24 kwietnia 2017

268. Corine de Farme, mleczko do demakijażu oczu


Tak się jakoś złożyło, że ostatnimi czasy do demakijażu używam kosmetyków, które w taki czy inny sposób trafiły, a nie zostały przeze mnie wybrane. Dwa tygodnie temu pisałam o żelu Tołpy, dziś na tapetę biorę mleczko do demakijażu Corine de Farme wygrane w rozdaniu u BlondeChemist. Stosuję je od ponad tygodnia, ale produkty do makijażu to akurat taka działka, o której powiedzieć można wszystko (oprócz wydajności) już po kilku użyciach.


Corine de Farme to francuska marka istniejąca na rynku od 1969 roku. Ich znakiem rozpoznawczym są naturalne ekstrakty: z nagietka, piwonii i bławatka, oraz szeroka gama produktów, w tym dla dzieci i niemowląt. Ich kosmetyki kupić można w sklepach internetowych a także na stronie empika, a ich ceny są bardzo przystępne. 


Mleczko do demakijażu oczu skutecznie usuwa trwały i wodoodporny makijaż, a także odświeża okolice oczu. 

Twórcy wyjątkowego konceptu HOMEO-BEAUTE VEHETALE, badacze z laboratoriów Corine de Farme stworzyli kosmetyczne formuły dobierając precyzyjne dawki z oczyszczonych ekstraktów kwiatów i roślin, w celu zapewnienia skórze zdrowego i promiennego wyglądu. 

  • 97% naturalnych składników
  • bez parabenów i barwników 
  • hipoalergiczne
  • opracowane pod kontrolą farmaceutyczną
  • testowane dermatologicznie i okulistycznie

SKŁAD
AQUA, ISOPROPYL PALMITATE, DICAPRYLYL CARBONATE, SODIUM POLYACRYLATE, PARFUM, DISODIUM EDTA, SODIUM HYDROXIDE, GLYCERIN, METHYLISOTHIAZOLINONE, POLYAMINOPROPYL BIGUANIDE, PAEONIA OFFICINALIS FLOWER EXTRACT, TOCOPHEROL, POTASSIUM SORBATE, SODIUM BENZOATE, CITRIC ACID.


 Mimo najszczerszych chęci składy kosmetyków dalej pozostają dla mnie zagadką. Parfum to jednak zawsze parfum, i nawet ja wiem, że to co w składzie za zapachem, to tak jakby tego tam w ogóle nie było. No i niestety w przypadku tego mleczka taki właśnie los spotkał piwonię, a więc ten naturalny składnik, którym marka się reklamuje na swojej stronie. 


 Mimo że to mleczko do demakijażu oczu, stosuję go również do zmywania podkładu. Działa? Bez zarzutu. Fakt, troszkę się marze i trzeba uważać z ilością, nie pozostawia też uczucia świeżej, oddychającej skóry. Makijaż, nawet ten trudniejszy do zmycia jak kilka warstw tuszu do rzęs, usuwa fenomenalnie. Już po pierwszym przyłożeniu do oka płatek jest czarny. 

Mimo więc lekko oszukanego składu, działa dobrze. Makijaż oka zmywa szybko i dokładnie. Jeśli ktoś, tak jak ja, pokusi się o oczyszczanie nim reszty twarzy, może narobić niezłego bałaganu. Może, jednak nie musi. Ja po mleczka raczej nie sięgam, bo ich po prostu nie lubię, zdecydowanie wolę płyny micelarne. Dlatego też każda lepka warstewka pozostawiona po demakijażu denerwuje mnie i nie pozwala do końca cieszyć się, mimo wszystko, dobrym działaniem mleczka.

Mleczko jest bezzapachowe, nie podrażnia i nie szczypie w oczy, jest więc bezpieczne.



18 kwietnia 2017

267. Maurice Druon - Królowie Przeklęci, T. I

„Królowie Przeklęci” reklamowani byli jako lepsza, prawdziwsza wersja „Gry o tron”. Kolejne tomy opowiadają historie kolejnych władców Francji, a także ich rodzin i szeregu ludzi z ich otoczenia, którzy niejednokrotnie dzierżyli większą władzę niż król. Akcja książki ponoć w większości pokrywa się z historią. Wypowiadać się nie bardzo mam prawo, bo historykiem nie jestem, w książce jest jednak dużo not biograficznych i przypisów, które dobrze wyjaśniają pewne zagadnienia historyczne.
 

 
Akcja książki zaczyna się od spalenia na stosie mistrza zakonu templariuszy, a więc niezbyt przyjemnym akcentem. Taki już jednak urok historii, że zbrodnia zbrodnię pogania. „Królowie przeklęci” to jedno pasmo mordów, spisków, zdrad i katastrof. Dużo się dzieje i na brak akcji nie można narzekać. Niestety, większość wydarzeń można najzwyczajniej w świecie przewidzieć, nawet bez znajomości historii Francji. Głównie z tego powodu nie podpisałabym się pod stwierdzeniem, że „Królowie Przeklęci” to lepsza wersja „Gry o tron”. Kto zna GoT, czy to książki czy serial, ten wie, że tam nic nie jest pewnego. I to jest super! Tu niestety mało co mnie zaskakiwało. Nie dość, że bohaterowie nie potrafili utrzymać przede mną języka za zębami i zanim jeszcze cokolwiek zrobili, o wszystkim mi opowiadali, to jeszcze ich zachowanie było po prostu mało oryginalne.

Jedną z ciekawszych postaci był bankier Tolomei. Ten przedsiębiorczy Lombard jako jedyny potrafił utkać sieci, w które wpadali królowie i baronowie, i który obronną ręką wychodził ze wszystkich tarapatów. Ciekawa była również hrabina Mahaut – kobieta, która rządziła jak mężczyzna i której wszyscy się bali. Podejrzane było jedynie to, z jaką łatwością przychodziły jej wszystkie jej zbrodnie, i że nigdy nie padł na nią nawet cień podejrzenia.

 
Na bohaterów nie ma co narzekać, na fabułę również. Troszkę mało mi było tego specyficznego klimatu, który spotkać można w niektórych książkach historycznych. Przy lekturze z pewnością się nie nudziłam. Z zainteresowaniem śledziłam losy kolejnych władców Francji oraz ich otoczenia, i już nie mogę doczekać się, kiedy sięgnę po kolejną część.

14 kwietnia 2017

266. Tołpa, żel do demakijażu oczu


Za chwilę zabieram się za pieczenie ciasta. Czekając jednak aż zwolni się miejsce w kuchni, piszę na szybko recenzję kosmetyku do demakijażu, który znalazłam w grudniowym pudełku Liferia. Właśnie dobił dna, więc pora na małe podsumowanie.


Z marką Tołpa miałam do tej pory tylko jedno spotkanie, i był to kosmetyk do kąpieli. Do oczyszczania twarzy używałam jednak sławnego micela z Biedronki, który przecież ma tego samego producenta co Tołpa. Działał super, i właśnie zastanawiam się, dlaczego już tak długo go nie kupowałam. Czy droższy i reklamujący się jako lepszy kosmetyk rzeczywiście był lepszy? Zdecydowanie był inny, a to ze względu na jego formułę. Jak sama nazwa mówi, to żel do demakijażu. Spotkałam się z mleczkami i płynami, ale z żelem to jeszcze nigdy.


Początkowo ta konsystencja była dla mnie wielkim problemem. Nijak nie mogłam wyczuć, ile żelu potrzeba na pokrycie płatka i zmycie makijażu oka. Najgorzej, kiedy nalałam za dużo. Wtedy moje oczy były dosłownie zaklejone, zaraz resztki makijażu dostawały się pod powieki i oczy zaczynały niemiłosiernie szczypać. Tak wiec początki były trudne, nie łatwo było przestawić się po płynnym micelu. Kiedy już jednak ma płatku lądowało tyle żelu, ile powinno, okazywało się, że demakijaż wygląda właściwie identycznie jak w przypadku płynów micelarnych. Cienie i kredki schodziły od razu, do pomalowanych tuszem rzęs trzeba było płatek przycisnąć i chwilę potrzymać. Plusem jest to, że sam żel zupełnie nie podrażnia oczu. Szczypanie występowało tylko wtedy, kiedy za pierwszym razem, gdy na oku kosmetyków było jeszcze dużo, nałożyło się za dużo żelu. Cały cień wpływał wtedy do oka i oko szczypało.


Widząc, że to żel, obawiałam się tłustej powłoczki na skórze po demakijażu. Na szczęście, żel zmywa co ma zmyć i razem z kosmetykami ląduje na płatku kosmetycznym. Skóra przez chwilę jest lekko wilgotna i lepka, ale jak po micelu, po chwili jest sucha i matowa. I naprawdę czysta, ale nie ściągnięta. Żelu używałam również do zmywania pudru, różu, podkładu i korektora, i ze wszystkimi tymi warstwami radził sobie fenomenalnie. Lubiłam nałożyć go cienką warstwę na skórę, potrzymać chwilkę, a następnie ściągnąć całkiem suchym wacikiem. Domywał elegancko, twarz spokojnie mogła sobie czekać do wieczornego mycia. Troszkę gorzej radził sobie z tuszem, bo coś tam zawsze zostawało. Za wielką wadę jednak nie będę mu tego poczytywała, bo ja jestem niecierpliwa, i mało kiedy na zmycie tuszu poświęcam faktycznie tyle czasu, ile potrzeba. Zazwyczaj zmywam go z grubsza, a resztę pozostawiam żelowi do mycia twarzy i wodzie.  


0% 
substancji zapachowej, sztucznych barwników, PEG-ów, SLS-u, silikonów, alkoholu, parabenów i donorów formaldehydu

tak
łagodne substancje myjące, naturalny kolor, roślinne składniki aktywne, fizjologiczne pH, konserwanty, opakowanie bezpieczne dla środowiska - poddawane recyklingowi 


SKŁAD
AQUA, GLYCERIN, POLYSORBATE 20, DISODIUM COCOAMPHODICETATE, SODIUM HYALURONATE, ACRYLATES/C10 ALKYL ACRYLATECROSSPOLYMER, PEAT EXTRACT, SODIUM HYDROXIDE, DISODIUM EDTA, BENZYL ALCOHOL, SALICYLIC ACID, SORBIC ACID. 


Buteleczka zawierająca 150 ml żelu wystarczyła mi na trzy miesiące demakijażu całej twarzy. Całkiem dobry wynik, prawda? Dla mnie to bardzo dobry kosmetyk, który w pełni zaspokaja moje potrzeby w temacie demakijażu. Cieszę się, że dzięki Liferi go poznałam, na pewno kupię go w drogerii.  Wam też polecam go wypróbować, bo jest skuteczny i delikatny, a skóra po nim jest czysta i nie podrażniona.



 
 

11 kwietnia 2017

265. Agnieszka Lingas-Łoniewska - Brudny świat

Na blogach z fan fiction oraz autorskimi opowiadaniami oczy sobie wypatrzyłam. W liceum miałam taki okres, że zamiast książkami zaczytywałam się historiami pisanymi w internecie, głównie fan fiction na podstawie książek o Harrym Potterze. Przez wiele lat sama również próbowałam sił w tej tematyce. Kiedy więc do moich rąk trafiła książka z wydanym fan fiction polskiej autorki, od razu poczułam do niej sentyment. Dla informacji osób, które być może nigdy się z tym określeniem nie spotkały, fan fiction to fikcja pisana przez fanów książki, filmu albo rzeczywistych osób, np. zespołów muzycznych czy piłkarzy, z wykorzystaniem imion bohaterów, miejsc, w których toczy się oryginalna akcja filmu czy książki bądź po prostu życie idoli, a także zdarzeń powiązanych z tymi postaciami. W „Brudnym świecie” nie doszukałam się niczego znajomego. Ani filmu, ani książki, ani zespołu. Pogmerałam w internecie i jedyną wzmiankę znalazłam na blogu Anety Rzepki, jakoby miało być to fan fiction „Zmierzchu”. Pojęcia nie mam, skąd taka informacja, bo ja tam nie wyczuwam ani Edwarda, ani Belli. Wprawdzie jest jakiś Jacob, ale chodzi na dwóch nogach i zdecydowanie futrem nie porasta. 




„Brudny świat” jest opowieścią o trudnej miłości, która z początku wydawała się zupełnie niemożliwa. Kathrina Russell jest samotną matką po przejściach z ogromnym talentem, która dzięki swojemu uporowi została tekściarką popularnego zespołu rockowego. W pracy poznaje zepsutego, nie mającego za grosz szacunku do kobiet rockmana, w którym powoli się zakochuje. Również i w Tommym Cordellu budzą się ludzkie uczucia, mężczyzna stwierdza, że ma dość takiego pustego życia, jakie wiódł dotychczas, i że bardziej pociąga go normalne, pełne ciepła życie z Kati, w której zakochuje się do szaleństwa. Nic nie jest jednak takie łatwe, kiedy jest się osobą publiczną, a do tego jest się furiatem, który jest o wszystko zazdrosny i z jednej skrajności wpada w drugą. A to wszystko, oczywiście, na oczach paparazzi. Ponadto, zarówno Tommy jak i Kati skrywają sekrety z przeszłości, o których woleliby nigdy więcej nie mówić. Takie tematy są jednak bardzo pożądane w świecie show biznesu.

Historia miłości Kathriny i Tommiego jest bardzo oklepana i schematyczna. Od pierwszych stron wiadomo w jakim kierunku zmierza fabuła. Mniej więcej w połowie książki robi się ciekawiej, ponieważ pojawia się wątek kryminalny, dalej jednak autorka kiepsko radzi sobie w wątkami pobocznymi. Mamy dwójkę głównych bohaterów, którzy są prawdziwymi gwiazdami książki, a cała reszta pojawiających się postaci to tacy papierowi statyści, większość zupełnie bezosobowa, pojawiająca się tylko wtedy, kiedy tło jest niezbędne.



W „Brudnym świecie” wszystko jest trochę przerysowane. Każda kłótnia przebiega w bardzo dramatyczny sposób, mimo że dotyczy błahej sprawy. Popularność zespołu Semtex jest tak wielka, że jego członkowie traktowani są jak władcy świata. Robić im wolno prawie wszystko, nawet dręczyć innych uczestników imprez, a ochrona i tak na to nie reaguje, bo to Semtex. Między innymi w ten sposób autorka powiela stereotypy: zepsutego ale popularnego rockmana, wrednej modelki, sadystycznego byłego chłopaka, nachalnych dziennikarzy, wiernej przyjaciółki, która zawsze ma czas przypilnować dziecka. Lubię świeże, oryginalne podejście do tego, o czym większość ma z góry przesądzone zdanie, więc nie przypadł mi do gustu ten zabieg autorki.





Żeby jednak nie było, że wszystko jest takie złe i po książkę nie warto sięgać, muszę wspomnieć, że nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ją w niecałe dwa dni. Dawno już nie miałam książki, którą przeczytałabym tak szybko. Fakt, kilku zmarszczek mogłam się nabawić, bo czytając kolejną głupotkę za głupotką marszczyłam czoło jeszcze bardziej, ale oderwać się nie mogłam. Coś w tej historii przyciąga uwagę, zajmuje myśli i po prostu hipnotyzuje. Bo niby od początku wiadomo, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, a jednak chce się zakończenie poznać jak najszybciej. Wielkim plusem tej książki jest właśnie zakończenie, które nareszcie wyłamuje się z schematu ckliwej historyjki miłosnej i zaskakuje.



O stylu autorki nie mogę nic złego powiedzieć. Troszkę za dużo było dialogów w stosunku do reszty treści, ale czytało się przyjemnie, nie rzucały się też w oczy błędy stylistyczne. Mimo że po „Brudny świat” drugi raz bym nie sięgnęła, mam ochotę zapoznać się z innymi książkami autorki.






9 kwietnia 2017

264. Naturalna odżywka do włosów Dr Konopka's


Moje włosy posiadają całkiem imponującą długość, najdłuższe pasma są już do pasa. Od miesiąca wybieram się do fryzjera, by je skrócić o zniszczone już końcówki, no ale właśnie - wybieram się, jak sójka za morze. A tymczasem długie włosy żyją swoim życiem i same z nimi problemy. Coraz trudniej jest je porządnie wyczesać od cebulek aż po rozdwojone końcówki. Targają się, niesamowicie elektryzują, zaplątują w słuchawki i guziki płaszcza, o torebce nie wspominając. Mimo że nie są przesuszone (bardzo rzadko takie są, to już muszę je naprawdę czymś załatwić), bez odżywki po każdym myciu ani rusz. Inaczej po prostu nie da się ich rozczesać.


Odżywka Dr. Konopka's rzuciła mi się w oczy w Drogerii Polskiej. To chyba jakaś nowość, bo systematycznie tam zaglądam i jeszcze jej nie widziałam. Na półce butla wyróżniała się oryginalnym korkiem i swoją wielkością. Nie lubię w odżywkach tego, że zazwyczaj są takie małe i przy moich włosach szybko się kończą. Głównie z tego powodu jako odżywek używam litrowych masek Kallos. Ta jednak jest naprawdę duża, w opakowaniu mieści się aż 500 ml odżywki. 


Szybkie spojrzenie na etykietę i już wiadomo, że odżywka to produkt naturalny aż w 98%. Na dodatek odżywka posiada dwa certyfikaty:
           - Cosmos Natural - proces produkcji kosmetyku oraz jego składników w żaden sposób nie wpłynął negatywnie na zdrowie człowieka i środowisko naturalne
             - Vegan - produkt nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego i odzwierzęcego, nie był na zwierzętach testowany, nie ma w nich również składników roślinnych genetycznie modyfikowanych 



 Naturalna certyfikowana linia odżywcza dr. Konopki do pielęgnacji włosów zawiera specjalny olej ziołowy Nr.52 oraz naturalny ekstrakt maliny moroszki, które pomagają odbudować włosy, czyniąc je bardziej lśniącymi i elastycznymi. 

SKŁAD
Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Glycerin, Helianthus Annuus Seed Oil*, Rubus Chamaemorus Fruit Extract*, Helianthus Annuus Hybrid Oil*, Olea Europaea Fruit Oil*, Argania Spinosa Kernel Oil*, Simmondsia Chinensis Seed Oil*, Prunus Amygdalus Dulcis Oil*, Lavandula Angustifolia Oil*, Macadamia Ternifolia Seed Oil*, Citrus Limon Peel Oil*, Camellia Oleifera Seed Oil*, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil*, Amaranthus Spinosus Seed Oil*, Coffea Arabica Seed Oil*, Rosa Canina Fruit Oil*, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil*, Vitis Vinifera Seed Oil*, Persea Gratissima Oil*, Tocopherol, Sodium Chloride, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum
(*) - składniki organiczne pochodzące z upraw ekologicznych
źródło 





Widząc tyle natury na opakowaniu byłam pewna, że odżywka poradzi sobie nawet z największymi zniszczeniami. Że włosy będą po niej gładkie i lśniące, i sypkie, i mięciutkie, i pachnące. I w ogóle cudowne, tak będą mi wdzięczne za to, że nie użyłam na nich chemii. Niestety, grubo się przeliczyłam. Odżywka z moimi włosami nie zrobiła absolutnie nic. Nałożyłam, trzymałam 3-5 minut, zmyłam. I gdybym miała kłopoty z pamięcią pewnie byłabym pewna, że zapomniałam użyć odżywki. Ani razu, a butla jest już na wykończeniu, nie zauważyłam efektu gładszych włosów. Nawet nie było łatwiej ich rozczesać. Jak je splątało mycie, takie splątane zostały po odżywce. O żadnym odżywieniu, oczywiście, mowy nie było. Odżywka spłynęło po włosach jak woda i nie pozostawiła po sobie żadnego śladu.


Albo jestem zupełnie naturoodporna, albo po prostu ta odżywka to kompletny bubel. Marki nie znam, więc nie będę oceniała na podstawie jednego kosmetyku, ale ten gagatek już na pewno nigdy u mnie nie zagości. 


7 kwietnia 2017

263. Velvet Edition II - energetyczny zapach od Bershka



Wieki minęły odkąd coś publikowałam. Zupełnie nie miałam na to ochoty. Zauważyłam, że sytuacja powtarza się rok w rok, zawsze wiosną na przełomie lutego i marca, wtedy, kiedy blog obchodzi swoją kolejną rocznicę istnienia. Trzy lata temu to 8 marca dostałam powera do pisania i publikowania i założyłam bloga, a teraz marzec to dla mnie jakiś taki kiepski miesiąc.

W tym roku wracam z czymś nowym. Nareszcie i ja założyłam konto na Instagramie. Chyba ciężko będzie mi go ogarnąć, bo o ile nowych programów komputerowych uczę się bardzo szybko, o tyle niektóre aplikacje na smartfonie mnie przerastają.  Nie zdziwcie się więc, jeśli czasem coś dziwnego tam zrobię - ja sama pewnie tego nawet nie zauważę. Zapraszam na moje raczkujące konto - tutaj.

 Tymczasem na blogu kilka słów o moim najnowszym zapachowym nabytku, który totalnie mnie w sobie rozkochał i który towarzyszy mi ostatnio każdego dnia.


Lubię zapachy mocne i ostre, dlatego większość świeżych, cytrusowych nut mi nie leży. Są trochę nudne i za oczywiste. Velvet Edition II jest jednak zupełnym przeciwieństwem oklepanych cytrusów... mimo, że to też cytrus. 

Nut zapachowych niestety nie znalazłam, choć przekopałam internet. A szkoda, bo mój nos żadnym znawcą nie jest i absolutnie nie potrafię rozłożyć perfum na części składowe. Mimo wszystko mam nadzieję, że uda mi się co nieco o zapachu opowiedzieć i zainteresować Was nim.


Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście nuty cytrusowe. To one jako pierwsze do nas docierają i to je czuć najdłużej i najmocniej. One też decydują o tym, że zapach postrzegany jest jako świeży. Dla mnie to świeżość trochę oszałamiająca.  To nie chłodny, delikatny wietrzyk ale bardziej kubeł zimnej wody z cytryną wylany na nas z zaskoczenia. Jeden niuch i nagle ma się więcej energii, nawet wcześnie rano człowiek budzi się szybciej. To bardzo energetyzujące cytrusy, które kojarzą się z latem i czasem, kiedy ma się mnóstwo siły i ochoty do działania, i czuje się, że można w ogóle nie spać.


Tym jednak, co najbardziej wyróżnia zapach, jest towarzysz cytrusa. To ostry, trochę agresywny towarzysz, który dla mnie najbardziej podobny jest do pieprzu. Wwierca się w nos i lekko w nim kręci, przy mocniejszym wdechu potrafi zakręcić też w głowie. Razem z energicznym cytrusem stanowią bardzo żywiołową parę. Zapach nie rozwija się, nie musi! On od razu bombarduje swoją mocą i energią, podrywa na nogi i daje wielkiego kopa. Dla mnie to kwintesencja okresu wakacyjnego, kiedy każdy zapach, każdy dźwięk napędzają nas do działania. Velvet Edition II nadaje się i na rolki, i na balety, i na zwykły spacer. Tylko nie do siedzenia!


Trwałość niestety nie jest zbyt duża. Zawsze zabieram ze sobą flakonik do pracy i średnio co trzy godziny po niego sięgam. Skoro już jestem przy flakoniku, to nie sposób nie zwrócić uwagi na jego oryginalny wygląd. Jego czarne ubranko nie dość, że jest idealne do miziania, to jeszcze naprawdę pięknie wygląda. Jedyna wada jest taka, że cały kurz i paprochy też go sobie upodobały i strasznie do niego lgną. Nie wystarczy więc przetrzeć go szmatką jak innych flakoników, ale trzeba go czyścić najlepiej wałkiem do ubrań. Albo schować do szuflady, co według mnie jest wielkim marnotrastwem jego potencjału.  

To kolejny zapach z sieciówki, który mam w swojej małej kolekcji i który serdecznie polecam. Za pojemność 50 ml zapłacić trzeba 50 zł.




7 lutego 2017

262. Denko grudzień/styczeń

W sobotę udało mi się zrobić zdjęcia w pięknym, dziennym świetle. Wyjątkowo nie musiałam latać za nim po całym mieszkaniu - było wszędzie. Chmury poszły precz i słoneczko naprawdę mocno przygrzewało. Głupia ja zamiast jednak od razu zgrać je na komputer i obejrzeć, zostawiłam na karcie pamięci i dopiero wieczorem zgrałam. Okazało się, że połowa jest tak rozmazana, że widać praktycznie tylko kolory. Koniec końców zdjęcia wcale nie są ładne, bo musiałam je zrobić przy sztucznym świetle. Jak mi się już marzą długie dni, kiedy to o godzinie 19 jest jeszcze jasno..

 1. Garnier Fructis, Szampon wzmacniający Fresh - Szampon ładnie pachniał zielonym jabłuszkiem, dobrze mył włosy i nie podrażniał skóry głowy. Nie plątał, włosy bardzo łatwo się po nim rozczesywały. Moje włosy wyglądały po nim bardzo ładnie. Delikatnie błyszczały, wyglądały świeżo. Zdecydowanie częściej muszę sięgać po drogeryjne szampony, bo moje włosy po prostu je lubią.

2. Palmolive, Szampon Silky Shine Effect - O tym szamponie mogę właściwie powiedzieć to samo co o poprzedniku. Jedyna znacząca różnica to zapach. Obydwa jednak były świeże i dawały uczucie bardzo czystych włosów.

3. Ziaja, Szampon wzmacniający kuracja kaszmirowa - Gładkość, miękkość i połysk zamknięte w niepozornej buteleczce. Jedyny minus to za słodki zapach, ale dało się go przeżyć. RECENZJA

4. Yves Rocher, Odżywka odbudowująca - Prawdziwy rarytas wśród odżywek. Włosy są po niej niezwykle miękkie, bardziej mięsiste i lejące. A do tego pięknie pachną. Niestety, taka pojemność wystarcza mi zaledwie na kilka użyć. RECENZJA


5. Ziaja, pasta oczyszcająca liście manuka - Absolutny hit wśród peelingów do twarzy. Mnóstwo ostrych drobinek dokładnie złuszcza martwy naskórek i pozostawia twarz niezwykle gładką i miękką. Zmiana jest widoczna gołym okiem już po pierwszym użyciu. Na sucho mamy naprawdę mocne zdzieranie, na mokro trochę słabsze, ale równie efektowne. RECENZJA

6. Eveline, dwufazowy płyn do demakijażu oczu - Przeciętny płyn. Z tuszem radził sobie średnio i zawsze coś tam zostawiał. Nie było jednak tłustej klejącej powłoczki na skórze.  

7. Conny, Maska oczyszczająca w płachcie węgiel drzewny - Żadna z niej maska oczyszczająca. Ani nie zmatowiła cery, ani nie oczyściła porów, nie dała tego odświeżenia i wręcz wysuszenia, które dają maseczki oczyszczające. O dziwo, całkiem nieźle nawilżyła cerę, a efekt nie był chwilowy.

8. Próbka Holika Holika, Żel aloesowy - Jedyna próbka, jaką udało mi się zużyć. Rewelacyjny żel, bardzo wydajny. Ta mała próbka wystarczyła mi na tydzień. W grudniowej edycji Liferii trafił mi się żel aloesowy Mizon, więc na razie powstrzymam się z zakupem Holika Holika. Ale tylko na razie, bo jego zapach jest tak piękny, że koniecznie muszę mieć opakowanie pełnowymiarowe. Zwłaszcza na lato, kiedy zaczną się poparzenia i podrażnienia od słońca, a w moim przypadku również od pyłków roślinnych od pracy w ogrodzie.


 9. Bielenda, Dwufazowy olejek do kąpieli Afyka - Bardzo ciekawie pachnący delikatny olejek. Niestety, zupełnie nie dawał tego nawilżenia, które kojarzymy z olejkami. Wręcz przeciwnie, skóra po nim była lekko wysuszona. Mimo wszystko podobał mi się ze względu na swój niepowtarzalny zapach. RECENZJA

10. Farmona Nivelazione, Drenujący peeling antycellulitowy do mycia ciała - Tak gęstego i tak ostrego peelingu nie miałam nigdy. Wprost zdzierał skórę. Stosowałam go jedynie na nogi, ponieważ na resztę ciała był za mocny. Nieprzyjemnie pachniał i miał tendencję do brudzenia wanny, ale mimo wszystko działał rewelacyjnie. Po masażu z tym peelingiem moje nogi, a zwłaszcza uda, wręcz parzyły, tak szybko krew w nich krążyła. RECENZJA

 
11. Perfecta, Masło do ciała limonka i trawa cytrynowa - Piękny, cytrusowy zapach i dobrze wchłaniająca się formuła. Przy stosowaniu codziennie masło utrzymywało skórę w odpowiednim nawilżeniu. Nie ma jednak opcji, żeby poradziło sobie użyte raz na jakiś czas. Delikatne i niezbyt gęste, świetnie nadawałoby się na lato.

 

12. Evree, Regenerujący krem do rąk - Bardzo gęsty i tłusty krem. Długo się wchłaniał i ogólnie średnio nadawał do używania w ciągu dnia. Świetnie radził sobie jednak nawet z mocno wysuszoną skórą. Wszelkie podrażnienia łagodził od razu, przynosząc ulgę sponiewieranym dłoniom, a stosowany przez dłuższy czas poprawiał ich kondycję. RECENZJA

13. Yves Rocher, Chłodzący żel do stóp - Przyjemny gadżet, bardzo dobry na lato. Przyjemnie chłodził stopy, zwłaszcza te zmęczone. RECENZJA

14. Kneipp, BIO-olejek do ciałoa - Pachniał cudownie, nawilżał jednak średnio. Do tego dochodziła sama formuła olejku, a więc wchłanianie w 99%. Ten 1% zawsze na skórze zostawał i strasznie mnie denerwował. RECENZJA


15. Paese, Transparentny puder ryżowy - Przez trzy lata był to mój ulubieniec i jedyny puder w kosmetyczce. Teraz zamieniłam go na również transparentny Pierre Rene. Dużo tańszy, ale też nie matowi na tak poprzednik. Tak więc do Paese na pewno jeszcze wrócę. 

16. Avon, Baza pod cienie - Absolutny must have w mojej kosmetyczce. Bez tej bazy nawet nie tykam cieni czy kredki do oczu. Tania i bardzo wydajna, utrzymuje makijaż na powiece ok. 10 godzin - zależy od tego co robię i jaka jest pogoda. 



No i jak zwykle prawie noc mnie zastała. Zupełnie nie potrafię się ogarnąć, przysiąść do bloga i napisać notkę za jednym zamachem. Wiecznie gdzieś łażę i coś tam na boku robię. A efekt widać na blogu - posty raz na ruski rok.
 

 

 


2 lutego 2017

261. Ziaja, szampon wzmiacniający Kuracja Kaszmirowa


Z Ziają jest mi bardzo po drodze. Ich sklep mam pod nosem, do tego ich kosmetyki kupić mogę nawet podczas zakupów spożywczych w supermarkecie. Lubię ich mydła, kremy do rąk, balsamy, produkty do pielęgnacji twarzy (mój ulubiony peeling z serii liście manuka). Ale jakoś nigdy jeszcze nie zainteresowałam się produktami do włosów. Dopiero kilka bardzo pozytywnych recenzji na temat szamponu i maski z kuracji kaszmirowej zwróciło moją uwagę na tyle, że specjalnie, nie przy okazji, jak to u mnie często bywa, w pełni świadomie wybrałam się po szampon (i nie wzięłam nic poza nim, co też dobrze świadczy o mojej dorosłości).  



Szampon przeznaczony jest do włosów normalnych, cienkich, delikatnych i suchych. Dlatego też jego działanie ma być przede wszystkim delikatne, wzmacniające i nawilżające. Producent obiecuje nam również objętość i lekkość bez obciążania włosów. A wszystko to za sprawą olejku amarantusowego. 





SKŁAD
AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, AMMONIUM LAURYL SULFATE, GLYCOL DISTEARATE, LAURETH-4,POLYQUATERNIUM-10, AMARANTHUS CRUENTUS SEED OIL, HYDROLYZED KERATIN, LAURETH-2, SODIUM CHLORIDE, SODIUM BENZOATE, PARFUM, LINALOOL, CITRIC ACID, CI 16035, CI 17200.


Typowa dla marki buteleczka mieści w sobie 300 ml szamponu. Aż zdziwiona byłam, że szamponu wystarczyło mi na tak długo. Nie oszczędzałam go jakoś specjalnie. Szampon dość słabo się pieni, więc tym bardziej używałam go więcej, a i tak wystarczył na ponad miesiąc codziennego stosowania. Miał dość gęstą konsystencję i śliczny różowy kolor. Po wyciśnięciu na dłoń przypominał mi klej do protez. Pachniał słodko, trochę jak perfumy. Niestety, niezbyt udane. Zapach dla mnie był sztuczny, i gdyby był mocniejszy bardzo by mi przeszkadzał. Ale że mocą nie powala, spokojnie dało się go znieść. Krem do rąk, również z serii kaszmirowej, pachniał zupełnie inaczej. Tamten zapach był dla mnie piękny, więc rozczarowałam się, kiedy tu poczułam coś całkiem innego.




Szampon stosowałam codziennie przez ponad miesiąc, i przez cały ten czas nie zauważyłam żadnego podrażnienia skóry głowy, swędzenia czy łupieżu. Dla mnie więc jest on bezpieczny, mimo że w ciągu ostatniego roku wiele miałam szamponów, gdzie pod koniec butelki zaczynał mnie strasznie swędzieć skalp. Tu obyło się bez takich rewelacji. Pojawiły się za to inne efekty, zdecydowanie przyjemne i pożądane. Mięciutkie włosy, które dostały nowej energii. Było ich faktycznie jakby więcej, na długości nawet bardziej niż przy skalpie. Były bardziej zdyscyplinowane, nie targały się i ładnie rozczesywały nawet bez pomocy odżywki - o ile rozczesywałam je zaraz po wyschnięciu a nie na drugi dzień rano. Największą zmianę zauważyć można było dotykając włosów. Były gładkie i miękkie, a po dokładnym wyszczotkowaniu nabierały zdrowego blasku. Szampon okazał się wielkim hitem i na pewno jeszcze do niego wrócę, tym bardziej, że kosztuje mniej niż 10 zł. No i z pewnością wypróbuję również maskę, najlepiej w duecie z szamponem.



31 stycznia 2017

260. Biovax, bambusowa maska-kameleon



Pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Najczęściej mówi się o tym w kontekście relacji międzyludzkich. Dotyczy to jednak również miejsc, a także marek. Jeśli czekoladki nowej marki, które kupiliście pierwszy raz, okazały się niesmaczne, jest mała szansa, że spróbujecie ponownie innej wersji. Tak samo jest z kosmetykami. Pierwszy kosmetyk testowany z dopiero co poznawanej marki w dużej mierze zdefiniuje opinie o niej jako o całości i w decydujący sposób wpłynie na nasze przyszłe z nią relacje. Markę więc można na wstępie pokochać - a później wybaczać jej błędy, z których mimo że zdajemy sobie sprawę, to jednak gotowi jesteśmy je ignorować, w imię dobrej pamięci tego poznanego jako pierwszego, zachwycającego produktu. A co jeśli ta nowość okaże się u nas klapą? Wtedy marka musi się postarać, by skusić nas na drugą próbę. Wyjątkiem oczywiście będą tu blogerki urodowe, dla których rynek kosmetyczny to szukanie i testowanie, odnajdywanie ideałów i porzucanie ich, by testować i szukać dalej (tak z przymrużeniem oka). 

Na mnie bardzo pozytywne wrażenie zrobiła marka Biovax swoją maską Naturalne Oleje. Z moimi włosami zdziałała naprawdę cuda i nie znalazłam w niej ani jednego minusa. Znalazłam swój ideał, i wiecie co zrobiłam? Zapomniałam o nim i dałam się opętać Kallosom. Na kilka lat. Jakiś czas temu marka wypuściła nową wersję maski, z bambusem i olejem awokado. A że opinie o niej czytałam same pozytywne, postanowiłam ją wypróbować. Jesteście ciekawi, jakie wrażenie tym razem wywarła na mnie marka?

 Producent deklaruje, że aż 88% składników jest pochodzenia naturalnego, a w masce nie znajdzie się parabenów ani SLS. Pogrubienie i zagęszczenie włosów zapewnić mają  olejki i ekstrakty. Jakie konkretnie? Ekstrakt z korzenia bambusa, wyciąg z liści bambusa - naturalne źródło krzemu sprzyjające wzmocnieniu  cebulek włosowych, ich dotlenieniu i pobudzeniu, dające efekt mocniejszych, zagęszczonych i pogrubionych włosów. Olejek z młodych pędów bambusa dostarczy włosom witamin i minerałów, które wzmocnią rdzeń włosa, a olej avocado, zawierający odżywczy kwas Omega 3, uzupełni braki w kompozycji lipidowej włosów oraz pokryje je ochronnym filmem. 

Jakie dokładnie efekty obiecuje nam producent?

- zmniejszona łamliwość, wyraźne wzmocnienie włókien
- nawilżone, miękkie oraz wygładzone pasma
- efekt grubszych, gęstszych, pełnych objętości włosów
 - zrekonstruowana struktura włosów na całej ich długości
- niezwykła sprężystość i elastyczność
- promienne, lśniące zdrowym blaskiem włosy



Jeszcze rzut oka na skład. 

SKŁAD
AQUA PURIFICATA, CETEARYL ALCOHOL, CETEARETH-20, PERSEA GRATISSIMA (AVOCADO) OIL, BEHENTRIMONIUM CHLORIDE, BAMBUSA ARUNDINACEA ROOT EXTRACT, BAMBUSA VULGARIS (LEAF/STEM) EXTRACT, BAMBUSA VULGARIS SHOOT EXTRACT, SILICA, HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER) SEED OIL, HYDROXYPROPYL STARCH PHOSPHATE, PROPYLENE GLYCOL DICAPRYLATE/DICAPRATE, BIS-(ISOSTEAROYL/OLEOYL ISOPROPYL) DOMONIUM METHOSULFATE, LACTIC ACID, PARFUM, BENZYL ALCOHOL, BHT, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, ISOPROPYL ALCOHOL, CI42090, CI 19140.
 

Maska bardzo pozytywnie wyróżnia się zapachem. Jest bardzo świeży, intensywny i taki po prostu zielony. Prawdopodobnie to lekko podkręcony zapach bambusa. Na włosach utrzymuje się długo i jest mocno wyczuwalny, i naprawdę bardzo przyjemny. Maska to jednak nie perfumy dla włosów i nie zapach jest najważniejszy. A niestety, kilka razy miałam wrażenie, że maska ta potrafi tylko pachnieć. Piszę "kilka razy", ponieważ działanie maski nie zawsze było takie same. Trudno mi ją jednoznacznie ocenić, bo zachowywała się jakby była dwoma osobnymi kosmetykami, a mnie nie udało się odkryć, w czym tkwił problem. Maski niczym nie wzmacniałam i nie stosowałam równocześnie z nią żadnych odżywek czy olei. Sam szampon plus maska. Czasami trzymałam ją na włosach 20 minut, czasami tylko 5. Działanie jednak nie zależało od czasu. Kilka razy po użyciu maski włosy były cudownie miękkie, gładkie i błyszczące. Aż nie mogłam oprzeć się chęci dotykania ich. Niestety, tak było tylko kilka razy. Pozostałe spotkania z maską nie skończyły się tak miło. Wpływu na włosy albo nie było żadnego, albo był wręcz negatywny. Włosy były oklapnięte i bez życia, nie błyszczały się, plątały. Tak więc - maska kameleon. W moim przypadku, jej działania zupełnie nie dało się przewidzieć, to była prawdziwa ruletka. Nie udało mi się jej rozgryźć, więc już do niej nie wrócę.



23 stycznia 2017

259. Garnier, Invisible BWC Floral Fresh Roll On

Stworzenie idealnego antyperspirantu to wielkie wyzwanie stawiane przed rynkiem kosmetycznym. Wyzwanie, ale też pole do manewru. Poszukiwania formuły kosmetyku, który skutecznie i przez długi czas będzie chronił nas przed potem trwają. Ten ideał musi być jednak nie tylko zabójczy dla potu, ale również delikatny dla naszej skóry oraz dla naszych ubrań - a więc zero lepienia, zero podrażnień, zero białych i żółtych plam. Do tego najlepiej by działał antybakteryjnie i ładnie pachniał. Miał też wygodną formę aplikacji, szybko się wchłaniał, był tani i wydajny. Same widzicie, trochę tych wymagań jest. Dlatego też firmy kosmetyczne co chwilę wypuszczają na rynek jakieś nowości.


Marka Garnier posiada w swojej ofercie dziewięć różnych "kulek". Moja wersja to Invisible BWC Floral Fresh Roll On, zakupiona w dwupaku podczas promocji w Biedronce. Kupiłam, bo czytałam sporo pozytywnych opinii, nie zwróciłam jednak uwagi której wersji te opinie dotyczą.  Po dwóch miesiącach używania wersji różowej śmiało mogę stwierdzić, że na pewno nie tej.
 Ale po kolei.



48h* ochrony przed wilgocią i przykrym zapachem, dzięki ultraabsorbującemu Mineralite**





Formuła nowej generacji: oparta na niewidocznych składnicach, by chronić kolorowe ubranie przed śladami i plamami. Pozbywasz się efektu sztywnienia materiału lub gromadzenia produktu na materiale w okolicach pach. 

 CZARNY : bez białych śladów nawet przy obcisłych topach; 
BIAŁY : bez żółtych plan, pranie po praniu; 
KOLORY : rewolucja dla kolorowych koszulek! Zapobiega przebarwieniom na materiale.



SKŁAD

AQUA, ALUMINUM CHLOROHYDRATE, DIMETHICONE, C14-22 ALCOHOLS, STEARETH-100/PEG-136/HDI COPOLYMER, PARFUM/FRAGRANCE, C12-20 ALKYLGLUCOSIDE, HYDROXYCITRONELLAL, IODOPROPYNYL BUTYLCARBAMATE, LIMONENE, LINALOOL, PERLITE, TETRASODIUM GLUTAMATE DIACETATE, HEXYL CINNAMAL, 



 Antyperspirant okazał się koszmarną pomyłką. Zupełnie nie chce się wchłaniać - nawet jeśli dam mu kilka minut, i tak skóra pod pachami jest dalej mokra. Wkładając ubranie, całość automatycznie ląduje na materiale. Plusem jest to, że jednak go nie brudzi. Nie ma więc żadnych plam, ale co z tego, skoro na skórze niewiele zostaje. Co ma wtedy chronić mnie przed poceniem? Nasiąkniętą antyperspirantem bluzka? Ochronę daje więc ta kulka naprawdę minimalną. Wystarczy, że jestem ciut za ciepło ubrana dla temperatury panującej w danym pomieszczeniu, i już zaczynam czuć, że pod pachami robi mi się mokro. Jakbym zupełnie nic nie użyła rano! Naprawdę już dawno nie spotkałam tak nieskutecznego antyperspirantu. Zimą nie potrzebuję dużej ochrony, bo to jednak latem pocę się mocniej. Różowa kulla z Garniera sprawdza się jednak jedynie, kiedy zostaję cały dzień w domu i praktycznie nic nie robię. Wtedy i ona nie ma nic do roboty, więc działa. Po prostu pachnie i tyle. Winę za jej niepowodzenie zrzucam na to słabe wchłanianie właśnie. To, co miało działać, zostaje po prostu wtarte w ubranie. Tak więc tej wersji zdecydowanie nie polecam. Sama muszę się zastanowić, co zrobię z drugim opakowaniem leżącym w zapasach, bo kupiłam od razu dwupak. 

22 stycznia 2017

258. Sharon Kay Penman - Słońce w chwale


Często powtarzam, że najwspanialsze historie pisze... historia. Takich zawirowań fabuły, intryg, nagłych zwrotów akcji oraz niepowtarzalnych postaci nie wymyśli największy mistrz pióra. Ja jestem fanką historii głównie starożytnej, chętnie jednak sięgam również po coś młodszego, maksymalnie do I wojny światowej. Nie tylko wtedy dostarczam sobie rozrywki, ale też wiedzy. Akurat się przyda, jakbym się wybrała do jakiegoś teleturnieju. 


Autorka "Słońca w chwale" na początku książki informuje, jak bardzo wierna faktom jest jej książka. Sharon Kay Penman zadała sobie ogromny trud i wykazała się wielką wiedzą oraz cierpliwością, zbierając informacje i pisząc książkę w taki sposób, aby jak najmniej pozostawić swojej wyobraźni. Zgadzają się wszystkie postaci, miejsca, daty i zdarzenia. Autorka ubrała to dodatkowo w myśli i uczucia, w ręce czytelników oddając porywającą historię, która wydarzyła się naprawdę. 


"Słońce w chwale" to pierwsza część trylogii opowiadającej o królu Anglii, Ryszardzie III. W pierwszej części przedstawione zostały najwcześniejsze lata jego życia, a więc dzieciństwo i okres dorastania, kiedy to walkę o władzę toczyli jego ojciec, bracia i kuzyni - Yorkowie przeciwko Lancasterom. Na początku Ryszard jest tylko postronnym obserwatorem tych zmagań, dzieckiem-uciekinierem, dla którego niezbyt jasne jest co się dookoła niego dzieje. Kiedy jednak jego starszy brat Edward zostaje królem Edwardem IV, Ryszard, przez przyjaciół zwany Dickonem, staje się jego największym powiernikiem, i przez to jednym z głównych uczestników angielskiej polityki.


Autorka w wręcz magiczny sposób wciąga nas do czasów Wojny Dwóch Róż, stawiając przed nami bohaterów żywych i prawdziwych, ze wszystkimi ludzkimi wadami a także wyjątkowymi zaletami, pokazując przed jakimi trudnymi wyborami postawił ich los.  Nie tylko główny bohater, Dickon, musiał zdecydować po czyjej stronie stanąć - ukochanego brata czy podziwianego kuzyna, który wychował go jak ojciec. Zdecydować się musiała też czternastoletnia Anne - być wierna wobec ojca, z którego postępowaniem się nie zgadzała, czy ukochanego, który stał się wrogiem jej rodziny. A także Jan, który chciał tylko wiernie służyć swojemu królowi i kuzynowi, los jednak sprawił, że jego pomocy potrzebował również rodzony brat, walczący przeciwko królowi Edwardowi. Stare rody łączyły się ze sobą co sprawiło, że prawie każdy z każdym był w jakiś sposób spokrewniony i spowinowacony. System wzajemnych zależności, wierności i powinności był naprawdę skomplikowany. Nie było jednego wzoru zachowania. W czasach, kiedy ogień wojny o koronę nie wygasał nawet na moment, stale dochodziło do zdrad i rozłamów w rodzinach. Teraz w kontekście wojny mówi się o śmierci i zniszczeniu. Oczywiście, to jest straszne. Ale nie mniej potworne było zmuszanie ludzi do opowiadania się po jednej ze stron, kiedy serce wyrywało się i do jednych i do drugich. W "Słońcu w chwale" znajdziemy właśnie te rozterki i naprawdę poczujemy jak trudne jest podejmowanie takich decyzji. A przy okazji, nauczymy się czegoś nowego, co na szkolnych lekcjach historii zapewne nam umknęło.

18 stycznia 2017

257. Czekoladowe ciasteczka z suszoną śliwką




Bardzo lubię piec i w miarę możliwości często to robię. Zazwyczaj są to ciasta, bo z ciasteczkami zazwyczaj jest ten problem, że zanim upiecze się trzecia porcja, po pierwszej nie ma już ani okruszka, a nim skończę całość, okazuje się, że ciasteczek zostało kilka sztuk. Jakoś tak to jest, że ciasteczka trzeba próbować podczas pieczenia. Robię to i wszyscy członkowie rodziny, i tak jakoś to znika. Latem piekłam czekoladowe ciasteczka z suszoną śliwką. Chcecie przepis?

SKŁADNIKI

2,5 szklanki mąki pszennej
2 szklanki cukru
1 kostka margaryny
5 łyżek kakao
2 łyżeczki sody
 2 jajka
1 opakowanie cukru waniliowego
ok. 150 g suszonych śliwek
1 tabliczka czekolady deserowej
posiekane orzechy włoskie


Margarynę utrzyj w misce z cukrem i cukrem waniliowym. Dodaj przesianą mąkę i kakao. Wbij jajka, dodaj sodę a następnie dokładnie wymieszaj. Posiekaj orzechy (ja do moich ciasteczek nie dodałam orzechów, dlatego próżno ich szukać na zdjęciach), śliwki i czekoladę. Dodaj do pozostałych składników i wymieszaj. Łyżką stołową odmierzaj porcje na ciasteczka i uformowana układaj na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce. Zostaw miejsce pomiędzy ciasteczkami, tak żeby miały gdzie urosnąć i rozlać się. Piecza w 180 stopniach C przez 18-20 min. 


Do bazowego przepisu na ciasteczka dodać można różne orzechy czy suszone, a nawet świeże owoce  - co kto lubi.