Tusz się nie rozmazuje ani nie osypuje przez cały dzień. Dosyć trudno też go zmyć, mimo że nie jest wodoodporny. 



Dla mnie to dobry tusz, i na tyle właśnie go oceniam - na 4. Do piątki zabrakło wygodniejszej szczoteczki, ta jest po prostu za duża by swobodnie pomalować nią nawet najkrótsze rzęsy w kącikach oczu. Za możliwość wypróbowania tuszu dziękuję portalowi Ofeminin, a was zapraszam do zapoznania się z innymi opiniami o mascarze tutaj.

8 listopada 2016

236. Pharmaceris, Krem z 5% kwasem migdałowym

Odkąd zaczął się u mnie okres dojrzewania, stan mojej cery praktycznie cały czas przyprawia mnie o dreszcze. Mimo że etap młodzieńczego trądziku jest już za mną, pozostała mi tłusta skóra skłonna do zapychania. Kiedyś i ja uległam pozornie logicznemu stwierdzeniu, że skoro skóra się przetłuszcza, to trzeba ją wysuszać. Używałam więc napakowanych chemią żeli do mycia, toników z alkoholem i mocnych peelingów. Bardzo polubiłam się też z maścią cynkową a nawet pastą do zębów. I mimo że cudów nie widziałam, sądziłam, że bez tego całego arsenału byłoby gorzej.

Opamiętanie przyszło mi dopiero na studiach. Wtedy też zauważyłam, że moja tłusta cera, o dziwo, potrafi się przesuszać i to całkiem mocno, jednocześnie dalej się świecąc. Może więc potrzebuje kremu nawilżającego? Może tę pastę to tylko do zębów, a na twarz już niekoniecznie? Może tak nie zawsze nakładać podkład i dać czasem skórze pooddychać? Metodą prób i błędów poznałam potrzeby mojej cery i teraz już wiem, co muszę jej koniecznie zafundować a co lepiej ograniczyć. Topowym must have okazał się kwas migdałowy. Bardzo więc ucieszyłam się, że razem z portalem Ofeminin.pl będę testowała krem Pharmaceris, który właśnie ten kwas zawiera. 



Produkt stworzony przez naukowców z Centrum Naukowo-Badawczego Dr Irena Eris.

Krem z 5% kwasem migdałowym
WSKAZANIA: Krem o wysokiej tolerancji, przeznaczony do codziennej pielęgnacji na noc dla skóry trądzikowej również delikatnej i wrażliwej, z przebarwieniami i nierównym kolorytem oraz przetłuszczającej się. Krem można bezpiecznie stosować przez cały rok. Latem zaleca się stosowanie kremu z filtrem o min. SPF 20.

DZIAŁANIE: Krem działa przeciwtrądzikowo i regulująco na wydzielanie sebum likwidując istniejące zmiany trądzikowe oraz ogranicza powstawanie nowych niedoskonałości. Kwas migdałowy delikatnie złuszcza martwe komórki naskórka odblokowując pory i łagodząc zmiany trądzikowe. Umożliwia jednocześnie głębszą penetrację w głąb skóry ekstraktu z cytryny, który działa rozjaśniająco i wygładzająco. Synergiczne działanie składników aktywnych sprawia, że krem doskonale wygładza skórę, zmniejsza widoczność porów i ujednolica jej koloryt. Produkt może być stosowany samodzielnie lub dla lepszego efektu złuszczania w dwu-stopniowej kuracji z kremem SEBO-ALMOND PEEL 10% .


SKŁAD
AQUA, MANDELIC ACID, PPG-15 STEARYL ETHER, PROPYLENE GLYCOL, STEARETH-21, CETEARYL ALCOHOL, TROMETHAMINE, STEARETH-2, DIMETHICONE, NYLON-12, CYCLOPENTASILOXANE, MAGNESIUM ALUMINUM SILICATE, CHONDRUS CRISPUS (CARRAGEENAN), CETEARETH-20, XANTHAN GUM, CYCLOHEZASILOXANE, ETHOXYDIGLYCOL, GLUCOSE, BHT, CITRUS MEDICA LIMONUN (LEMON) JUICE, BUTYLENE GLYCOL, ASCORBIC ACID, PHENOXYETHANOL, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, BUTYLPARABEN, ETHYLPARABEN, POTASSIUM SORBATE, PARFUM, CARAMEL. 



Krem wyposażony został w wygodny dozownik. Do kremu nie dostaje się ani powietrze ani bakterie, jest to w pełni higieniczne rozwiązanie. A jakie praktyczne. Ani razu mi się nie zaciął, działa gładko, precyzyjnie odmierzając porcje kremu. Krem jest koloru białego, średnio gęstej konsystencji. Dobrze się rozprowadza i świetnie wchłania, niestety nie do całkowitego matu, więc używam go tylko na noc. Zapach jego może odrzucać, ponieważ nie jest perfumowany. Nie używałam nigdy czystego kwasu migdałowego, ale żel z innej firmy, który też ten kwas zawiera, pachnie identycznie. Kojarzy mi się trochę z gabinetem stomatologicznym, więc przyjemny aromat to to nie jest. Na szczęście nie jest bardzo mocny i nie utrzymuje się na skórze,



Czytają opis działania kremu co chwilę w myślach powtarzałam "idealny krem dla mnie". Ogranicza wydzielanie sebum, oczyszcza pory, złuszcza martwy naskórek. Ideał. A jak w praktyce? 
Po pierwsze, nie do końca zgodzę się, że krem nie podrażnia. Nie mam cery wrażliwej, a i tak po posmarowaniu jej tym kremem czuję jak mnie ona lekko piecze i robi się gorąca. Efekt ten nie zawsze występuję, a kiedy już jest trwa najwyżej pięć minut. No ale jest. Posiadaczki cer wrażliwych mogą zareagować o wiele mocniej.
  Na tym jednak kończą się moje zarzuty względem kremu. Rzeczywiście ograniczył wydzielanie sebum. Na równi z nim używałam na dzień kremu matującego, ale tamten solo aż tak bardzo cery nie matowił. Gołym okiem nie widać, żeby oczyścił pory i sprawił, że będą mniej widoczne. Coś tam jednak musiał oczyścić, bo teraz naprawdę rzadkością jest kiedy coś mi na twarzy wyskoczy. Po kilku dniach używania kremu pojawiło mi się kilka grudek i mniejszych wyprysków, zwłaszcza na linii szczęki. Ładnie się jednak wygoiły i już nie wróciły. Krem w ten sposób oczyścił cerę z największych paskudników, które już się tam pod skórą czaiły. Teraz pilnuje, by nie pojawiły się nowe. Jeśli chodzi o złuszczanie, to mogłoby być większe, aczkolwiek ja go akurat nie wymagam, bo ze starym naskórkiem wolę poradzić sobie za pomocą peelingu. Kwasy złuszczyły mi skórę na bokach nosa i tam co jakiś czas pojawiają mi się białe suche skórki. Krem nie nawilża a wręcz lekko wysusza skóre, więc trzeba połączyć go na przykład z silnie odżywczym kremem na dzień. Po dwóch tygodniach regularnego stosowania go przerzuciłam się na tryb zamienny - raz krem z kwasem, raz typowo nawilżający. Myślę, że nawet rzadsze stosowanie go też dałoby radę.



Po miesiącu używania kremu mogę śmiało polecić go posiadaczkom cery tłustej i mieszanej, którym zależy na oczyszczeniu cery i pokonaniu wyprysków jeszcze przed ich pojawieniem się na skórze. Krem odradzam jedynie posiadaczkom cer wrażliwych, ponieważ dla nich może być po prostu za inwazyjny i za mocny.


26 lipca 2016

217. Rexona, Sctive Shield - antibacterial odour protection

Rexona to moja ulubiona marka antyperspirantów. Używam ich od bardzo dawna. Niektóre wersje były lepsze, inne gorsze, zasadniczo jednak zawsze byłam z nich zadowolona. Najukochańszym zapachem była zielona Rexona for Teens. Pamiętacie je może? To był wielki hit, kiedy byłam jeszcze w gimnazjum. W radiu ciągle leciała ich reklama. Moja przyjaciółka nauczyła się jej na pamięć i ciągle mnie nią zadręczała. Cool Green'em czuć mnie było przez całe gimnazjum. Szkoda, że je wycofano, bo z chęcią bym od czasu do czasu do nich wróciła, mimo że nastolatką dawno nie jestem.

Dzięki portalowi ofeminin testuję teraz Rexonę Active Shield (strona akcji testerskiej).


Antyperspirant Rexona Active Shield to innowacyjny sposób na zachowanie świeżości!
Twórcy Active Shield postanowili połączyć działanie soli antyperspiracyjnych i naturalnych olejków roślinnych, znanych ich właściwości antybakteryjnych. Z tego połączenia powstał antyperspirant, który nie tylko redukuje pocenia, ale też uniemożliwia namnażanie się bakterii, które są odpowiedzialne za nieprzyjemny zapach potu. Rexona Active Shield to 10x większa ochrona przeciw bakteriom powodującym nieprzyjemny zapach.*

Dzięki Active Shield możesz czuć się pewnie i cieszyć się świeżym zapachem antyperspirantu. Cytrusowy mix musującej grejpfrutowej nuty, mandarynki oraz odrobiny cytryny, połączony z zielonymi liśćmi i aromatem drzewa sandałowego jest jednocześnie świeży i kobiecy. Dodatkowo, technologia kapsułek zapachowych Motionsense™ sprawia, że zapach uwalnia się powoli przez cały dzień.

Chcesz tego lata czuć się pewnie i świeżo bez względu na panujące upały? Zgłoś się i przetestuj antyperspirant Rexona Active Shield!

*w porównaniu do braku zastosowania Rexona Active Shield
 


Opakowanie dobrze znane z innych wersji antyperspirantów Rexony, różni się jedynie kolorem. Początkowo myślałam, że to antyperspirant męski. 

Opis producenta robi na mnie wrażenie. Bakterie dobre są tylko w szczepionkach i jogurtach, pod pachami z pewnością już nie, bardzo więc jestem zadowolona, że dzięki Rexonie będzie ich mniej. Jej faktyczne działanie można ocenić jedynie na podstawie zapachu. Smrodku potu nie czuć w ogóle, ale akurat to regularne mycie i stosowanie antyperspirantu gwarantuje jakby z definicji. Śmiało mogę jednak stwierdzić, że zapach Rexony utrzymuje się naprawdę długo. Użyty rano jest wyczuwalny aż do późnego wieczoru. Porównać go można nawet do dobrych perfum. Zapach jest mocny i trwały, przez cały dzień możemy więc czuć się dzięki niemu świeżo. Połączenie cytrusów jest słodkie, ale jednocześnie bardzo świeże. Mnie niestety coś w tym zapachu nie pasuje i po prostu mnie drażni, tak więc z plusa robi się minus.


Jeśli chodzi o ochronę przed poceniem, wypada słabo. Choćby w porównaniu z innymi wersjami Rexony. W gorące dni nie daje rady zupełnie. Tak więc mimo że potem śmierdzieć nie będziemy,  z pewnością nie ominą nas mokre plamy. W chłodniejsze dni lepiej daje radę, ale na lato zdecydowanie za słaby. Nie podrażnia skóry nawet tuż po depilacji i nie zauważyłam, żeby brudził ubrania.

Nowy antyperspirant Rexony nie jest żadnym odkryciem. Nie działa mocniej ani dłużej. Jego innowacyjnego działania - większej ochrony przed bakteriami, na dobrą sprawę nie da się sprawdzić. Plusem jest trwałość zapachu, jeśli więc ktoś nie lubi używać perfum, może zdać się tylko na Rexonę. Szkoda, że marka nie pomyślała o kilku wariantach zapachowych, z których każdy mógłby wybrać coś dla siebie.



 Jeśli ktoś miałby trochę wolnego czasu i zechciał przeznaczyć go na wypełnienie mojej ankiety do pracy magisterskiej (o, tutaj), byłabym niezmiernie wdzięczna.


9 lipca 2016

210. Nestle Fitness Delice

Zupełnie ostatnio nie mam weny na pisanie postów. Co włączę laptopa to go zaraz wyłączam i pędzę z książką do ogrodu. Słońce, wiatr czy deszcz, ja i tak przebywam na zewnątrz. Chyba już czuję zbliżającą się jesień i chcę maksymalnie wykorzystać letnią pogodę. 

Dziś chciałabym podzielić się z Wami moją opinią na temat batoników Nestle Fitness Delice, które testowałam dzięki portalowi Ofeminin.


W opakowaniu znajdowało się 9 batoników, trzy po trzy :) Na załączonej ulotce można poczytać co nieco o zaletach batoników.

 Lubię takie zbożowe batoniki i często je kupuję. Nie oszukuję się, że to przekąski fit. Batonik to batonik i trzeba go zaliczyć do słodyczy. 



Płatki śniadaniowe w formie batonika z mleczną czekoladą.

Batonik przypadnie do gustu każdemu, kto nie przepada za bardzo słodkimi przekąskami. Słodka tutaj jest tylko czekolada, a tą batonik jest tylko trochę polany. Płatki nie są suche ani twarde, niestety, są prawie zupełnie bez smaku. Czekolady jest zbyt mało by zrównoważyć smak. Batonik wychodzi przez to trochę mdły i nijaki.



 Płatki śniadaniowe w formie batonika z białą czekoladą.

Od swojego poprzednika różni się tylko polewą czekoladową. Smak jest tylko odrobinkę inny. Tu również brakowało mi po prostu intensywności. Batonik był nie tyle mało słodki (a jednak tego oczekuję, kiedy sięgam po słodycze, bo fit to może być koktajl a nie batonik), co po prostu bez smaku.



Płatki śniadaniowe w formie batonika o smaku orzechowym z mleczną czekoladą.

Hurra, tu nareszcie dodali magiczny składnik: smak. Ten batonik bardzo mi posmakował. Nie jest słodko mdły. Płatki mają wyrazisty orzechowy zapach, a polewa czekoladowa to taka wisienka na torcie. 


 Spośród trzech wariantów zasmakował mi tylko jeden. Pozostałe dwa były dla mnie bez smaku i z pewnością nie miały szansy zapaść mi w pamięć. Mojej siostrze za to pasowało to, że nie były ani słodkie ani nie miały konkretnego smaku, a czekolady było tak mało. Jeśli więc nie lubicie bardzo słodkich batonów, te będą idealne dla Was. Ja jednak powtórnie skusiłabym się tylko na wersję orzechową, bo kiedy sięgam po słodycze, to mają to być słodycze, a nie produkt czekoladopodobny.

 Opinie pozostałych testerek tutaj.

27 kwietnia 2016

186. Nivea, Dezodorant Protect&Care

Jakiś czas temu udało mi się zakwalifikować na stronie Ofeminin do testowania nowego dezodorantu Nivea. Nigdy nie mam w takich akcjach szczęścia, do tej pory zakwalifikowałam się tylko raz, też w kampanii Nivea.
Po prawie dwóch tygodniach testowania, pora na małe podsumowanie.


Zawiera cenne składniki i unikalny zapach Kremu NIVEA.
48h ochrona antyperspirantu i delikatna pielęgnacja od NIVEA.
Przebadany dermatologicznie.
Nie zawiera alkoholu.

SKŁAD

BUTANE, ISOBUTANE, PROPANE, CYCLOMETHICONE, ALUMINUM CHLOROHYDRATE, ISOPROPYL PALMITATE, PARFUM, GLYCERIN, PANTHENOL, OCTYLDODECANOL, PERSEA GRATISSIMA OIL, GLYCYRRHIZA GLABRA ROOT EXTRACT, SODIUM ASCORBYL PHOSPHATE, DISTEARDIMONIUM HECTORITE, DIMETHICONE, PROPYLENE CARBONATE, DIMETHICONOL, AQUA, LIMONENE, GERANIOL, BENZYL ALCOHOL, CITRONELLOL, LINALOOL, BUTHYLPHENYL METHYLPROPIONAL, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, CITRAL.  


Nie będę rozwodziła się na temat opakowania, bo akurat w przypadku dezodorantów nie ma za bardzo o czym mówić. Atomizer posiada pierścień blokujący.



Od kilku lat używam blokera, więc przywykłam już do myśli, że dezodoranty to tak naprawdę ładny zapach a nie prawdziwa ochrona przed poceniem. A już na pewno nie w czasie ciepłego czy nerwowego dnia. Nivea jednak mnie zaskoczyła. Albo już tak dawno nie sięgałam po nowości w antyperspirantach, albo ten konkretny to jakieś olśnienie - chronił naprawdę dobrze. Nawet w cieplejsze dnia, nawet pod kurtką z eco skóry, który nie przepuszcza ani odrobiny powietrza. Wytrzymał nawet stres, duży stres. Kilka dni temu jakimś cudem zapomniałam o egzaminie. Kiedy koleżanka przypomniała mi o nim w drodze z przystanku, myślałam, że dostanę zawału. Ale się nie spociłam! :) Dezodorant poległ tylko na siłowni, ale podczas ćwiczeń dobrze jest się akurat trochę spocić.

Czy dezodorant jest więc bez wad? Ma jedną małą. Nie wiem od czego to zależy, ale czasami strasznie się osypuje, tuż po aplikacji. Jeśli w tym czasie mamy już na sobie np. top, wszystko ląduje na ubraniu i trudno jest to otrzepać. Poza tym dezodorant nie podrażnia skóry nawet tuż po depilacji i bardzo ładnie pachnie kremem Nivea. 

Jeśli chcecie poczytać opinie innych dziewczyn na temat dezodorantu Nivea, zapraszam tutaj.