18 sierpnia 2017

396. Natur Planet, nierafinowane masło shea

Dla wielu osób im prostszy skład, tym lepszy kosmetyk. Zwłaszcza naturalne oleje robią ostatnimi czasy furorę na rynku kosmetycznym. Jeśli tylko wiemy, że nie mamy alergii na naturalny surowiec, z którego produkowane są kosmetyki, możemy do woli próbować natury w czystej postaci. Jednym z bardzo dobrze znanych składników kosmetyków jest masło shea. Spotkać je można zarówno w kosmetykach naturalnych jak i tych po brzegi wypełnionych chemią. Można również pokusić się o stosowanie masła solo, bez żadnych dodatków. 

Po wielu pozytywnych opiniach sprawdziłam na sobie najpierw olej kokosowy. I niestety ja się nim nie zachwyciłam. Być może po prostu marka nie dostarczyła mi produktu wysokiej jakości, a może po prostu olej ten nie dla mnie. Kilka miesięcy temu w Drogeriach Polskich zaopatrzyłam się w nierafinowane masło shea.


W składzie znajdziemy tylko butyrospermum parkii, bez żadnych dodatków. W plastikowym słoiczku mieści się 100 ml masła w stanie stałym. Ma ono specyficzny zapach, mnie kojarzy się trochę z papierem. Jest naturalny, ale nie nieprzyjemny. Po ogrzaniu w dłoniach zamienia się w płynny olej, którego wystarczy dosłownie odrobina, by posmarować duży fragment ciała. Na przykład do nasmarowania dłoni wystarczy odrobina wielkości połowy małego paznokcia. 

Słoiczek jest na tyle duży, że wygodnie wydobywa się z niego masło, łatwo też go zakręcić nawet tłustymi dłońmi. Bo masło jest niezwykle tłuste i bardzo długo się wchłania. Z tej racji rzadko kiedy sięgam po niego w ciągu dnia. Wolę nasmarować się nim wieczorem i pozwolić mu spokojnie się wchłonąć, przynajmniej większej części, która nie wyląduje na piżamie i pościeli.


Do czego używam masła shea? Najczęściej do rąk. Kiedy przez cały dzień nie użyłam ani razu kremu do rąk, wieczorem smaruję je tłustym masłem i w ten sposób nie pozwalam im się przesuszyć. Ratowałam się też nim po kilku godzinach w rękawicach ogrodowych, na które całkiem możliwe, że jestem uczulona, ponieważ dłonie wieczorem mnie aż piekły.

Masło dobrze sprawdza się też w pielęgnacji stóp. Nawilża tak mocno, że żaden krem nie może się z nim równać. Ponieważ jednak wchłania się straszliwie powoli, zalecałabym używanie go bezpośrednio przed snem. Bo chodzenie po jego użyciu grozi upadkiem.


Nierafinowane masło sprawdza się w pielęgnacji zwłaszcza mocno przesuszonych partii ciała, lub po prostu takich, które by pozostać w dobrej kondycji potrzebują dużej dawki nawilżenia. A więc do stóp, łokci czy spracowanych - lub po prostu potraktowanych po masoszemu - dłoni. Tam rzeczywiście widać zbawienny wpływ tłustego masła shea i to od razu. Na skórze nawilżonej, regularnie balsamowanej i mało wymagającej, jak na przykład na ramionach czy udach, nie zauważyłam takiego efektu wow. Bardzo rzadko jednak używam go na całe ciało, ponieważ zajmuje to mnóstwo czasu. Każdy fragment masła trzeba najpierw rozpuścić w dłoni, a później dokładnie rozsmarować i wmasowywać przez dłuższą chwilę. 

Nierafinowane masło shea warto mieć w kosmetyczce. To taki maślany opatrunek na przesuszone partie skóry, który natychmiastowo przynosi ulgę i pomaga jej wrócić do zdrowia. Mamy też pewność, że używamy produktu naturalnego, bez żadnych mniej lub bardziej chemicznych dodatków. A do tego, masło jest niesamowicie wydajne i tanie, bo kosztuje coś około 10 zł.

14 sierpnia 2017

395. Lirene Dermoprogram Ideale - Glam&Matt duo effect

Wiecie, że jeszcze nigdy nie pisałam recenzji podkładu? Zawsze były tylko krótkie wzmianki przy nowościach czy denku. Pora jednak na pełnowymiarową recenzję kosmetyku, bez którego nie wyobrażam sobie makijażu. Czasami oczywiście rezygnuję z malowania się i pozwalam mojej skórze odpocząć, i to niekoniecznie wtedy, kiedy siedzę w domu. Jeśli jednak robię sobie makijaż, podkład musi być. Dziś chciałabym opowiedzieć o moich wrażeniach dotyczących podkładu Glam&Matt Lirene Ideale.



Zaciekawił mnie podwójny efekt podkładu - rozświetlenie i matowienie. Czy to w ogóle możliwe? No bo jak coś jest matowe, to z definicji się nie błyszczy. Tak o połączeniu dwóch różnych efektów pisze producent:

Innowacja - DUO EFFECT - fluid o podwójnym działaniu!

Matuje dzięki systemowi pigmentów nowej generacji, które rozpraszają i odbijają światło od powierzchni skóry.

Rozświetla wypełniając skórę światłem, sprawiając, że cera wygląda świeżo i promiennie, bez efektu błyszczenia. 

Spektakularne rezultaty - nieskazitelna cera w każdym świetle!



 Podkład znajduje się w ciężkiej, szklanej buteleczce. Z opakowania zawsze wydobywa się go za dużo, a niestety nie da się nacisnąć pompki lekko, bo się zacina i zawsze trzeba użyć do tego więcej siły. A wtedy dociska się do samego dołu i na dłoni ląduje bardzo duża kropla podkładu,

Podkład ma rzadką konsystencję i trzeba go nakładać po troszku, bo marze się i dość długo zastyga na twarzy. To plus, bo można go poprawiać i poprawiać, aż efekt będzie zadowalający. Tylko na nałożenie drugiej warstwy - jeśli będzie to potrzebne - trzeba troszkę poczekać.




Kupiłam odcień 02 Neutralny, który okazał się bardzo ciemny. Nigdy, nawet zimą, nie biorę odcieni najjaśniejszych. A  tu drugi na skali okazał się tak ciemny, że żeby go w ogóle użyć musiałam poczekać do letniej opalenizny. Nie wyobrażam więc sobie, kto mógłby użyć odcienia 04 Opalony. Podkład ma jeszcze tę przykrą wadę, że po nałożeniu na twarz ciemnieje. Dobrze chociaż, że robi to od razu, a nie na przykład po godzinie, kiedy już wyszłam z domu. 

Co z jego podwójnym efektem? A no jest, ale jest to podwójny błysk, a nie błysk i mat. Podkład nie dość, że w ogóle nie matuje, to potwornie się świeci. Jasne, można, a nawet należy użyć pudru, żeby go choć lekko zmatowić i utrwalić. Ale taki błysk już za chwilę spod pudru wyjdzie. Jeśli do tego ma się cerę mieszaną w kierunku tłustej jak ja, podkład na twarzy wygląda ładnie max. trzy godziny. W czasie letnich upałów nawet nie ma sensu po niego sięgać. Wspomnieć jeszcze muszę, że podkład ma słabe krycie i w gorsze dni nie nadaje się zupełnie. Koniec końców okazuje się, że nie ma kiedy go użyć. Bo a to jestem za blada do niego, albo akurat coś mi wyskoczyło, co chciałabym ukryć, albo jest za ciepło. Albo po prostu potrzebuję makijażu na cały, a nie tylko na część dnia.



Tak sobie więc podkład stał, rzadko kiedy używany, aż w końcu oddałam go mamie. Ma ona cerę dojrzałą i suchą, aktualnie opaloną. I u niej podkład sprawdza się o wiele lepiej. W prawdzie bez pudru ani rusz, ale nie znika z jej twarzy tak szybko jak u mnie. Dobrze też wyrównuje koloryt i ładnie podkreśla opaleniznę. 

Podsumowując, podkład powinien spodobać się osobom z suchą cerą, które nie lubią i nie potrzebują efektu matu. Wtedy rzeczywiście nada ładnego blasku i wytrzyma na twarzy dłużej. Posiadaczki cery mieszanej i tłustej nie będą raczej z niego zadowolone. Na mat nie dajcie się nabrać, bo tego nie ma tu za grosz. No i odcienie koniecznie wypróbujcie na twarzy, bo to co widać na dłoni nie do końca odpowiada prawdzie. Kosztuje ok. 40 zł.

Na koniec mała prezentacja na mojej twarzy. Zdjęcia wyszły jak wyszły - czyli nie wyszły. Ale widać na nich dwie ważne cechy: błysk (nie nakładałam pudru) oraz słabe krycie.





12 sierpnia 2017

394. Botanicals Sfresh Care - Coriander Strenght Cure

Mniej więcej w tym samym czasie trafiły do mnie dwa zestawy produktów do włosów do testowania od portalu ofeminin.pl  Na pierwszy ogień poszła mlecza kuracja Nivea, o której pisałam tutaj, teraz powoli kończę kurację wzmacniającą Botanicals Fresh Care do włosów osłabionych i delikatnych od L'oreal. W jej skład wchodzi szampon pielęgnacyjny, balsam pielęgnacyjny, maska rewitalizująca i eliksir wzmacniający. Do mnie trafił szampon i eliksir, i to o nich chciałabym opowiedzieć.



KURACJA WZMACNIAJĄCA - OLEJ Z KOLENDRY

Wzmacniaj swoje włosy od nasady aż po same końce. Zapobiegaj rozdwajaniu się końcówek i łamliwości włosów.

Botanicals Fresh Care ma dla Ciebie rewelacyjne remedium, zainspirowane tradycyjną medycyną
i poddane ekologicznym procesom chemicznym. Połączony z naszym podstawowym kompleksem, olej z kolendry naprawdę czyni cuda.
Ta linia produktów zawiera wiele składników odżywczych i wzmacnia zniszczone włosy. Szampon
z ultralekką pianą delikatnie je pielęgnuje. Dodaj do tego maskę, a ilość łamliwych włosów znacząco się zmniejszy. W dodatku badania L’Oréal wykazują rewelacyjne działanie eliksiru wzmacniającego.

To naturalny preparat zwiększający naturalną moc Twoich włosów. I jeszcze ten świeży, lekki zapach!
Dzięki gamie z kolendrą delikatne włosy nie będą już łamliwe, a suszenie ich suszarką przestanie być codziennym utrapieniem. Czas wreszcie powiedzieć „nie”!
 



W szamponie znajdziemy kompozycję esencji z nasion kolendry, soi i olejku kokosowego, jest on też wolny od silikonów, parabenów i barwników. Przeznaczony jest do włosów delikatnych i osłabionych. Moje osłabione nie są, ale delikatne z całą pewnością. Szampon oczyszcza je delikatnie, ale skutecznie. Nie podrażnia zupełnie skóry głowy. Włosy są po nim delikatne, sypkie, po prostu czuć, że maksymalnie czyste. Nie tracą jednak nic ze swojego blasku i miękkości, jak w przypadku niektórych stricte oczyszczających szamponów. 

Szampon ma bardzo ciekawy zapach, a to przez obecność w składzie kolendry. Na początku trochę mi przeszkadzał, ale w końcu się do niego przyzwyczaiłam i teraz nawet mi się podoba. Jest mocny i długo utrzymuje się na włosach, tym bardziej, jeśli wprowadzimy do pielęgnacji jeszcze eliksir o tym samym zapachu. 

Szampon oceniam na 4+. Daje uczucie świeżości, a przy tym jest łagodny i wydajny. Na plus również opakowanie z pompką, która jest bardzo wygodna w użyciu. 

SKŁAD
AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, COCO BETAINE, LAURETH-5 CARBOXYLIC ACID, COCAMIDE MEA, ISOPROPYL MYRISTATE, COCOS NUCIFERA OIL/COCONUT OIL, SODIUM CHLORIDE, SODIUM BENZOATE, SODIUM ACETATE, SODIUM HYDROXIDE, PEG-60 HYDROGENATED CASTOR OIL, POLYQUATERNIUM-10, SALICYLIC ACID, LIMONENE, LINALOOL, BENZYLSALICYLATE, BENZYL ALCOHOL, ISOPROPYL ALCOHOL, GERANIOL, CORIANDRUM SATIVUM SEED OIL/CORIANDER SEED OIL, CETEARETH-60 MYRISTYL GLYCOL, CITRIC ACID, HEXYLENE GLYCOL, GLYCINE SOJA OIL/SOYBEAN OIL, PARFUM.  

Eliksir wzmacniający stosuje się bez spłukiwania, na całej długości włosów.  Według producenta powinno to być tylko kilka kropel, ja sobie jednak nie żałuję i zawsze nakładam cztery dawki odmierzane pipetą. Eliksir na szczęście nie obciąża włosów i nie skleja ich nawet na końcówkach. Pachnie bardzo mocno i jeśli komuś wybitnie nie spodoba się ten zapach, to używanie eliksiru może zamienić się w koszmar. Kolendrę czuć aż do następnego mycia. 

Eliksir ma mleczny kolor i wodnistą konsystencję. Dlatego nie można od razu nałożyć go więcej, bo po prostu spłynie z dłoni zanim doniesiemy go na włosy. Kosmetyk ma za zadanie ochronić nasze włosy, zwłaszcza na końcach, przed codziennymi uszkodzeniami. Czy to faktycznie robi, trudno ocenić, ponieważ moje końce już przed rozpoczęciem terapii były zniszczone i gotowe na podcięcie. Nie zauważyłam jednak, żeby po eliksirze były one bardziej zdyscyplinowane. Zwłaszcza na końcach puszą się i odstają we wszystkie strony, nie są też w ogóle bardziej miękkie czy błyszczące. Eliksir nie robi z nimi zupełnie nic, co można by zaobserwować gołym okiem. Być może faktycznie zabezpiecza końcówki, ale akurat w tym momencie nie mogę tego zaobserwować. Prawdopodobnie odstawię go na bok i zacznę używać dopiero po podcięciu włosów, do czego zbieram się już kilka miesięcy. Ale ja do fryzjera nie lubię chodzić równie mocno jak do lekarza, wiec nie wiadomo ile mi jeszcze to "wybieranie się" zajmie. 

Podsumowując, na dzień dzisiejszy eliksir dla mnie nie robi nic. Plus za to, że nie skleja włosów, nawet jeśli użyję go naprawdę dużo. Fajnie też byłoby, gdyby był bezzapachowy. Bardzo wydajny.


SKŁAD
AQUA, QUATERNIUM-87, COCOS NUCIFERA OIL/COCONUT OIL, SODIUM BENZOATE, STEARYL ALCOHOL, PPG-1 TRIDECETH-6, EUGENOL, BEHENTRIMONIUM CHLORIDE, POLYQUATERNIUM-37, POLYSORBATE 20, POLYQUATERNIUM-11, LIMONENE, LINALOOL, CANDELILLA CERA/CANDELILLA WAX, PENTAERYTHRITYL TETRA-DI-T-BUTYL HYDROXYHYDROCINNAMATE, BENZYL SALICYLATE, BENZYL ALCOHOL, PROPYLENE GLYCOL, ISOPROPYL ALCOHOL, CAPRYLYL GLYCOL, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, PARAFFINUN LIQUIDUM/MINERAL OIL, GERANIOL, ACRYLATES COPOLYMER, SORBITAN OLEATE, COLIABDRUM SATIVUM SEED OIL/CORIANDER SEED OIL, CITRIC ACID, CITRAL, CITRONELLOL, GLYCINE SOJA OIL/SOYBEAN OIL, PARFUM.



Dwa spośród czterech kosmetyków nowej serii L'Oreal szału nie zrobiły. Szampon jest poprawny, nic złego nie robi, i tyle mi wystarczy. Odkryciem roku jednak nie jest. Eliksir wzmacniający to dla mnie kosmetyk zbędny i zupełnie obojętny moim włosom. A przez intensywny i specyficzny sposób ani mama ani siostra nie dały się namówić na testowanie, nie wiem więc czy na innych włosach byłby bardziej skuteczny.

A Wy używałyście już tych kosmetyków? Jak u Was się sprawdziły?
 

  

28 lipca 2017

393. Scholastique Mukasonga - Maria Panna Nilu

Nie chcę dłużej żyć w tym kraju. Rwanda to kraj śmierci. Pamiętasz, co opowiadali nam na lekcjach religii, cały dzień Bóg przemierza świat, ale co wieczór wraca do siebie, do Rwandy. No i podczas gdy Bóg podróżował, Śmierć zajęła jego miejsce. Kiedy wrócił, zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Śmierć wprowadziła swoje rządy w naszej biednej Rwandzie. Ma plan i postanowiła zrealizować go do końca. Powrócę, kiedy nad naszą Rwandą znowu zaświeci słońce życia. Mam nadzieję, że cię tu zobaczę.

Scholastique Mukasonga - Maria Panna Nilu


W głębokiej dżungli, tam gdzie potężny Nil wąskim strumieniem wypływa spomiędzy skał, jest kapliczka, a w niej figura Marii Panny Nilu – opiekunki Rwandy. Co roku w pielgrzymkę do małej kapliczki wyruszają uczennice pobliskiego liceum, sama rwandyjska elita. Córki generałów, ministrów, przywódców politycznych, dziedziczki najbogatszych i najpotężniejszych mężczyzn w kraju. Córki zwycięskich Hutu – tych, którzy dokonali przewrotu, wymordowali Tutsi, i przejęli władzę. Jednak Europa nie patrzy przychylnie na to, w jaki sposób traktowani są przegrani i będący w mniejszości Tutsi. Dlatego Rwanda musiała pójść na kompromis, bo od Europy, a już zwłaszcza Belgii, nie mogła się odciąć. Pozwoliła kilku dziewczynom Tutsi uczyć się w elitarnym liceum, zdobyć wykształcenie i dyplom, który w przyszłości miał otworzyć przed nimi drzwi do lepszego życia. Książka niestety nie ma happy endu – nie ma lepszego życia, nie ma sukcesu.

 
 
Maria Panna Nilu napisana jest w specyficzny sposób. Nie ma jasno określonej fabuły, wątku, który prowadzi nas od początku do końca. Każdy rozdział to inna historia. Bohaterki są te same – uczennice liceum, zarówno Tutsi jak i Hutu. Są to ich wspomnienia z początków nauki, relacje pomiędzy koleżankami, odkrywanie świata przez dorastające dziewczyny. Całkiem zwyczajne historie zwyczajnych dziewczyn, żyjących jednak w tak różnym świecie od naszego. Na zakończenie nic nie jest w stanie przygotować. Bo to co straszne i zaskakujące przychodzi zaraz po tym co normalne, lekkie i zabawne. W jednej chwili mamy opowieść o szkolnych psikusach, a w następnej obraz totalnej masakry, dzikości drzemiącej w człowieku. Chciałoby się nie wierzyć, że człowiek może zrobić coś takiego drugiemu człowiekowi, wpaść w takie szaleństwo, dać się omamić. Przestać być jednostką, a stać się elementem tłumu, nie myślącym, nie żałującym, pędzącym ślepo za innymi. Ale niestety trzeba uwierzyć, bo historia Rwandy jasno pokazuje, że to nie ma takiej potworności, której człowiek by się nie dopuścił.


Książka wzbudza bardzo silne emocje. Po jej przeczytaniu milion myśli kłębiło mi się w głowie i nie tak łatwo było mi się przerzucić na następną lekturę. Maria Panna Nilu to ten rodzaj książek, za które dostaje się nagrody, ale które mają niestety małą szansę na zostanie bestsellerem. Polecam wam jednak sięgnięcie po nią, tym bardziej, że jest ona dość krótka, i zdecydowanie się nie dłuży. A jeśli już wciągnięcie się w temat i zechcecie się jeszcze trochę bardziej podręczyć, obejrzyjcie film Hotel Rwanda. Tylko koniecznie zaopatrzcie się w zapas chusteczek.


21 lipca 2017

392. Tołpa, łagodny płyn micelarny - tonik 2 w 1 z bławatkiem i lukrecją

Jakiś czas temu pisałam o żelu do demakijażu oczu Tołpy, które skutecznie ale delikatnie zmywał cały makijaż. Był to mój pierwszy produkt marki do pielęgnacji twarzy, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Bo o Tołpie różnie się mówi, a większość opinii, które ja czytałam, twierdziły, że Tołpa jest trochę przereklamowana i wcale nie tak skuteczna, jak napisano na etykietce. Postanowiłam spróbować z następnym ich kosmetykiem do demakijażu. Wybór padł na łagodny płyn micelarny-tonik.

Połączenie płynu micelarnego i toniku ma nam zagwarantować dokładne, a jednocześnie delikatne dla skóry oczyszczanie. Wstępne, oczywiście, bo wody z mydłem nic nie zastąpi. Płyn przeznaczony jest dla skóry wrażliwej i zawiera ekstrakt z bławatka i lukrecji. Ma odświeżyć, nawilżyć i przywrócić uczucie komfortu. Czy to robi? Zdecydowanie tak! Połączenie płynu micelarnego z tonikiem to świetny pomysł na zniwelowanie uczucia ściągnięcia czy podrażnienia. Makijaż zmywam po powrocie do domu za pomocą płatka nasączonego płynem, i tak sobie chodzę do wieczora. Wtedy dopiero myję twarz żelem i nakładam kosmetyki nawilżające. Cenię więc sobie kosmetyki do makijażu, dzięki którym moja skóra przez te kilka godzin jest odświeżona i delikatnie nawilżona, a ja nie muszę jej od razu szorować i nakładać kremu, bo tak mnie skóra ciągnie i piecze.

Swoje podstawowe zadanie, a więc zmywanie makijażu, płyn spełnia doskonale. Elegancko domywa podkład, puder i kosmetyki do konturowania. Nie straszne mu też matowe szminki - rozpuszcza je praktycznie od razu, wystarczy przejechać płatkiem i gotowe. Jak radzi sobie z demakijażem oczu? Równie dobrze. Cienie zmywa za pierwszym pociągnięciem, nawet te bardzo ciemne. Mascarę rozpuszcza i zmywa w całości po kilku przyłożeniach płatka. Nie podrażnia i nie szczypie, nawet jeśli dostanie się do oka. Po jego użyciu przez chwilę skóra jest trochę lepka, ale za moment płyn albo wysycha, albo się wchłania. Grunt, że zostawia po sobie czystą (przynajmniej na pierwszy rzut oka) i odświeżoną cerę, bez uczucia ściągnięcia. Stosowany jako tonik łagodzi i lekko chłodzi, a skóra po nim jest miękka i gotowa na przyjęcie kremu. W dni, kiedy nie mam makijażu, lubię nim przecierać twarz w ciągu dnia, dla uczucia odświeżenia. 

Posiadam wersję XXL, mieszczącą 400 ml płynu. W przypadku szamponów i płynów micelarnych to dla mnie najlepsza opcja, bo wtedy nie muszę ci chwila kupować nowych. Czy płyn jest wydajny? To już zależy od tego, jak go kto używa. Można zwilżyć płatek i objechać nim całą twarz, albo zużyć do tego kilka płatków i automatycznie więcej płynu. Po miesiącu stosowania zużyłam 1/3 opakowania, więc nie jest źle, nie jestem rozrzutna. Płyn kupiłam w Lidlu za ok. 15 zł. Na stronie producenta jest butelka 200 ml za 16,99 zł, więc okazja średnia. Warto poszukać go w drogeriach czy właśnie marketach. Dozowanie płynu nie sprawia trudności. Jeśli tylko robimy to ostrożnie, płyn nie wylewa się w nadmiarze.

SKŁAD
AQUA, POLOXAMER 184, DISODIUM COCOAMPHODIACETATE, POLYSORBATE 20, PEAT EXTRACT, GLYCYRRHIZA GLABRA ROOT EXTRACT, CENTAUREA CYANUS FLOWER EXTRACT, DISODIUM EDTA, SODIUM CITRATE, SODIUM CHLORIDE, SODIUM HYDROXIDE, GLYCERIN, CITRIC ACID, PROPYLENE GLYCOL, PARFUM, BENZYL ALCOHOL, SALICYLIC ACID, SORBIC ACID. 

 Łagodny płyn micelarny-tonik 2 w 1 od Tołpy jest produktem naprawdę godnym polecenia. Skutecznie usuwa makijaż, a przy dba o naszą skórę. Nie podrażnia i nie szczypie w oczy - a to jest coś, co w oczach wielu konsumentek dyskryminuje produkty do demakijażu. Kto chce się sam krzywdzić? W przypadku tego płynu nie ucierpią ani nasze oczy, ani skóra, ani kieszeń. 






19 lipca 2017

391. Susan Anne Mason - Irlandzkie Łąki


Siostry O'Leary różnią się od siebie jak ogień woda. Colleenn, ulubienica ojca, stale wychwalana za swoją urodę, żyje w przekonaniu, że tylko tę jedną wartość posiada – jest piękna kobietą i potrafi to wykorzystać. Czerpie z życia ile się da. Uwielbia przyjęcia, nowe stroje i flirty. Innym płata „psikusy” nie dbając o to, że ich to rani. Idzie przez życie jak burza, niczego sobie nie odmawiając wiedząc, że nie spotka ją za to żadna kara. Kto w końcu będzie się gniewał na taką ślicznotkę?


Brianna to jej całkowite przeciwieństwo. Dziewczyna żyje w cieniu swojej siostry, całe życie zabiega o uwagę ojca. Boli ją, kiedy ten nie zwraca uwagi na to, co ona mówi, nie docenia jej inteligencji i traktuje jak przedmiot, który trzeba sprzedać najbogatszemu kawalerowi w okolicy. A Brianna ma całkiem inne plany na życie. Chciałaby pójść do college'u i tak jak jej ciotka zdobyć wykształcenie, nie być tylko ozdobą domu i męża. 


Irlandzkie Łąki” to książka o dążeniu do własnych marzeń i jednoczesnym spełnianiu oczekiwań innych. Siostry O'Leary są w naprawdę kiepskiej sytuacji. Stadnina ich ojca jest na skraju bankructwa, i ich ojciec może myśleć tylko o tym, by jak najlepiej – i jak najszybciej! - zarobić na małżeństwach swoich córek, bez względu na to, jaką one będą za to musiałby zapłacić cenę. Ścierają się tu dwa pokolenia – ojciec imigrant, dla którego zdobyty majątek i pozycja społeczna są najważniejsze, i młode dziewczyny, które chcą poznać świat i kochać tych, których wybrały ich serca, nie ojciec. Ciężkie do pogodzenia oczekiwania jednej i drugiej strony.

 Gdyby taka sytuacja zdarzyła się naprawdę, nie obeszłoby się od rozłamu rodziny. Oczywiście, w XXI wieku, w naszej kulturze, nikt nikomu małżeństw nie aranżuje. Ale przecież dla każdego z nas rodzice wymarzyli sobie przyszłość według własnych upodobań. Czasami zdarza się tak, że my, młode pokolenie, podążamy zupełnie inną drogą. Co jeśli rodzice nie potrafią się z tym pogodzić? Częsta sytuacja w momencie wyboru kierunku studiów. Rodzice chcieliby przekazać dzieciom swój zawód, zwłaszcza jeśli sami odnieśli zawodowy sukces i ich stanowisko wiąże się z dużym prestiżem. Rodziny lekarskie, prawnicze, wielkie biznesy rodzinne. Rodzice budują swoje małe imperia z myślą o tym, że przekażą to wszystko swoim dzieciom. A tu nagle okazuje się, że syn chce zostać kucharzem a córka pływaczką. I wojna gotowa. 


Irlandzkie Łąki” to typowy romans historyczny, jednak z bardzo ciekawą fabułą. Nie mogło więc być nieszczęśliwego zakończenia. Nawet ci bohaterowie, którzy ocierają się o śmierć, koniec końców wracają do zdrowia i wszystko odmienia się na lepsze. Jestem takim okropnym człowiekiem, że mało kiedy podobają mi się happy endy. To już muszę naprawdę bardzo mocno pokochać bohaterów, żeby życzyć im nudy i spokoju.

Książka okazała się przyjemną, typowo babską lekturą, idealną na ciepłą niedzielę i wylegiwanie się na plaży. Czytało się ją lekko i przyjemnie, bohaterów dało się lubić. Irytować mogły niektóre sytuacje, które trudno było zrozumieć z punktu widzenia dziewczyny urodzonej pod koniec a nie na początku XX wieku, ale autorka nie zrobiła ze swoich bohaterek bezwolnych ofiar, tylko rezolutne, odważne dziewczyny, które dawały sobie radę w każdej sytuacji, i to był już jakiś powiew współczesności. 
 


 

 


14 lipca 2017

390. Joanna, kawowy peeling myjący do ciała.

Malutkie peelingi Joanny znane są chyba wszystkim. Większość też wypowiada się na ich temat pozytywnie. Zachęcona tymi opiniami postanowiłam i ja w końcu wypróbować je na sobie. Wybór padł na wersję kawową - bo tego zapachu po prostu popsuć się nie da.



Opakowanie peelingu jest małe, mieści zaledwie 100 g produktu. Czyni to z niego idealnego towarzysza wakacyjnych wojaży - taniego, małego, w wielu ciekawych zapachach. I do tego łatwo dostępnego.




SKŁAD
AQUA, POLYETHYLENE, SODIUM LAURETH SULFATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, GLYCERIN, DISODIUM LAURETH SULFOSUCCINATE, TRIETHANOLAMINE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, COCO-GLUCOSIDE, GLYCERYL OLEATE, XANTHAN GUM, POLYQUATERNIUM-7, COFEA ARABICA FRUIT EXTRACT, PROPYLENE GLYCOL, DISODIUM EDTA, PARFUM, SYNTHETIC WAX, DMDM HYDANTOIN, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, CI: 16255, CI: 19140, CI: 42090. CI: 77499.

W przypadku tego peelingu już przy zakupie warto zwrócić uwagę na to, że jest to peeling myjący. Próżno więc spodziewać się mocnego zdzieraka. Peeling z powodzeniem można stosować jako żel lekko masujący. Efekt peelingu jest bardzo słaby.  Dla delikatnej skóry, albo stosowany codziennie - daje radę. Jeśli ktoś jednak robi peeling raz w tygodniu i do tego lubi efekt mocno zdartej starej skóry, będzie zawiedziony. Ja lubię, kiedy peeling drapie, a nie tylko masuje. Używam go w dość sporych dawkach, żeby cokolwiek poczuć, ale miłości z tego zdecydowanie nie ma. W moim przypadku tak nie będzie, bo ja po prostu lubię inne peelingi. Ktoś inny właśnie za to może go polubić.

Jako żel pod prysznic sprawuje się bardzo dobrze. Pieni się delikatnie, kremowo. Skóra nie jest po nim sucha, nie zostaje też żadnej tłustej warstewki. Peeling lepiej myje niż peelinguje. Zapach ma przyjemny, ale sztuczny. Na moją ocenę może jednak wpływać fakt, że porównywałam go z kawowym żelem pod prysznic Yves Rocher - prawdziwym cudem zapachowym.

12 lipca 2017

389. Nieprofesjonalny Ogród - cz. III

Pora na kolejne podsumowanie moich weekendowych wyczynów na wsi. Jak tak patrzę na to moje podwórko, bo ogrodem nijak tego nazwać nie można, to zadaję sobie pytanie, co ja tam właściwie robię za każdym razem. Bo taka zmęczona wracam do domu, a efekty mizerne. Dłubię w tej ziemi i dłubię, a trawy dalej nie ma, kwiatki w prawdzie powschodziły, ale dalej liliputy, róże zdychają, a lilie chcą kwitnąć ale coś im chyba nie pozwala, bo od dwóch miesięcy mają tylko pąki. A ja robię i robię, i prażę się w tym słońcu, albo moknę w deszczu. Bo skoro jestem tam tylko 1,5 dnia to nie mogę się położyć na leżaku i leżeć. Bo w końcu ta uschnięta trawa wyrośnie i mnie zakryje razem z leżakiem, a w niej zaraz pojawią się żmije i zaskrońce. Takie uroki wsi.

Ostatnio pokazywałam na Instagramie moje najnowsze ogrodnicze dziecko - coś, co z czystym sumieniem nazwać mogę rabatą. Ogrodzenie jest? Jest. Darń zdjęta? Zdjęta. Przekopane? Przekopane. No to rabata. Zapraszam na podsumowanie przed i po rewolucji.


Tu prawdziwy busz. Przerośnięte kilkumiesięczne trawy, spalone lipcowym słońcem, ubite deszczem i wiatrem. Aż strach wchodzić, bo nie wiadomo co w takich zaroślach może siedzieć.


Jesień, trawa się już nawet odrobinę zazieleniła.  Nawłoć przekwitła, zostały po niej tylko uschnięte badyle. Zdecydowanie to nie był atrakcyjny widok - a przecież to część reprezentacyna, przy wejściu!



W maju posadziłam dwie sadzonki kostrzewy sinej i jeden świerk biały. Miniaturki wprost tam zginęły. Te zielone kępki, które widać pod płotem, to nawłoć, tu jeszcze młodziutka. Ale jak już urośnie do swoich rozmiarów i zakwitnie, zdominuje wszystko. Może nie przydusi w sensie fizycznym mniejszych roślin, ale po prostu oderwie od nich uwagę. I dlatego trzeba było jakoś ten róg ogarnąć bardziej, połączyć nawłoć z kostrzewą i świerkiem.


Widać, że nawłoć ma się coraz lepiej. Zgarnęłam narzędzia, taczkę i zabrałam się do roboty. Pogoda wariowała, bo albo prażyło słońce, albo przychodziła chmurka i zaczynało z niej siąpić. Ale czas gonił. W sumie całość zabrała mi dwie godziny i bardzo niewiele funduszy. 

Zniknął mech i stara trawa. Ziemia (a właściwie piach) została niezbyt głęboko przekopana, a następnie przykryta workiem kory (80 l - ok. 9 zł). Kora naprawdę pomaga zachować wilgoć, więc sypię ją gdzie mogę, żeby choć trochę pomóc roślinom, które tak rzadko podlewam. Do tego bardzo podoba mi się jak wygląda na rabacie. 


Na rabatę kupiłam tylko trzy sadzonki: dwie kostrzewy i sosnę, ok. 5 zł. za sztukę. Nawłoć przywędrowała sama, rozchodnik okazały hodowała moja babcia - znalazłam jedną kępę i przesadziłam na rabatę, dzieląc ją. Rozchodnik ościsty wykopałam za płotem - on tam rósł w totalnej piaskownicy! A starą kankę na mleko znalazłam wiosną na tyłach podwórka. Do tego dwa rollerbordery z Castoramy po 5 zł sztuka. 


Mało czasu, mało pracy, mało kasy - i wejście ogarnięte. Może nie jest spektakularnie, kolorowo czy stylowo, ale w porównaniu z pierwszym zdjęciem  - zmiana duża. A że warunki są jakie są, to najlepiej rośliny z łąk przynosić, takie, które lubią te rejony i dają radę tam wyżyć.

Nie wiem jak długo to miejsce będzie tak wyglądało, bo plany były całkiem inne. Chciałam tam mieć zieleń i biel, ale żółta nawłoć wymusiła na mnie zmianę koncepcji kolorystycznej. Chcecie zobaczyć moje zimowe plany?



Miałam nawet konkretne rośliny wytypowane na to miejsce :) Część z nich na pewno kupię, część odpuszczę głównie ze względu na cenę - bo co jak roślina za kilkadziesiąt złoty się nie przyjmie? Wtedy to dopiero będę sobie pluła w brodę. Buty za 100 zl. mogą sobie być niewygodne, ale drzewko za 70 zł. ma żyć wiecznie :p

 

11 lipca 2017

388. Douglas Hulick - Honor Złodzieja

Imperialne miasto, siedziba potężnego imperatora, centrum jego władzy. Stolica wielkiego imperium, zamieszkana przez arystokrację i artystów, A tuż obok, pod samym nosem żołnierzy i miejskich strażników, Kamraci. Złodzieje, mordercy, włamywacze, szpiedzy. Organizacje o równie skomplikowanej strukturze są życie dworskie. I w samym środku intryg i spisków Drothe – służący kilku panom, łamiący przysięgi, robiący rzeczy niewyobrażalne, przyjaźniący się z wrogami. Urodzony pod szczęśliwą gwiazdą Nos, czyli Kamrat zbierający plotki i cenne informacje.

 
Książki o złodziejach lubię, zwłaszcza jeśli to fantastyka. To ogromne pole do popisu dla autora, może stworzyć cały skomplikowany system podziemnej władzy. Niepowtarzalny klimat tajemnicy i przygody, niebanalnych bohaterów, których się albo kocha albo nienawidzi. W „Honorze Złodzieja” niestety mi tego zabrakło. Było groźnie i niezbyt przyjaźnie. Na głównego bohatera wszędzie czyhały niebezpieczeństwa, każdy okazywał się wrogiem. Drothe nie miał ani jednego dnia spokoju, z jednej pułapki wpadał w drugą. W żaden sposób nie została pokazana więź między Kamratami, ich wzajemne oddanie i pomoc, jednoczenie się przeciwko jednemu wrogowi – Imperium. Cały czas było o tym wspominane, ale w żaden sposób nie zostało pokazane.


 
Zdecydowanie za dużo było też scen walk. Fakt, były one dopracowane i przemyślane, ale były za długie i pojawiały się za często, aż do znudzenia. Łapałam się na tym, że miałam ochotę ominąć kilka kartek i przejść do momentu, kiedy jeden z pojedynkujących się umiera.

Nie mogę jednak powiedzieć, że książka była zła. Fabuła i cała intryga była tak skomplikowane i genialnie zaplątane, że po prostu nie można było nie być zaskoczonym kolejnymi rewelacjami. To autorowi udało się idealnie. I naprawdę przykuło moją uwagę na długie godziny.



8 lipca 2017

387. Denko maj/czerwiec

Ale mi ten czerwiec zleciał. Dla mnie to najpiękniejszy wakacyjny miesiąc. Słońce nie zdążyło jeszcze wszystkiego spalić, zaczynają kwitnąć letnie kwiaty, dni są najdłuższe w roku, noce ciepłe i pachnące. A w powietrzu nie czuć jeszcze chłodu jesieni. Koniec miesiąca to pora podsumowań zużyć i krótkie opinie na temat poznanych kosmetyków.

 1. Dove, intensywnie reperujący szampon do włosów - Mój drogeryjny ulubieniec, włosy wyglądają po nim po prostu ślicznie. Miękkie, błyszczące, nie plączą się. Mój ideał, do którego wracam co jakiś czas. Niestety, nie oczyszcza włosów tak dobrze jak szampony rosyjskie czy Yves Rocher. RECENZJA

2. Dr. Konopka's, Odżywczy balsam do włosów - Odżywka ma bardzo naturalny skład, ale działanie niestety nie powala. U mnie zupełnie się nie sprawdziła, a ja po raz kolejny stwierdzam, że natura nie dla mnie. RECENZJA

3. Bania Agafii, szampon-odżywka z ekstraktem z mydlnicy lekarskiej - Przyjemny, ale nie wyróżniający się szampon ziołowy. Bardzo lubię te szampony za ich zapachy. RECENZJA

4. Nivea, mleczny szampon - Szampon cudo. Włosy po nim były miękkie, gładkie i lejące. Do tego ślicznie pachniał i nie podrażniał. Zdecydowanie jeszcze do niego wrócę. RECENZJA



 5. Nivea, mleczna odżywka do włosów - Odżywka świetnie komponowała się z szamponem z tej samej serii. Robiła prawdziwe cuda z włosami. Ubolewam tylko nad tym, że te odżywki Nivei są takie małe :( RECENZJA

6. Biovax, maska do włosów bambus i olej awokado - Zupełnie tej maski nie rozumiałam. Raz miała cudowny wpływ na włosy, a raz urządzała mi na głowie istny koszmar. Prawdziwa rosyjska ruletka. RECENZJA

7 . L'oreal Elseve, odżywka upiększająca - Bardzo słabiutka odżywka. Ani nie upiększała, ani nie wygładzała włosów. Pomagała jedynie je rozczesać, ale poza tym nie robiła nic.



8. Lactacyd, żel do higieny intymnej Fresh -  Bardzo świeży, idealny na ciepłe letnie dni. Zawierał dodatek mentolu, co może niektórym nie bardzo się podobać. Mnie jednak dawało to większe poczucie świeżości. 

9. Lirene, żel z olejkiem pod prysznic - mango i jaśmin - Zwyczajny żel pod prysznic. Ten dodatek olejku pozostał zupełnie niezauważony. W zapachu wyczuwam bardziej grapefruita niż mango, jaśminu zero. Taki mały oszust. 

10. Rexona, antyperspirant Happy Morning - Moje ulubione antyperspiranty w sprayu. Ładnie pachniał i dobrze chronił przed potem. 

11. Fa, mydło do rąk pustynna róża i drzewo sandałowe - Przyjemnie pachnące mydełko. Nie pielęgnowało dłoni, lekko je wysuszało. Ale ja od mydeł cudów nie wymagam, więc dla mnie było ok. 


12. Perfecta, Peeling do ciała limonka & trawa cytrynowa - przyjemnie pachnący i całkiem porządnie zdzierający martwy naskórek peeling. Lubiłam go, mimo że zostawiał delikatnie lepką warstewkę.

13. Lorin, lawendowa sól do kąpieli - Uwielbiam ją za piękny, lawendowy zapach. Kryształki soli ładnie się rozpuszczają w wodzie i barwią ją na różowo. Sól jest bardzo tania, dostępna w Auchan. RECENZJA 

14. Go Pure, chusteczki odświżające fresh mint - Delikatnie nasączone i pachnące miętą. Przydawały się poza domem, kiedy nie miałam dostępu do umywalki. Fajnie też czyściły komputer.

15. Avon, peeling do stóp - Bardzo fajny peeling. Dobrze sobie radził z suchą skórą na stopach, do tego można było z jego pomocą zrobić przyjemny masaż.


16. Ziaja, maseczka liście zielonej oliwki - Przyjemnie odświeżająca i łagodząca maseczka. Skóra po niej jest mięciutka i delikatnie rozjaśniona. Niestety, ponieważ jest to maseczka przeznaczona do cery suchej, moja mieszana bardzo szybko się po niej przetłuszcza.

17. Ziaja, maska dotleniająca - Maska ma czerwono-pomarańczowy kolor. Po zmyciu miałam wrażenie, że troszkę tego koloru zostało, ale to tylko takie wrażenie, bo wacik był czysty. Maseczka ładnie wygładziła i odżywiła cerę, by bardziej miękka i delikatniejsza. 

18. L'Orient, oliwkowy krem do twarzy - Przeciętny krem. Nawilżał bardzo krótkotrwale. Nie podrażnił ani nie zapchał skóry. 

19. BeBeauty, chusteczki do demakijażu z ekstraktem z lotosu - Bardzo dobrze zmywają makijaż, nawet wodoodporny tusz do rzęs. Śmiem twierdzić, że robią to lepiej niż płyn micelarny czy mleczko. Wygodne do zabrania w podróż, a do tego bardzo tanie i łatwo dostępne. 





 20. Yankee Candle, Sot blanket - Słodki, otulający zapach, od którego człowiekowi od razu robi cieplej i jakoś tak przytulniej. Na jesień trzeba będzie zrobić zapas.

21. Yankee Candle, Flowers in the sun - Lubię kwiatowe zapachy, ale ten był za sztuczny, żeby była z tego miłość. Na dodatek był ledwie wyczuwalny.
22. DKNY, Be desired - Próbka zapachu. Ładny, ale bardzo łatwy do opisania i trochę nudny. Nie chciałabym całego flakonika.



3 lipca 2017

386. Żel aloesowy Mizon - niezawodny środek na ukąszenia owadów

Żel aloesowy to jeden z najgłośniejszych hitów ostatnich miesięcy. Najpopularniejszy jest ten marki Holika Holika. Zachwala go chyba każdy, kto miał z nim styczność, głównie dzięki temu, że jest to produkt multifunkcyjny. Wystarczy wykazać się odrobiną kreatywności i znaleźć mu nowe zastosowanie - ten żel sprawdza się w każdej roli. 

Dziś jednak nie o Holika Holika będę pisała, a o Mizon. Żel znalazłam w grudniowym pudełku Liferia. Ten żel nie zbiera tak pozytywnych opinii jak HH. Nie jest jednak taki zły, i właśnie o tym chciałabym opowiedzieć.

50 ml żelu znajduje się w poręcznej, zielonej tubce z miękkiego plastiku. Dla mnie to wielki plus, i zdecydowana przewaga nad żelem Holika Holika. Moja tubka żelu ląduje w torebce czy plecaku, bo teraz latem używam go naprawdę często. I już zaczynam myśleć, jak ja będę transportowała wielką butlę HH, która czeka w zapasach. 50 ml to całkiem sporo produktu. Żel w kontakcie ze skórą zamienia się w wodę i jest bardzo wydajny. Pachnie bardzo delikatnie ziołowo, ale na twarzy jest już zupełnie niewyczuwalny.

Takim technicznym minusem zdecydowanie jest brak jakichkolwiek informacji na opakowaniu. Nie ma nawet składu. Dowiedzieć się możemy jedynie, że w żelu jest 90% świeżego aloesu z wyspy Jeju.
 

Na początku żelu używałam jako zastępnika kremu do twarzy. Co drugi albo trzeci dzień nakładam oszczędniejszą warstwę nawilżającą, żeby nie przedobrzyć. Żel średnio się do tego nadawał. Dobrze zastępował tonik, odświeżał i łagodził przesuszenie, ale niestety nie nawilżał ani trochę, nie wygładzał. Sama próbka Holika Holika zdziałała więcej, w tym więc względzie Mizon wypada bardzo słabo. 


Zaczęłam więc stosować żel tylko po peelingu, kiedy skóra była dość mocno podrażniona, a także po depilacji. I tu było wielkie wow. Żel niesamowicie chłodził i łagodził, praktycznie od ręki mijało pieczenie i szczypanie. Moja skóra nie lubi depilatora i reaguje na niego bardzo mocno - żel przynosi jej wielką ulgę. To działanie podsunęło mi na myśl jeszcze jedno zastosowanie żelu.


 Żel wręcz cudownie działa na ukąszenia owadów. Wystarczy posmarować nim bąbla, a pieczenie od razu staje się mniej dokuczliwe. Na tyle, że nie mam ochoty rozdrapywać skóry do krwi. Zwłaszcza teraz, w okresie letnim, kiedy często jeżdżę na działkę na wsi, żel aloesowy wydaje się niezbędny. Mam go stale pod ręką, by posmarować nim każdy świeży ślad po ukąszeniu. 

Właściwości nawilżających w żelu aloesowym Mizon nie odkryłam, nie próbowałam więc nawet stosować go na włosy, jednak jako środek łagodzący podrażnienia spisał się fenomenalnie. Ukąszenia komarów potrafią zepsuć najlepszy letni wieczór, a środki odstraszające nigdy nie odstraszą wszystkich owadów, nie spryskamy się też nimi wszędzie. Żel aloesowy jest wtedy ratunkiem.