Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Rocher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Rocher. Pokaż wszystkie posty

26 lutego 2018

415. Yves Rocher, odżywka przywracająca blask, która naprawdę to robi

Lubię odkrywać nowe marki i oraz wypróbowywać nowości na rynku, często jednak przekonuję się, że warto również poświęcić trochę czasu i uwagi markom, które pozornie już się zna, ma się w nich swoje typy do których lubi się wracać, i wie się, które linie czy pojedyncze kosmetyki nie sprawdziły się. Dla mnie taką marką jest Yves Rocher. Wchodząc do ich sklepu nie dostaję oczopląsu, ilość ich asortymentu mnie nie przytłacza. Wypróbowałam już trochę ich produktów w ciągu ostatnich trzech lat, a mimo to dopiero niedawno poznałam genialną odżywkę. Do tej pory kupowałam tylko tę z olejkiem jojoba. Lubiłam ją, bo włosy są po niej miękkie i błyszczące. I zawsze jakoś pomijałam pozostałe odżywki. Aż kiedyś dobrałam do kompletu do nagietkowego szamponu odżywkę z tej samej linii. I się zachwyciłam.


Zarówno odżywka jak i szampon przeznaczone są do włosów matowych, którym brakuje blasku. I moje zdecydowanie takie są. Kilka miesięcy temu robiłam dekoloryzację, i od tego momentu moje włosy odmieniły się zupełnie. Plączą się dwa razy bardziej niż kiedyś (a robiły to już naprawdę na potęgę), i jeśli nie użyję maski albo mocnej odżywki i nie spryskam ich dodatkowo rano odżywką w sprayu, przypominają siano. Dla mnie to nowość, że muszę włosom poświęcać aż tyle uwagi, żeby je wygładzić i dodać im blasku. Nie wszystkie też odżywki czy maski dają radę. Nagietek poradził sobie genialnie.


Odżywce trzeba dać kilka lub nawet kilkanaście minut na zadziałanie. Przytrzymanie jej na włosach minutę czy dwie nie zadziała na włosach wymagających głębszego odżywienia. Ja zazwyczaj trzymam ją ok. 10 minut, bez zawijania w ręcznik. Po tym czasie spłukuję letnią wodą. I nie ma różnicy czy wysuszę włosy suszarką czy pozwolę im swobodnie wyschnąć,  czy je rozczeszę czy zrobię to dopiero rano - efekt jest świetny. Włosy dużo lepiej się rozczesują, nie elektryzują i nie puszą. Są gładkie, ładnie dociążone i przede wszystkim błyszczące. W ciągu dnia chodzę z rozpuszczonymi włosami co sprawia, że bardzo się plączą i muszę je co jakiś czas rozczesywać. Po tej odżywce nie są splątane tak mocno jak zazwyczaj. Różnica jest widoczna i wyczuwalna, wystarczy przejechać dłonią po włosach by wyczuć jakie są gładkie i śliskie. 

Mimo że odżywka mocno dociążyła włosy, nie zauważyłam, żeby wzmogła ich przetłuszczanie. Używając jej myłam włosy tak samo często jak bez niej, Odżywka znajduje się w tubie wykonanej z miękkiego plastiku o pojemności 150 ml. Za mało, zdecydowanie za mało. Czekam, kiedy marka wprowadzi większe opakowania. Zamykanie za zatrzask, łatwo się je otwiera i wydobywa ze środka odżywkę. Nawet nie trzeba jej stawiać w odpowiedniej pozycji, bo plastik jest na tyle miękki, że z tubki wyciśniemy wszystkie resztki odżywki. Konsystencję ma gęstą, nie spływa z dłoni. Pachnie rośliną zbliżoną zapachem do nagietka, ale jak dla mnie jest to takie 80% nagietka. Stara wersja szamponu idealnie oddawała zapach tego kwiatu. 


SKŁAD
AQUA, CETEARYL ALCOHOL, CETYL ALCOHOL, STEARAMIDOPROPYL DIMETHYLAMINE, BEGENTRIMONIUM CHLORIDE, ANTHEMIS NOBILIS FLOWER WATER, MACADAMI INTEGRIFOLIA SEED OIL, CETEARETH-33, DICAPRYLYL CARBONATE, PANTHENOL, CITRIC ACID, PARFUM, BENZOIC ACID, ISOPROPYL ALCOHOL, SALICYLIC ACID, CALENDULA OFFICINALIS FLOWER EXTRAXT, LIMONENE, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE, TOCOPHEROL.


 Ze stuprocentową pewnością mogę polecić odżywkę Yves Rocher z wyciągiem z nagietka. To rzeczywiście kosmetyk przywracający włosom blask, i to nawet tym mocno zniszczonym. W moim rankingu wyprzedziła nawet wersję z olejkiem jojoba.
 

 

7 stycznia 2018

409. Ulubieńcy 2017

Nigdy nie pisałam postów o ulubieńcach, bo w sumie nigdy nie miałam grona kosmetyków, które mogłabym do nich zaliczyć. A dla dwóch, trzech produktów nie warto robić podsumowań. W roku 2017 poznałam kilka bardzo fajnych produktów, a część polubiłam na tyle, że albo już do nich wróciłam albo na pewno to zrobię. Zapraszam na moich debeściaków 2017, może wśród nich znajdziecie i swoich ulubieńców.


W kwestii pielęgnacji włosów nie było w tym roku wielkich odkryć. Używałam kilku produktów naprawdę wow, które poznałam wcześniej, ich działanie więc mnie nie zaskoczyło. Totalnym zaskoczeniem była za to odbudowująca odżywka z keratyną Cien, marki Lidla. Produkt kosztujący wtedy 5 zł (niedawno widziałam, że teraz cena podskoczyła chyba do 5,5 zł) okazał się tak mocno wygładzającą odżywką, że po prostu szok. Nie trzeba trzymać jej na włosach długo, efekty widoczne są nawet jeśli odżywkę tylko nałożymy, wmasujemy we włosy i spłuczemy. Włosy są gładkie, błyszczące i sprężyste. W żadnym razie nie oklapnięte czy zbite. Ja efektem byłam zachwycona. Kupiłam ją po przeczytaniu kilku pozytywnych opinii i bardzo cieszę się, że to zrobiłam. Drugim produktem, który wybił się na tle innych, jest dwufazowy eliksir do włosów Elseve. Kupiłam go po ostatnim farbowaniu jako dodatkową ochronę koloru. Nie jestem pewna do końca, czy faktycznie zapobiegł wypłukiwaniu pigmentu, ale z pewnością sprawdził się jako lekka odżywka. Świetnie wygładza włosy, lekko je nabłyszcza i pomaga w rozczesaniu ich. Po niej też nie plączą się tak bardzo. Przy tym nie obciąża włosów i jeszcze nie zdarzyło mi się jej przedawkować.

 O solance borowinowej BingoSpa pisałam osobny post, tam też bardzo ją wychwaliłam. Opinię podtrzymuję, to najlepszy kosmetyk do stóp, jaki miałam. Pomaga się odprężyć i pozbyć uczucia zmęczenia po zabieganym dniu, a do tego niesamowicie szybko i skutecznie wręcz rozpuszcza zrogowaciały naskórek. Wystarczy 10 minut kąpieli w solance plus peeling, i mamy mięciutką skórę stóp jak po wizycie w SPA. Prawdziwe czary. Wielki boom na markę Yope był już jakiś rok temu, ja jednak zwlekałam i zwlekałam, no bo co może być takiego odkrywczego w mydle do rąk albo żelu pod prysznic? Ano skład może być odkrywczy. A jak skład to i działanie. Mydło nie dość, że pięknie pachnie (moja ulubiona wersja to werbena), to jeszcze pielęgnuje dłonie. Nigdy jeszcze po użyciu mydła moje dłonie nie były tak miękkie i delikatne, nie ma mowy nawet o najsłabszym przesuszeniu. 


Jeśli jednak dopuszczę do tego, że skóra dłoni stanie się sucha i podrażniona, na ratunek przybywa krem do rąk L'occitane. To natychmiastowa ulga dla dłoni, nawet tych bardzo zniszczonych. Krem ma świetne, bo szybkie i długotrwałe działanie, a do tego posiada całe mnóstwo zapachów do wyboru. Jego jedyną wadą jest cena, ponieważ za tubkę 30ml zapłacić trzeba ponad 30 zł. O kolejnym ulubieńcu też już kiedyś pisałam. Żel aloesowy Mizon to moja tajna broń na ukąszenia owadów i w takim głównie celu go używałam. Po to też go kupię już za kilka miesięcy. Sprawdzałam żel Holika Holika i on już nie działa tak dobrze na bąble. Maseczki na noc Clinique używam od niedawna, ale i w jej przypadku efekt jest natychmiastowy, więc polubić ją można od pierwszego użycia. Bardzo mocno nawilża i wygładza buźkę, a efekt utrzymuje się do kilku dni.



Zapachy kosmetyków Yves Rocher zachwycają mnie już od kilku lat. Okazuje się jednak, że nie tylko żele i balsamy mogą pięknie pachnieć. Woda perfumowana Rose Oud oczarowała mnie swoim głębokim i eleganckim zapachem róży. Gdyby rosła róża, która pachnie tymi perfumami, byłaby w kolorze głębokiej czerwieni, duża i wysoka, niedostępna dla ludzi. Miałaby idealny kształt płatków, bez jednej skazy. Na taki kwiat można by się tylko patrzeć, absolutnie nie ścinać do bukietu. Rose Oud jest tajemniczy, ciężki i elegancki, lekko otumaniający zmysły jak kadzidło. A że ja lubię wszystko co mroczne i tajemnicze, tak i perfumy musiałam pokochać. O oczyszczająco matującej maseczce Sephory pisałam w poprzednim poście. Pięknie oczyszcza i uspokaja cerę, odświeża i nie wysusza. Ostatni produkt ze zdjęcia to emulsja przeciw zaskórnikom Cosrx. Zawiera 4% kwasy BHA i działa prawdziwe cuda z cerą tłustą, zanieczyszczoną i skłonną do wyprysków. Od podpierania głowy rękoma miałam potworny wysyp na linii szczęki, a emulsja ta pomogła mi się pozbyć bolących grudek już po trzech użyciach. Hamuje rozwój nowych wyprysków, wysusza stare, delikatnie rozjaśnia cerę i naprawdę mocno ogranicza wydzielanie sebum. A do tego rewelacyjnie nawilża skórę. Jest to kosmetyk koreański całkiem dobrze dostępny. Dość wysoka cena (ceny zaczynają się od 84 zł) nie wyda się straszna kiedy zobaczymy, jak niewiele produktu potrzeba na jeden raz. Po dwóch miesiącach używania zjechałam poniżej napisu BHA, więc wydajność powala. 

 

Pora na kolorówkę. Spośród kilku używanych przeze mnie w tym roku tuszy najlepszy okazał się Wonder'fully Real Rimmel London. Tak pięknie wydłużonych i podkręconych rzęs nie widziałam u mnie nigdy. Tusz ładnie wygląda na rzęsach przez cały dzień, nie osypuje się ani nie rozmazuje. Dość długo zasycha, może się więc odbić pod oczami, zwłaszcza jeśli akurat wtedy kichniemy. Przy okazji zakupów w Hebe przypomniałam sobie o podkładzie Catrice HD Liquid Coverage, który już od dawna chciałam wypróbować. Zakochałam się już od pierwszego użycia. Na mojej twarzy podkład wygląda idealnie, po prostu jak druga skóra. Idealne krycie, kolor dopasowujący się do koloru cery, lekki, rozmasowuje się bez smug, po zastygnięciu nie przypomina maski. Przypudrowany utrzymuje się aż do demakijażu, i nie zapycha skóry. Kolor 030 Sand Beige najpierw wydał mi się za jasny, ale po kilku użyciach przekonałam się do tego koloru i ciemniejszy mogłabym kupić tylko latem. Z podkładem świetnie współgra Liquid Camouflage, czyli słynny kamuflaż, wersja w płynie. Kolor 020 Light Beige świetnie pasuje jako korektor pod oczy. Ładnie kryje niezbyt mocne cienie, nie wchodzi w załamania i nie kruszy się. Na wypryski sprawdza się gorzej niż wersja w słoiczku, ponieważ ma słabsze krycie, a kolor jest za jasny, ale nie jest w tej roli całkiem beznadziejny. Pod oczy jednak ideał.


Z kosmetyków do ust najczęściej używałam Golden Rose Matte Lipstick Crayon w kolorze numer 22. To bardzo naturalny, lekko chłodny róż. Matowe szminki uwielbiam, a ta ma świetną trwałość i nie wysusza bardzo ust. Równie często nosiłam szminkę MAC w odcieniu Twig. Już nie matowa, a satynowa, wręcz pielęgnowała usta. Śliczny kolor idealny do codziennego makijażu. Trwałość trochę słabsza niż w przypadku szminek matowych, ale za to przeogromny komfort noszenia i zero suchych skórek na ustach. 


I na koniec akcesoria, pędzle do makijażu Hebe. Przyznaję się, większość z nich należy do mojej siostry, ale bezczelnie ich używałam i na pewno kupię sobie takie same. Najbardziej podoba mi się trójeczka do makijażu oczu: E03, E04 i E06. Miękkie, cienie się z nich nie osypują. Numerek 06 precyzyjnie nakłada cienie, a numerki 03 i 04 ładnie rozcierają granice. Makijaż oczu jest z nimi dużo prostszy i szybszy, aż chce się eksperymentować. F04 do konturowania jak dla mnie mógłby być troszkę większy. F01 do pudru idealny, a F03 do podkładu na początku trochę mnie denerwował, ale teraz przywykłam. Potrzeba trochę więcej czasu, żeby nałożyć podkład nim, zamiast palcami, a efekt nie jest wcale lepszy. Spróbowałam więc pędzla i wiem, że to nie dla mnie. Jakość tych pędzli w porównaniu z ceną jest bardzo dobra i tylko szkoda, że w większości Hebe dostępnych jest tylko kilka modeli. 


Trochę ulubieńców się uzbierało, tekstu o nich. Jeśli przebrnęliście do końca dajcie znać, czy znacie te produkty i jak u was się sprawdziły.



17 września 2017

400. Yves Rocher, żel do mycia twarzy Sebo Vegetal

Marka Yves Rocher jest jedną z moich ulubionych. Ich sklepy stacjonarne odwiedzam często, i zawsze wychodzę z kilkoma cosiami. Lubię ich kosmetyki za przyjazne i skuteczne formuły oraz fenomenalne zapachy. Poza tym to jedyna marka, która raz w miesiącu daje prezent do dowolnego zakupu. Jedyne, na co mogłabym narzekać, to wielkość asortymentu. Czasami chciałabym poznać coś nowego, ale oprócz nowych zapachów żeli i balsamów nie mogę znaleźć nic dla siebie. Jakiś czas temu, po przeczytaniu pozytywnej opinii na blogu, skusiłam się na żel do mycia twarzy Sebo Vegetal. Dla mnie produkt do mycia twarzy to podstawa taka jak szampon czy pasta do zębów, a z Yves Rocher jeszcze niczego nie miałam. Kupiłam, i zdecydowanie się nie zawiodłam.


Żel z serii Sebo Vegetal jest żelem oczyszczającym, mającym doskonale oczyścić skórę, odblokować pory i uregulować wydzielanie sebum. Ma dawać uczucie świeżości i czystości, jednocześnie nie wysuszając. Zawiera puder z korzenia tarczycy bajkalskiej, która jest uzyskiwania w 100% w naturalny sposób. Ponadto producent zapewnia, że ponad 93% składników jest pochodzenia naturalnego, a w żelu nie znajdzie się żadnych silikonów, olei mineralnych oraz parabenów. Ekologiczne jest również opakowanie, wykonane z plastiku z recyklingu oraz mogące być powtórnie przetworzone.

Wszystko pięknie TYLKO...
- puder z korzenia tarczycy bałkańskiej znajduje się za aromatem, czyli prawie w ogóle go tam nie; "uwielbiam" po prostu, kiedy producent na przodzie kosmetyku podaje składnik i nie raz opierają na nim reklamę, a tymczasem w kosmetyku występuje on w śladowych ilościach 

- z tym opakowaniem też tak pięknie nie jest, ponieważ na spodzie butelki znajduje się znaczek PET z numerkiem 1 - z tego co wyczytałam na różnych stronach, jest to jeden z najczęściej wykorzystywanych rodzai plastiku, ale wcale nie taki znowu bezpieczny; i co najważniejsze - opakowanie to nie może być użyte powtórnie


SKŁAD
AQUA, METHYLPROPANEDIOL, CENTAUREA CYANUS FLOWER WATER, SODIUM LAURETH SULFATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, PHENOXYETHANOL, PEG-30 GLYCERYL STEARATE, XANTHAN GUM, PARFUM, TETRASODIUM EDTA, SODIUM HYDROXIDE, SCUTELLARIA BAICALENSIS ROOT EXTRACT, CITRIC ACID, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE. 

Żel dostępny jest w wersji mniejszej 100 ml i większej 390 ml. Z cenami bywa różnie, bo ciągle zmieniają się promocje oraz rabaty. Ja dużą butelkę kupiłam z kuponem rabatowym, który co miesiąc dostaję pocztą, za ok. 25 zł.  Taka pojemność wystarczy na bardzo długo. Nie potrzeba dużo żelu, by umyć całą twarz. Doskonale się pieni i ładnie domywa resztki makijażu, nawet tusz do rzęs. Wielki plus za to, że jest bezpieczny dla oczu i nie szczypie. 

Żel prześlicznie pachnie. Bardzo świeżo, ale też troszkę słodko. To taka świeżość owoców, ale bez oklepanej nuty cytrusowej. Używanie go to czysta przyjemność, tym bardziej, że żel jest bardzo delikatny dla skóry i nie przesusza jej. Mimo więc kilku wprowadzających w błąd informacji, żel okazał się bardzo dobrym kosmetykiem, do którego z pewnością wrócę. Moja mieszana cera jest z niego zadowolona, jest oczyszczona i odświeżona, a jednocześnie nie podrażniona.



 


1 września 2016

225. Makijażowi ulubieńcy - Maybelline, Skin79, Catrice, Paese, Wibo, Avon, Essence, NYX, Yves Rocher



Dzisiejszy post to takie małe makijażowe podsumowanie. Pokażę wam, które kosmetyki kolorowe lądują na mojej twarzy najczęściej i którym zapewniłam miejsce w mojej kosmetyczce już na stałe. Część z nich na pewno będziecie znały, bo to żadne odkrycia ani nowości, z pewnością jednak warte uwagi. 






Podkład, którego używam od około roku, to Maybelline Affinitone w odcieniu 14 Creamy Beige. Dla mnie to prawdziwy ideał i już mnie nawet nie ciągnie, żeby próbować innych. Zawsze miałam problem z dobraniem odcienia. Żeby nie wyglądać, jakbym się samoopalaczem wysmarowała, kupowałam jasne odcienie. I wtedy była ze mnie gejsza, bo jasne podkłady są zdecydowanie nie dla mnie. 
 Podkład Affinitone jest bardzo płynny i trzeba uważać, żeby nie przesadzić z ilością. Lepiej dokładać po troszku, tym bardziej, że podkład bardzo szybko zasycha. Wykończenie ma pudrowe i czuć to nawet rozprowadzając go palcami po twarzy. Ładnie kryje i długo się utrzymuje. Jedyna wada - podkreśla suche skórki. Niezbyt też nadaje się na gorące dni. Mimo że nie jest bardzo ciężki, pod wpływem upału nieestetycznie spływa z twarzy. Ale że w upały się nie maluję, wybaczam mu to. 





 Kolejnym uwielbianym przeze mnie kosmetykiem do twarzy jest Skin79 Krem BB  Orange.  Wersja kolorystyczna odpowiednia dla mnie tylko zimą, dlatego też będę próbowała z inną. Z dostępnymi w polskich sklepach kremami BB nie mam zbyt dużego doświadczenia, więc nie będę was tutaj zanudzać tym, jak to bardzo one się różnią (bo szczerze, to aż tak dużych różnic nie widzę). 
Krem jest lekki i ma niesamowite krycie, co u mnie jest podstawą. Jak nie potrzebuję krycia, to nie używam żadnego podkładu ani kremu. Tu mamy efekt idealnie gładkiej skóry, bez ciężkiego efektu tony tapety. Skóra lekko się po nim świeci, jest więc bardziej naturalnie. Krem wytrzymuje u mnie cały dzień, dłużej niż jakikolwiek podkład. Bardzo łatwo się go też nakłada. Ja robię to za pomocą palców, bo szkoda mi każdej kropelki, którą wypije gąbeczka. 




Catrice Camouflage Cream to kosmetyk, który potrafi uratować mnie nawet w moje najgorsze dni. Nakładam go zawsze na podkład (rzadko na krem BB, za bardzo odcina się kolorem), a później przysypuję pudrem.  Dobrze stapia się z kolorem podkładu, maskuje zaczerwienienia i przebarwienia. Na większe wypryski nie radzę go nakładać, bo efekt może być odwrotny od zamierzonego. W zbyt dużej ilości tylko przyciąga wzrok w dane miejsce, zamiast je maskować. No i nie pozwala skórze się zaleczyć i zregenerować. Sięgam po niego kiedy chcę, by moja skóra była w idealnie jednolitym kolorze. 



Paese puder ryżowy jest ze mną od dwóch lat, a to dopiero drugie opakowanie. Jest szalenie wydajny. Bardzo drobno zmielony, w opakowaniu w kolorze białym. Na twarzy idealnie stapia się kolorystycznie z naszą karnacją i nawet jeśli nałożymy go za dużo, nie pozostanie on biały. Nakładam go pędzlem, bo gąbeczka nabiera go zbyt dużo i zdecydowanie za dużo się go wtedy osypuje na boki. Puder tworzy piękną matową powłoczkę na naszej skórze. Efekt utrzymuje się u mnie ok. 4 godzin, później muszę dokonać poprawek. U mnie to bardzo dobry wynik, bo mam skórę mieszaną w kierunku tłustej, i pod makijażem bardzo szybko zaczyna się świecić.




Wibo 3 Steps to perfect face contour palette trafiła do mnie podczas promocji w Rossmannie.  Sporo osób się nią zachwycało więc też postanowiłam spróbować, tym bardziej że kosztowała coś około 10 zł. Na zdjęciu widać, którą część paletki polubiłam najbardziej. Delikatny, na dłoni prawie zupełnie niewidoczny, najbezpieczniejszy bronzer jakiego używałam. W konturowaniu jestem zielona, nie lubię więc mocno napigmentowanych kosmetyków. Ten bronzer jest dla mnie idealny. Róż i rozświetlacz trochę za bardzo się świecą i rzadko po nie sięgam. Bronzer mogę za to śmiało polecić osobom początkującym lub takim, które po prostu nie lubią mocnego efektu. Kosmetyk ten jest bardzo trwały.




Po bazę pod cienie przez długi czas nie sięgałam w ogóle.  Na bazę z Avonu skusiła mnie koleżanka i to za jej namową ją wypróbowałam. Teraz używam jej zawsze, kiedy sięgam po cienie. Mam tłuste powieki i cienie zbijały mi się w jedną linię na załamaniu już po trzech godzinach. Teraz mogą wytrzymać dziesięć. Podoba mi się też szklany słoiczek, w którym znajduje się baza. Jak za cenę 10 zł. jest ono bardzo ładne i co najważniejsze - wytrzymałe.




 Rzadko widuję dno w cieniach do powiek. Paletka Essence Quattro w kolorze 05 To die for służy mi do wykonania takiego mega szybkiego makijażu. Odrobina ciemnobrązowego cienia w zewnętrznych kącikach, tusz do rzęs i krem BB, i makijaż gotowy. Brązowe cienie należą do moich ulubionych. Ciemne cienie Essence mają bardzo dobrą pigmentację, z jasnymi już gorzej. Nałożone na bazę trzymają się naprawdę długo. 





Paletkę NYX Love in Rio bardzo lubię za ciemne kolory. Nawet ten jaśniutki na oku wygląda całkiem mocno. Przy mojej opadającej powiece nie każdy makijaż oka jest widoczny. Jeśli użyję jasnych i delikatnych cieni, zakryje je powieka i okulary w grubych, granatowych oprawkach. Tych cieni nie da się przeoczyć. Jakość mają bardzo fajną - nie osypują się, nawet bez bazy wytrzymują dość długo. Pigmentacja dwóch ciemnych matów jest słabsza niż tego jasnego, trzeba więc trochę dłużej pomachać pędzelkiem.



Kredkę Catrice Longlasting 020 The World's Greytest często zdarza mi się używać jako cieni. Kredka jest bardzo miękka, nie zasycha od razu, idealnie więc nadaje się do roztarcia na powiece.  Bardzo też lubię ten kolor. Kiedy czarny wydaje mi się zbyt oczywisty, a niebieski trochę zbyt rzucający się w oczy, szarość pasuje idealnie. Kredka jest wysuwana, bardzo przyjemnie więc się jej używa.



 Kredka weteranka marki Wibo. Napisy tak się zdarły, że tylko dzięki staremu postowi z nowościami udało mi się odgadnąć markę. Kredka jest matowa, szybko zasycha i nie odbija się na górnej powiece. Eyeliner sprawia mi problemy, więc kreskę rysuję tą kredką. Bardzo wygodna dzięki temu, że się wysuwa.





Mianem ulubieńca żadnego tuszu nazwać nie mogę. Nie zawsze maluję rzęsy, jeden tusz potrafi u mnie spędzić rok. Jeśli już się nim maluję to i tak nakładam go mało, więc u mnie każdy się sprawdza. Maybelline the Rocket Volum Express ma jednak bardzo fajną szczoteczką. Równo nakłada tusz i nie brudzi, bo tusz oblepia tylko włoski, bez pozostawania na czubku szczoteczki.




W szmince Paese z olejkiem arganowym (nr 40) najbardziej podoba mi się to, że jej kolor można stopniować. Nałożona bardzo lekko podkreśla naturalny kolor ust i jet delikatna. Jeśli przyciśniemy ją mocniej, uzyskamy nasycony, mocny kolor. Dwie warstwy nadają się do mocnego, wyjściowego makijażu.  Szminka ma bardzo przyjemną formułę, nie jest tępa i gładko sunie po ustach. Nie podkreśla suchych skórek i nie wysusza ust. Nie jest bardzo trwała i przy jedzeniu czy piciu od razu się ściera, robi to jednak równomiernie, nie trzeba więc od razu poprawiać. Jesienią i zimą sięgam po nią najczęściej.

 Pomadka Yves Rocher Macadamia nie dość, że świetnie nawilża usta, to jeszcze nadaje im subtelny blask i słodko pachnie. Jej cienką warstwę nakładam też pod szminki kolorowe, które ładnie się na niej trzymają i nie rozmazują. 



To tyle moich makijażowych ulubieńców. Odkrywać nowości zdecydowanie wolę w pielęgnacji. W makijażu stawiam na sprawdzone, w miarę tanie i łatwo dostępne kosmetyki.
Znacie któreś z nich? Może u was zupełnie się nie sprawdzają? Dajcie znać.