10 maja 2017

273. Nieprofesjonalny Ogród - cz. 1

Blog od dawna nie jest blogiem tylko urodowym, mieszam na nim różne treści. Ostatnimi czasy coraz więcej na blogu recenzji książek, z tej prostej przyczyny, że książek poznaję więcej niż nowych kosmetyków. Teraz, żeby było jeszcze bardziej nietematycznie, chcę wprowadzić nową serię postów ogrodniczych. Tak, dobrze przeczytaliście. Ogrodnik ze mnie, oczywiście, żaden. Jestem amatorem, który się napatrzył na piękne zdjęcia w kolorowych magazynach i "Maję w ogrodzie" i teraz chce dokonać rewolucji. Marzę jednak, że kiedyś mój ogród też będzie wielki i piękny, i wtedy fajnie będzie wrócić do początków i go sobie porównać. Dlatego też chcę się z wami podzielić moimi pomysłami i inspiracjami, a także kolejnymi osiągnięciami na drodze do wymarzonego ogrodu.

O tej serii myślałam od jakiegoś czasu, a ponieważ pora roku jest ku temu jak najodpowiedniejsza, pora zacząć. Dziś opowiem wam trochę o polu moich zwycięstw i porażek, a wiec po prostu o miejscu, który chcę zamienić w kolorowy raj, a także tym, co ostatnio udało mi się tam zrobić.

Jest to dawne gospodarstwo rolne, ziemia jest tam parszywa, nieurodzajny piach i pył, i przypomina mi o tym każdy, komu wspomnę o tym, że chcę tam cokolwiek wyhodować.  Moja babcia miała oczywiście i ogródek kwiatowy i ogródek warzywny, no ale miała również krowy, a więc obornik, którym ziemię mogła wzbogacać.

Słońce i piach w nadmiarze, a także brak podlewania ze względu na to, że moja rodzina bywa tam od czasu do czasu, są głównymi winowajcami tego, że zniknęły prawie wszystkie kwiaty mojej babci. Prawie, bo ocalały przepiękne liliowce. I to w miejscu, gdzie słońce praży najbardziej. To chyba ich widok sprawił, że uwierzyłam, że może tam być jakiś ogród, nawet jeśli nikt w tym domu nie będzie mieszkał, a jedynie odwiedzał go raz na miesiąc. 



Jako dziecko spędzałam tam każde wakacje, dla mnie to w połowie dom rodzinny. I po prostu nie wyobrażam sobie, że można by ten dom i podwórko sprzedać obcym ludziom. To cudowne miejsce na wypoczynek. Z jednej strony las, z drugiej rzeka. I mnóstwo miejsca na jazdę na rowerze i rolkach. Dobrze się tam grilluje, opala, gra w badmintona i czyta książki. Są tam ptaki, od których śpiewów można rano ogłuchnąć. To miejsce potrafi być  zielonym rajem, którego nie chce się opuszczać. 

Póki co nie mam żadnej mapki, żadnego planu. Nie potrafię ogarnąć całości na raz, połączyć wszystkiego co mi się podoba w jedną całość. Dlatego to takie nieprofesjonalne będzie, bo najpierw będę coś miała, a później będę szukała temu miejsca. Ostatnio działałam tak na majówce - z doniczką latałam od płotu do płotu, aż w końcu postanowiłam wykopać dołek na środku. Zapraszam na podsumowanie moich dotychczasowych "aranżacji".



Na początku była wypalona słońcem pustynia. Trawa po raz pierwszy w roku skoszona we wrześniu. Dwa małe dęby, dziewanny samosiejki, jedna stara róża i...



liliowce mojej babci. Przeżyły pięć lat mrozów i suszy, i zakwitły piękniej niż gdybym dbała o nie codziennie.



Pierwszym zadaniem było pozbycie się trawy - nie chcecie wiedzieć jak to zrobiłam, nie odpalając zabójczej w moich oczach kosy spalinowej, i ile mi to zajęło. Ale przejść się dało. Białymi kamieniami obłożyłam usychające Nie Mam Pojęcia Co (ma igiełki i niebieskie jagody), a ziemię dookoła wysypałam szyszkami. Szyszki w ogrodzie wyglądają fajnie, ale chwasty dalej przez nie rosną, a i zbieranie ich to żmudne zajęcie. Na dodatek można dostać mandat, jeśli zbiera się je w państwowym lesie. Ponoć można kupić w nadleśnictwie. U mnie jesienią ptaki naznosiły od sąsiadki tyle szyszek, że pod dębem leży ich więcej niż żołędzi.




W listopadzie trawa się zazieleniła, kamienie przełożyłam pod liliowce, a krzaczek ogrodziłam drewnianym płotkiem z OBI.  Róże obcięłam i obsypałam ziemią i liśćmi. Widzicie te zielone kopczyki, obok liliowców i po prawej stronie zdjęcia? To piołun, znacie? Chwast, zioło, które ma bardzo mocny, dla większości ludzi nieprzyjemny zapach. Ja go uwielbiam, i nie pozwolę go tknąć. 




W tym roku zaopatrzyłam się w łatwą w użytkowaniu kosiarkę, i zanim jeszcze trawa zdążyła urosnąć, skosiłam ją. Jako pozostałości po starym ogrodzie pojawiły się żółte tulipany, które już od furtki przyciągają wzrok, a także szafirki rozsiane po pseudo trawniku,



 Ziemię pomiędzy kępami liliowców przekopałam i wsadziłam kilka nowych cebulek. Całość wysypałam korą i ogrodziłam płotkiem. Na tyłach działki znalazłam stertę zardzewiałych śmieci, które czekały już na wywóz. A wśród nich starą kankę na mleko, skarb po prostu. Wypatrzyłam tam jeszcze kilka zardzewiałych wiader, dwie kolejne kanki i jakąś balię, plus garnki z przepalonym dnem. Będzie mnóstwo recyklingowych donic.

Obrobiłam mały fragment, a zmęczyłam się jak po maratonie siłowni. Kopanie w ziemi jest diabelnie ciężkie. Mimo że to piach, korzenie trawy sięgały bardzo głęboko i trudno było wbić w nią szpadel. Po dwóch dniach zresztą szpadel się złamał, więc wyobraźcie sobie jak mocno się ta trawa trzymała.  Niby rabatka malutka, ale taka z niej dumna byłam, że na drugi dzień rano z kawą leciałam tam i gapiłam się na swoje dzieło.




2 komentarze:

  1. swietny pomysl :) ja tez musze pomyslec o swoim malutki ale zawsze

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajnie Ci to wyszło :)

    OdpowiedzUsuń

1. Nie toleruję wymieniania się obserwacjami. Jeśli mój blog Ci się podoba - zaobserwuj. Jeśli spodoba mi się Twój - zrobię to samo.
2. Komentarze zawierające tylko zaproszenia na blogi będą ignorowane. Na całą resztę na pewno odpowiem na Waszych blogach.