25 czerwca 2017

385. Bania Agafii, Szampon-odżywka na bazie ekstraktu z mydlnicy lekarskiej

Przez moją łazienkę przewijają się głównie szampony Yves Rocher i Banii Agafii. Mogłoby to się wydawać odrobinę monotonne, gdyby nie to, że rosyjska marka ma do zaoferowania bardzo wiele wariantów szamponów. Fakt, są one do siebie podobne i niektórych nie potrafię zakwalifikować do tych lepszych czy gorszych. Ciągle jednak próbuję i szukam nowych, i naprawdę rzadko się zawodzę.


Szampon - odżywka regenerujący na bazie ekstraktu mydlnicy lekarskiej.

Wzbogacony w ekstrakty koniczyny, nagietków i macierzanki. Regeneruje włosy. chroni je przed wypadaniem, odbudowuje strukturę, nadaje blask. Szampon uelastycznia, przyśpiesza wzrost włosów. Ułatwia rozczesywanie i chroni przed uszkodzeniem.


 SKŁAD
AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, SODIUM CHLORIDE, COCAMIDE DEA, COCAMIDOPROPYL BETAINE, POLYQUATERNIUM-7, TRIFOLIUM PRATENSE FLOWER EXTRACT, THYMUS VULGARIS LEAF EXTRACT, CALENDULA OFFICINALIS FLOWER EXTRACT, SAPONARIA OFFICINALIS ROOT EXTRACT, COCO-GLUCOSIDE, STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER, PARFUM, CITRIC ACID, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, LIMONENE, HEXYL CINNAMAL, CITRONELLOL, GERANIOL.


Wersję z mydlnicą już kiedyś miałam, tym razem jest to jednak połączenie szamponu i odżywki. Zazwyczaj nie sięgam po takie specyfiki, bo wolę, żeby ze skórą głowy kontakt miały tylko kosmetyki oczyszczające, a więc szampony, natomiast odżywki i maski lecą jedynie na długość. W przypadku Banii Agafii postanowiłam jednak zaryzykować, bo ich szampony mają to do siebie, że naprawdę porządnie oczyszczają, a niektóre wręcz przesuszają. Nie inaczej było w przypadku tego szamponu. Skórę głowy ładnie oczyścił i nie podrażnił, nie zauważyłam jednak takiej lekkości i uniesieniu u nasady jak w przypadku wersji zwykłego szamponu z ekstraktem z mydlnicy.


 Szampon z odżywką łagodnie potraktował zarówno skórę głowy jak i włosy. Nie splątał ich, choć oczywiście nie zrobił z nimi tego co nawet najuboższa odżywka. Nie dodał blasku ani miękkości, nie wpłynął na ich wypadanie - chociaż akurat teraz z tym problemu nie mam. Nie mierzę również długości włosów, więc nie powiem, czy po szamponie rosły szybciej, choć nie przypuszczam. Podsumowując,  szampon-odżywka okazał się po prostu łagodniejszym szamponem. Nie plątał włosów i nie wysuszał ich, używając go mogłam obejść się bez odżywki. Nie poprawił jednak ich stanu ani wyglądu. Wolę jednak wersję mocniej oczyszczającą, po niej włosy były leciutkie i puszyste, a nie po prostu czyste. Dodam jeszcze, że szampon ładnie ziołowo pachnie. Ja te zapachy uwielbiam i lubię, kiedy długo utrzymują się na włosach.


  

22 czerwca 2017

284. Colleen Houck - Klątwa Tygrysa


Od samego początku książki towarzyszymy Kelsey, osieroconej przez rodziców, pełnej empatii i życzliwości młodej dziewczynie. Kelsey zatrudnia się w cyrku, gdzie ma pomagać między innymi w opiece nad zwierzętami. Wśród jej podopiecznych znajduje się biały tygrys, z którym dziewczynę szybko zaczyna łączyć niezwykła więź. Wkrótce okazuje się, że to zaklęty indyjski książę, któremu tylko Kelsey może pomóc złamać klątwę. Aby jednak to zrobić, obydwoje muszą przejść wiele ciężkich prób i pokonać własne słabości, zmierzyć się ze swoimi wątpliwościami oraz przykrymi wspomnieniami. A także zaufać sobie na tyle, by móc wyznać sobie miłość.

W drugiej części do Kelsey i jej białego tygrysa Rena przyłącza się jego młodszy brat Kishan, który również zaklęty jest w postaci tygrysa. Jest on całkowitym przeciwieństwem Rena. Z początku wrogo do wszystkich nastawiony, pod wpływem Kelsey porzuca swoje dotychczasowe samotne życie i postanawia wspomóc brata i jego ukochaną w ich dążeniu do złamania klątwy. Na ich drodze staje jednak stary wróg, z którym to Kelsey i Kishan muszą się zmierzyć.

Akcja książek toczy się głównie w Indiach, w ich zaginionych i mitycznych miastach, pełnych indyjskich legend i bogów. To bardzo ciekawa odskocznia od tego co najpopularniejsze. Mało jest takich książek o Indiach, a muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się ten baśniowy klimat. Zaklęci indyjscy książęta tylko dopełniają wizji pełnej magii i czarów krainy, do której wkracza zwykła dziewczyna z Ameryki.



Niestety, oprócz niesamowitej wizji Indii, książka niewiele ma do zaoferowania. Na początek – bohaterowie. Są tak wyidealizowani, że zupełnie nierealni. Są też nudni, niczym nie zaskakują.  Najnudniejszy jest pan Kadam. To taka dobra wróżka, która wyczarowuje wspaniałe pałace, drogie samochody, samoloty, wspaniałe suknie itd. Działało to trochę na zasadzie: bohaterowie utknęli na środku pustkowia i autorka nie ma pojęcia jak wybrnąć z sytuacji, pojawia się więc pan Kadam w prywatnym odrzutowcu i sytuacja jest uratowana. Albo na przykład postanawia akcję przenieść do Stanów, ale nie bardzo pasuje jej, żeby Kelsey mieszkała u swoich rodziców zastępczych, bo tam wizyty tygrysa byłyby odrobinę kłopotliwe, więc pan Kadam kupuje jej dom w lesie, zapełnia jej garderobę nowymi ubraniami, do garażu wstawia drogi samochód i zostawia miliony na koncie bankowym. Biorąc poprawkę na to, że Ren i Kadam są bogaci i mają być za co Kelsey wdzięczni, cała ta sytuacja jest grubo przerysowana. We dwójkę planują dziewczynie życie, mówią jej na jakie zajęcia ma chodzić, co jeść i w co się ubierać, a ta oczywiście  przyjmuje ich pomoc w organizacji własnego życia, prawie zupełnie nie protestując. Kelsey to bardzo nieporadna osoba, a przy tym niezwykle irytująca. Nie potrafi sama przed sobą przyznać, że kocha Rena. Rani jego i siebie, właściwie bez powodu. To taka drama queen, która nie potrafi być szczęśliwa, kiedy jest szczęśliwa. Woli sama sobie złamać serce i cierpieć – niestety autorka nie potrafiła wyjaśnić dlaczego właściwie dziewczyna to robi. Książęta wypadają na jej tle dużo lepiej. Zwłaszcza w drugiej części zyskują.

Historia zaklętych tygrysów jest oryginalna i wciągająca, a opis Indii i zaginionych miast naprawdę porywający. Bohaterów też da się przełknąć (chociaż Kelsey może stanąć w gardle), ale niestety tego naciąganego wróżkowania niestety nie dałam rady przeżyć. To po prostu wyszło bardzo głupio i odebrało cały urok książce. Jakby napisano ją dla dzieci, albo jakby autorce nie chciało się poświęcić kilku stron na opis tego, jak Kelsey sama dba o siebie, na przykład zapisując się na zajęcia na uniwersytecie czy idąc na zakupy, tylko od razu dała jej wszystko gotowe. Takie drobiazgi, ale jeśli przewijają się przez całą książkę, potrafią napsuć nerwów.

Wam polecam przeczytać pierwszą część. Mniej drażliwe osoby ode mnie zachwycą się Indiami, i może nie zauważą tego, co mi przeszkadzało najbardziej. Bo historia jest bardzo oryginalna i wzbudza wiele emocji.




19 czerwca 2017

283. Biscuit + Cloudless Sky

Moja kolekcja lakierów hybrydowych nie jest duża - składa się dosłownie z kilkunastu kolorów. Nie mam potrzeby inwestować w ich większą ilość, skoro maluję nimi paznokcie raz na dwa tygodnie albo rzadziej, jedna buteleczka wystarcza więc na długo. A wolałabym uniknąć sytuacji, kiedy jakiś kolor muszę wyrzucić, po się popsuł ze starości. 

Dziś pokażę wam bardzo dość stare mani, jeszcze zimowe, z wykorzystaniem jednego z najbardziej popularnych kolorów Semilac - Biscuit. Jest to taki kolor, który idealnie komponuje się z wieloma innymi odcieniami, ślicznie też wygląda solo lub z diamencikami.





Do wykonania manicure użyte zostały:
- Base Hard NeoNail
- Top Hard Neo Nail
- 032 Biscuit Semilac
- 3194-1 Cloudless Sky NeoNail
- 2696-1 Milk Shake NeoNail
- pyłek syrenka NeoNail



Ten pyłek to zdecydowanie bardziej brokat niż syrenka, ale ładnie wygląda w połączeniu z niebieskim. Cloudless Sky to prawdziwe bezchmurne niebo, to czysty jasny niebieski, bez żadnego błękitowania. Razem z Biscuit dają przyjemne, pastelowe połączenie.





14 czerwca 2017

282. Nivea Hair Milk

Marka Nivea to jedna z najwcześniej poznanych przeze mnie marek kosmetycznych. Lubię ich kosmetyki do pielęgnacji ciała i twarzy. Z tymi do włosów trochę było mi nie po drodze, bo kilka lat temu jeden z szamponów już po kilku użyciach narobił mi okropnego bałaganu na głowie w postaci łupieżu. Zraziłam się i unikałam ich szamponów bez mała kilka lat. Jednak tylko krowa zdania nie zmienia. Kiedy więc na instagramie zaczęły pojawiać się zdjęcia nowości od Nivea, pomyślałam sobie, że chyba dam im szansę. Akurat wtedy do akcji promocyjnej marki dołączył portal ofeminin.pl, zgłosiłam się więc do testów i zostałam wybrana. 


 W skład zestawu do testowania wchodził mleczny szampon pielęgnujący oraz mleczna odżywka pielęgnująca. Oprócz tego w mlecznej serii dostępna jest jeszcze ekspresowa odżywka. Hasło reklamujące te produkty brzmi "Poznaj tajemnicę włosów Kleopatry".  Hm, kto nie słyszał o mlecznych kąpielach tej najsłynniejszej królowej Egiptu.  Wprawdzie zawsze myślałam, że to był zabieg na ciało, no ale może włosom też się trochę tych protein mlecznych dostawało.

Kosmetyki z mlecznej serii, jak przystało na wszystkie kosmetyki Nivea, ślicznie pachną. Choć nie jest to do końca ten klasyczny zapach Nivei, bardzo go przypomina. Być może wynika to z tego, że krem do twarzy i szampon nie mogą pachnieć identycznie, ponieważ mają inne składy i pewne dodatki mogą zapach zmieniać. 


Szampon ma przyjemną, kremową konsystencję. Mocno się pieni, więc wydajność na plus. Ładnie domywa z włosów zwykłe codzienne zabrudzenia oraz lakier do włosów (innych produktów do stylizacji włosów nie próbowałam), po umyciu nie czuć jednak takiej mega świeżości i uniesienia u nasady jak w przypadku niektórych szamponów. Ale w końcu nie jest to produkt stricte odświeżający na dłużej, ale regenerujący, na dodatek przeznaczony do włosów suchych i zniszczonych. Najstarsza partia moich włosów, a więc od połowy w dół, jest już zdecydowanie zniszczona, ma w końcu kilka lat. Na całej długości są za to cienkie, i szampon był dobierany pod tym kątem. 


Szampon niesamowicie wygładza i zmiękcza włosy. Zdecydowanie mniej po nim odstających króciutkich włosków na całej długości. W dotyku czuć też tę miękkość i gładkość, a po dokładnym rozczesaniu włosy błyszczą bardziej niż zazwyczaj.  A do tego pięknie pachną, ponieważ zapach utrzymuje się przez kilka godzin. Szamponu używałam również solo, bez odżywki, i wtedy również efekty te były widoczne. Na szczęście nie miałam powtórki zdarzenia sprzed kilku lat i szampon w żaden sposób nie wpłynął na stan skóry głowy. Inny skład, ale też inna kondycja skóry zapewne. Grunt, że nic nieprzyjemnego się nie stało, a ja mogłam w pełni cieszyć się z efektu na włosach.


SKŁAD
AQUA, SODIUM LAURETH SULATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, SODIUM CHLORIDE, LANOLIN ALCOHOL (EUCERIT), HYDROLYZED MILK PROTEIN, PANTHENOL, POLYQUATERNIUM-10, GLYCERIN, PEG-40 HYDROGENATED CASTOR OIL, SODIUM BENZOATE, CITRIC ACID, STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER, LIMONENE, LINALOOL, GERANIOL, BENZYL ALCOHOL, CITRONELLOL, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, PARUM.



Odżywka znajduje się w 200 ml opakowaniu z dość twardego plastiku. Właśnie ją kończę i już widzę, że są problemy z wyciśnięciem resztki odżywki. Nożyczki będą niezbędne. Zapach identyczny jak w przypadku szamponu, konsystencja gęstsza.  Nie wiem czy to właśnie jej zasługa, czy może moich włosów, które ją momentalnie spijają, ale żeby nasmarować całe włosy, potrzeba jej naprawdę sporo. Niektórych odżywek i masek potrzebuję po prostu mniej, tu się nie da zaoszczędzić. A przy tak małej pojemności i dość długich włosach daje to efekt dość krótkiego korzystania z dobrodziejstw odżywki. A tych kilka jest.


Przede wszystkim, odżywka wzmacnia efekty jakie daje szampon. Wygładza włosy, zmiękcza je bez obciążania. Do tego rewelacyjnie rozdziela splątane pasma, co widoczne jest już przy jej spłukiwaniu. Kilka razy użyłam jej po innym szamponie, takim dość mocno oczyszczającym a więc i mocno plątającym włosy, i nie miałam później żadnego problemu z rozczesaniem ich.  Odżywka ujarzmiła nawet moje nadające się już do cięcia końcówki, które były mniej spuszone i przyjemniejsze w dotyku. No i ten zapach - naprawdę polubiłam moje włosy pachnące Niveą. 

SKŁAD
AQUA, CETYL ALCOHOL, MYRISTYL ALCOHOL, DIMETHICONE, CETRIMONIUM CHLORIDE, STEARAMIDOPROPYL DIMETHYLAMINE, LANOLIN ALCOHOL (EUCERIT), HYDROLYZED MILK PROTEIN, PANTHENOL, GUAR HYDROXYPROPYLTRIMONIUM CHLORIDE, COCO-BETAINE, SODIUM CHLORIDE, C12-15 PARETH-3, COCAMIDOPROPYL BETAINE, LACTIC ACID, PHENOXYETHANOL, LIMONENE, LINALOOL, GERANIOL, BENZYL ALCOHOL, CITRONELLOL, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, PARFUM,  

Seria Hair Milk okazała się na tyle przyjemna, że z pewnością jeszcze do nie wrócę. Planuję też wypróbować ekspresową odżywkę. Zazwyczaj nie stosuję takich produktów, bo boję się obciążyć moje cienkie włosy, ale ani w przypadku zwykłej odżywki ani szamponu nie było tego problemu, więc zaryzykuję.  Produkty mają piękne zapachy i natychmiastowe działanie. Właśnie to w produktach do włosów lubię - myję włosy szamponem a po wysuszeniu już widzę efekt. A wy znacie nowość od Nivei? Widziałam, że dość sporo was też testowało te kosmetyki. Jak sprawdziły się u was? Opinie innych testerek poczytacie tutaj.
 






 




13 czerwca 2017

281. Joanna Miszczuk - Wyspa




Wyspa to bardzo specyficzna książka. Ciężko było mi się do niej przekonać, i teraz ciężko będzie coś o niej napisać. Chyba za bardzo się tam różne wątki poplątały, żeby wyszła z tego spójna całość. Niby wszystko ładnie się ze sobą łączy i do siebie pasuje, jak dwa kawałki puzzli, ale mnie to wygląda jak puzzle z dwóch zupełnie różnych układanek.

Książka składa się z dwóch części, których rozdziały się przeplatają. Mamy wiek XX – osieroconą Maxime, której ojciec złodziej umiera, pozostawiając ją zupełnie samą na świecie. Dziewczyna trafia do sierocińca, w którym spotyka ją samo zło. Nie poddaje się jednak i nawet pomaga innej dziewczynce, która kilka lat później odwdzięcza jej się za ratunek. Dorosła Maxime, mimo traumy z dzieciństwa, układa sobie życie na nowo. Dorosłość jednak też nie okazuje się dla niej łaskawa i Max niejednokrotnie musi zawalczyć o swoje. Koniec końców jednak wychodzi na prostą, chociaż nie jest w pełnie szczęśliwa.

Ta część historii, z założenia bardziej emocjonalna i mająca wzruszyć czytelnika, wydała mi się przerysowana. Maxime nie polubiłam i nie kibicowałam jej. Mimo że mnóstwo wycierpiała, sama też nie była kryształowo czysta. Nie przemówiły do mnie usprawiedliwienia autorki – Max doznała krzywdy pierwsza, mogła się odegrać. No właśnie, że nie mogła, nie tak. Nie zyskała swoim postępowaniem mojej sympatii. Nie było w niej tej wielkiej kobiecej siły, o której można przeczytać w opisach książki. Raczej zupełnie męska brutalność i zwykłe zadzieranie nosa. 

 

Druga część książki jest zupełnie inna, niepasująca do pierwszej. Może to jednak dobrze, że poza historią Max pojawiło się coś jeszcze, inaczej całkiem bym Wyspę skreśliła. Ta druga część podciąga bardziej pod kategorię fantastyki. Jest tajemnicza wyspa Lumia, o której nikt nie wie. Nie ma jej na mapach, za sprawą prądów nie dopływają do niej żadne statki, radary jej nie wykrywają. Rozbitkowie, którzy na nią trafiają, nigdy jej nie opuszczają. Życie na Lumii to kompletna idylla – wszyscy są sobie równi, dzielą się pracą, każdy dostaje to, czego potrzebuje. Nie ma przemocy ani zawiści, wszyscy się szanują i są dla siebie mili.

Opis wyspy oraz życia na niej jest bardzo dobry. Autorka mnóstwo rzeczy wyjaśniła w logiczny sposób, nie ma żadnych niejasności. Tak naprawdę Lumia mogłaby istnieć w rzeczywistości. Im więcej jednak o niej czytałam, tym większą głupotą wydawał mi się ich system wartości i sposób, w jaki żyli. W ten sam sposób reagowali niektórzy rozbitkowie, więc ja pewnie też za bardzo przesiąknęłam złem tego świata, by docenić całkowitą równość i zupełny brak wrogości.



Mimo że pomysł na książkę był bardzo oryginalny i w ciekawy sposób zrealizowany, a dwie zupełnie różne części idealnie się połączyły w końcowych rozdziałach, nie mogę powiedzieć, że czytanie jej było wielką przyjemnością. Maxime denerwowała mnie każdym swoim zachowaniem i każdym wypowiedzianym słowem, przyjemna więc była tylko część o Lumii. Ale i to tylko do pewnego momentu, bo później ta cukierkowata równość i braterstwo zaczęły mnie irytować. Dla mnie to wszystko było zbyt dziwne i nie sięgnęłabym po Wyspę drugi raz.

9 czerwca 2017

280. Nieprofesjonalny Ogród - cz. II Pierwsze zamówienie Rośliny Magda

Jakiś czas temu po raz pierwszy kupowałam rośliny w sklepie internetowym. Moim głównym celem były pelargonie i kostrzewa, szukałam więc sklepu, w którym znajdę i jedno i drugie i nie zapłacę majątku za dostawę. Wybór padł na Rośliny Magda. Dziś chciałabym wam pokazać co kupiłam i jak roślinki radzą sobie po posadzeniu.


Skompletowanie i wysłanie zamówienia trochę trwało. Nie pamiętam dokładnie, ale przesyłka była u mnie około tygodnia po zakupie. Dostarczono mi ją kurierem, w tekturowym pudełku usztywnionym wewnątrz drewnianymi deseczkami. Część roślin zapakowana była w woreczki foliowe, a pelargonie otrzymały plastikowe osłonki.


 Te opakowania wyszły naprawdę super. Delikatne roślinki zostały zabezpieczone i miały jeszcze dużo wolnego miejsca. Zostawiłam je sobie, bo mogą się przydać przy transporcie gotowych sadzonek do ogrodu na wsi. 


Kupiłam po dwie sztuki dwóch różnych pelargonii - bluszczolistną Temprano Blanche Roche oraz pasiastą Tango Montevideo. Pierwsza miała mieć drobne białe kwiatuszki druga troszkę większe, w kolorze pomiędzy różem a brzoskwinią.  Posadziłam je w ziemi uniwersalnej z marketu, pamiętając o warstwie drenażu, i podlewam średnio co trzy-cztery dni, dopiero wtedy, gdy mają sucho. Zawsze do wody dodaję odżywkę do pelargonii i surfinii, jak zaleca producent, ale nie mogę powiedzieć, żeby jakoś specjalnie po niej bujnęły. Po trochę ponad dwóch tygodniach sadzonki zrobiły się dwa razy większe i jedna zakwitła, pozostałe mają pąki.





 To zdecydowanie Tango Montevideo. Sadzonki przyszły nieuszkodzone i od razu mogły zacząć rosnąć. Były zdrowe i bardzo szybko pojawiły się na nich pąki. W sklepie internetowym miałam dużo większy wybór niż na targu, gdzie zawsze kupowałam kwiaty. W przyszłym roku bardziej poszaleję z kolorami, bo naprawdę jest z czego wybierać.

Mój pełen cienia malutki ogródek przy domu jest chyba za cienisty nawet dla host. W zeszłym roku wsadziłam jedną, której po kolei zaczęły opadać liście, aż całkiem znikła.  W tym roku postanowiłam spróbować znowu, z funkią Pilgrim Hosta, w kolorze jasnozielonym z żółtymi brzegami liści. Chciałam posadzić ją tam gdzie jej poprzedniczkę, ale okazało się, że tamta roślinka jednak w ziemi przeżyła i na wiosnę zaczęła wypuszczać liście. Pilgrim wylądowała więc po drugiej stronie przejścia, pod orzechem. Wszystkie liście miała całe, żaden się nie złamał ani nie zgniótł, od razu więc zaczęła rosnąć. 


Ładnie podrosła i dalej wypuszcza nowe liście. Ogrodziłam ją do czasu, aż się rozrośnie, żeby psy jej nie zniszczyły. Ciągle jednak pada ofiarą ślimaków. Podczas robienia zdjęcia znalazłam jednego, na zdjęciu go widać.  Ślimaki to mój koszmar, gorsze byłyby chyba tylko szczury.


Na próbę postanowiłam kupić jednego floksa - floks szydlasty Mc Daniel's Cushion - żeby sprawdzić,  czy też w ogóle będzie on w tym całym cieniu rósł. W paczce znalazłam małą, ale za to naprawdę dobrze rozwiniętą sadzonkę, po prostu różową kulę kwiatów. A wszystkie wyglądały tak, jakby dopiero co zakwitły. Nie było żadnych oklapniętych, przygniecionych czy uszkodzonych.  Pięknie wzrok przyciągały a ja już planowałam, że dokupię kolejne i będę miała piękną rabatę. Po tygodniu, kiedy kwiaty zaczynały powoli opadać z sił, przyszły deszcze, kilka dni dość silnych opadów. 


Floks po pierwszych ulewach... 


... i po drugich ulewach.  Dam mu jeszcze trochę czasu, ale floksy chyba jednak tutaj żyć nie będą. Sadzonka prawdopodobnie pojedzie na moją piaszczystą pustynię, bo z tego co widzę, to mimo że opuszczone przez większość czasu i bez podlewania rośliny lepiej radzą sobie w piachu i suszy ale w słońcu, niż z wodą ale w cieniu.


Jako ostatnie w zamówieniu znalazły się kostrzewa popielata Festuca Cinerea oraz świerk biały Conica Picea Glauca 9.  Wylądowały one na wsi w spalonym słońcem rogu działki tuż obok wejścia. Mimo że na posadzenie czekały najdłużej, to świetnie sobie poradziły. Nawet kostrzewa nie opadła z sił i wszystkie źdźbła żwawo jej sterczały do góry, jak szare igiełki. 




 Po dwóch tygodniach kostrzewa podrosła i zakwitła. Obydwie sadzonki się przyjęły i zdrowo rosną, a warunki mają naprawdę kiepskie. Zostały posadzone w piachu - nie sypałam im żadnej ziemi ani podłoża, przysypałam jedynie korą i podlałam dwa razy zaraz po posadzeniu. I żyją. Na pewno dokupię ich więcej, bo ten kolor bardzo mi się podoba i ładnie będzie się komponował z drobnymi białymi kwiatuszkami (jakimiś), które planuję tam dosadzić. 

Świerk też się przyjął, nie gubi igieł, nie brązowieją mu. Podróść nie podrósł, ale akurat w tym nic dziwnego, bo ten gatunek ma rosnąć baaaardzo powoli. 



Podsumowując, z sadzonek jestem bardzo zadowolona. Pracownicy sklepu zadbali, żebym dostała roślinki w 100% zdrowe i nieuszkodzone. To nie tak, że nie patrząc na to jak wyglądają brali pierwszą doniczkę z brzegu i wrzucali do pudła. Oglądając każdą z roślinek miałam wrażenie, że zostały one specjalnie dla mnie wybrane, starannie obejrzane i ocenione, żebym dostała to co najlepsze.  To najważniejsze. Bo to czy rośliny się przyjmą i jak będą rosły, zależy już od nas, od tego gdzie je wsadzimy i jak będziemy o nie dbali. Na stronie sklepu mamy informację, na jakie gleby i jakie stanowiska dane rośliny się nadają, jak i kiedy kwitną, a także do jakiej wysokości dorastają. Plus również za ogromny wybór - nie we wszystkich sklepach mogłam znaleźć i kwiaty balkonowe i trawy ozdobne. Rośliny Magdy to naprawdę rośliny zróżnicowane, każdy więc znajdzie tu coś dla siebie. Ja z pewnością zrobię tam zakupy jeszcze nie raz, bo często mam tak, że przeczytam gdzieś o jakiejś roślinie, która idealnie by mi pasowała, a nie wiem później gdzie w mojej okolicy mogłabym ją kupić. Sklep internetowy to idealne rozwiązanie.













6 czerwca 2017

279. Avena, regenerujący krem do ciała z kolagenem i ekstraktem ze ślimaka

Wiecie za co najbardziej lubię masła i balsamy do ciała? Za to, że ich zapachy naprawdę długo się utrzymują. Można kupić naprawdę pięknie pachnący żel pod prysznic czy mydło, a później rozczarować się, że po wyjściu z łazienki na skórze nie zostaje ani odrobina zapachu. Zupełnie inaczej jest z balsamami. Można dobrać sobie taki zapach, który wieczorem otuli nas, zrelaksuje i ułatwi zasypianie,  rano orzeźwi i pobudzi do działania, a na imprezie podkreśli zapach perfum. 


Od jakiegoś czasu w mojej wieczornej pielęgnacji towarzyszy mi regenerujący krem do ciała z kolagenem i ekstraktem ze ślimaka marki Avena. Trafił on do mnie w grudniowym pudelku Liferia. Już kilka miesięcy temu pokazując zawartość pudełka wspominałam, że skład kremu nie wygląda zachęcająco, i mimo informacji, że może być on stosowany również na twarz, nie mam zamiary tego robić. Krem poszedł w ruch praktycznie od razu, i używany jest już od około pół roku, a jakieś resztki jeszcze są. Dość często zdradzałam go z innymi balsamami, ale mimo wszystko wydajność oceniam na mocną piątkę. 

 Skład przeczytałam i po prostu olałam. W kremach do ciała nie muszę mieć natury. Mam olej kokosowy i masło shea, które leżą i się kurzą, bo nie mam do nich cierpliwości, by czekać aż się najpierw rozpłyną a później łaskawie wchłoną. Krem Avena odpakowała i od razu zakochałam się w jego zapachu. Bo ja go skądś znam, mimo że marka w Polsce raczej niezbyt znana, a już z pewnością nie była znana 10-15 lat temu. A to właśnie z tamtym okresem zapach mi się kojarzy. Jest kremowy, lekko kwiatowy, jakby płyn do kąpieli albo do płukania. To zapach czystości, ciepłej kąpieli i czystej pościeli. Zapach który mnie odpręża i uspokaja, a w końcu usypia. 

Krem jest typowym kremem, ma przyjemną konsystencję, ładnie rozprowadza się po skórze i szybko wchłania. Nie potrzeba go dużo, by się porządnie nasmarować. Skóra po nim jest miękka i pachnąca, ale nie lepi się do ubrania. Efekt nawilżenia nie utrzymuje się niestety długo, konieczne więc jest regularne stosowanie kremu.  Doraźnie jednak Avena sobie radzi - z suchą skórą na łydkach, łokciach, a nawet po opalaniu i depilacji. 

SKŁAD
AQUA, PARAFFINUM LIQUIDUM, PROPYLENE GLYCOL, DIMETHICONE, CETYL ALCOHOL, CETEARYL ALCOHOL, CETEARYL OCTANOATE, ISOPROPYL MYRISTATE, PEG-8 DISTEARATE, GLYCERYL STEARATE, PEG-100 STEARATE, PHENOXYETHANOL, TRIETHANOLAMINE, CARBOMER, PARFUM, CAPRYLYL GLYCOL, ALLANTOIN, IMIDAZOLIDINYL UREA, TETRASODIUM EDTA, NIACINAMIDE, HYDROLYZED COLLAGEN, XANTHAN GUM, HELIX ASPERSA, ETHYLHEXYLGLYCERIN, GLUCOSE, CARRAGEENAN (CHONDRUS CRISPUS).

 Krem okazał się bardzo praktyczny dzięki swojej konsystencji i przyjemnie pachnący, szału jednak nie zrobił. Posiadaczki skóry suchej byłyby pewnie wręcz zawiedzione. Dla mnie to drogeryjny zwyklaczek, tyle że nie do kupienia w Rossmannie.

26 maja 2017

278. Lirene, C+Dpro Vitamin Energy - żel, serum i krem do twarzy






Od dwóch tygodni w mojej wieczornej pielęgnacji królują kosmetyki Lirene C+Dpro Vitamin Energy. Żel do mycia twarzy, serum oraz krem wchodziły w skład paczuszki, który otrzymałam do testów od portalu ofeminin.pl  Linia C+Dpro Vitamin Energy to linia kosmetyków mających dodać naszej skórze blasku i energii, obudzić ją po zimie. Sam wygląd i zapach kosmetyków pozytywnie nastrajają, zwłaszcza jeśli sięga się po nie w deszczowe poranki.


Pierwszy z trójeczki jest żel myjąco-energetyzujący. Ma on dokładnie oczyścić, zwęzić pory i zmniejszyć ich widoczność oraz zapewnić zdrowy wygląd cery. Za efekt promiennej cery odpowiada połączenie Duo C z wit. Dpro, natomiast kompleks oligosacharydowy wspomaga odblokowywanie i zwężanie porów oraz ujednolica koloryt skóry. W pomarańczowym żelu gołym okiem widoczne są żółte i pomarańczowe mikrokapsułki, w których zamknięta jest witamina E. Podczas mycia kapsułki rozpuszczają się i łączą z żelem. 

Żel przyjemnie się używa ze względu na jego pomarańczowy, słodki i orzeźwiający zapach. Potrafi obudzić nawet wcześnie rano. Żel dość słabo się pieni i podczas używania go mam wrażenie, że oblepia moją twarz klejącą warstwą. Trochę dłużej się też go spłukuje, ale po osuszeniu twarzy skóra jest czysta i nie ma na niej śladu kosmetyku. Po jego użyciu skóra jest dość mocno ściągnięta, od razu trzeba użyć toniku lub kremu. Nie zauważyłam jednak, żeby moja skóra była przesuszona na dłuższą metę, nie mam suchych skórek w ilościach większych niż zwykle. Przez dwa tygodnie zużyłam około 1/4 opakowania.


SKŁAD
 AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, GLYCERIN, COCAMIDOPROPYL BETAINE, ACRYLATES COPOLYMER, TRIETHANOLAMINE, HYDROXYACETOPHENONE, DISODIUM EDTA, CELLULOSE, MANITOL, LACTOSE, PEG-18 GLYCERYL OLEATE/COCOATE, HYDROXYPROPYL METHYLCELLULOSE, TOCOPHERYL ACETATE, ASCORBYL TETRAISOPALMITATE, POLYSORBATE 20, CICHORIUM INTYBUS (CHICOTYL) ROOT EXTRACT, LENS ESCULENTA (LENTIL) SEED EXTRACT, ETHYL ASCORBIC ACID, LECITHIN, LONICERA JAPONICA FLOWER EXTRACT, LONICERA CAPRIFOLIUM FLOWER EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, METHYLPARABEN, PHENOXYETHANOL, BENZYL ALCOHOL, DEHYDROACETIC ACID, BENZOIC ACID, PARFUM, LIMONENE, CI 77492, CI 12085, CI 19140, CI 16035.



Skoncentrowane serum przeznaczone jest do pielęgnacji skóry twarzy, szyi i delikatnych partii pod oczami. Połączenie dwóch form witaminy C rozświetla skórę i chroni DNA komórek skóry, niwelując negatywne skutki promieniowania UV, stymuluje syntezę kolagenu w głębokich warstwach skóry.  Witamina Dpro likwiduje skutki niedoboru witaminy D w skórze, wzmacnia barierę naskórkową i utrzymuje odpowiedni stopień nawilżenia, a witamina E skutecznie walczy z oznakami starzenia oraz działa stabilizująco na witaminę C. 

Serum znajduje się w szklanej buteleczce z pompką. W opakowaniu jest blado pomarańczowe, po wyciśnięciu bezbarwne. W kontakcie ze skórą nabiera konsystencji odrobinę gęstszej niż woda. Ładnie się rozprowadza i bardzo przyjemnie pachnie - jak cała seria, pomarańczą. Pomarańczowe minikapsułki z witaminą E rozpuszczają się i na skórze nie pozostawiają żadnych kolorowych smug.  Trudno ocenić działanie samego serum, ponieważ od początku stosuję go w duecie z kremem, i pewnie efekt końcowy to ich wspólna zasługa. O samym serum powiedzieć mogę tyle, że nawet po wchłonięciu skóra pozostaje odrobinę lepka, znika jednak uczucie ściągnięcia. Skóra jest uspokojona i czeka sobie na krem, u mnie nawet nieco ponad godzinę, a więc do momentu, kiedy już kładę się do łóżka. Serum przeznaczone jest do stosowania na noc. Dwa razy użyłam go rano pod krem, i na to nałożyłam makijaż - ładnie się trzymał i skóra nie przetłuściła się szybciej. Przez dwa tygodnie zużyłam ok. 1/3 opakowania.


SKŁAD
AQUA, PROPANEDIOL, ALCOHOL DENAT, TRIETHANOLAMINE, CARBOMER, PPG-26-BUTETH-26, PEG-40, HYDROGENATED CASTOR OIL, GLYCERIN, BUTETH-3, DISODIUM EDTA, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, CITRUS AURANTIUM DULCIS (ORANGE) FRUIT EXTRACT, ETHYLHEXYLGLYCERIN, SODIUM BENZOTRIAZOLYL BUTYLPHENOL SULFONATE, CICHORIUM INTYBUS (CHICORYL) ROOT EXTRACT, ASCORBYL TETRAISOPALMITATE, CELLULOSE, MANNITOL, LACTOSE, ETHYL ASCORBIC ACID, LECITHIN, TRIBUTYL CITRATE, SODIUM HYALURONATE, LONICERA JAPONICA FLOWER EXTRACT, LONICERA CAPRIFOLIUM FLOWER EXTRACT, HYDROXYPROPYL METHYLCELLULOSE, TOCOPHERYL ACETATE, POLYSORBATE 20, PHENOXYETHANOL, DEHYDROACETIC ACID, BENZYL ALCOHOL, BENZOIC ACID, PARFUM, LIMONENE, HEXYL CINNAMAL, HYDROXYISOHEXYL, 3-CYCLOHEXENE CARBOXALDEHYDE, LINALOOL, CITRONELLOL, GERANIOL, CI 77492, CI 19140, CI 12085, CI 16035. 


 I ostatni z pomarańczowej trójeczki, nawilżający krem-żel rozświetlający na dzień i na noc. Krem-żel to formuła, którą zdecydowanie lubię najbardziej. Moja cera szybko się przetłuszcza, a żel zdecydowanie szybciej i dokładniej się wchłania, od razu działając tam gdzie ma działać, pod a nie nad naskórkiem. Nawilża, ale nie zostawia tłustej powłoczki na skórze. Tak też zachowuje się i krem od Lirene. Dobrze się rozprowadza i ekspresowo wchłania. W przeciwieństwie do serum, nie pozostawia żadnego nieprzyjemnego tłuszczyku, bez obaw mogę nakładać na niego nawet najmniej skory do współpracy podkład. 

SKŁAD
AQUA, GLYCERIN, ALCOHOL DENAT, ISOPROPYL ISOSTEARATE, PEG-20 METHYL GLUCOSE SESQUISTEARATE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, TRIETHANOLAMINE, PEG-70 MANGO GLYCERIDES, SODIUM POLYACRYLATE, DIMETHICONE, CITRUS AURANTIUM DULCIS (ORANGE) FRUIT EXTRACT, LACTOSE, CELLULOSE, ASCORBYL TETRAISOPALMITATE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CYCLOPENTASILOXANE, MANNITOL, TRIDECTH-6, DISODIUM EDTA, PEG/PPG-18/18 DIMETHICONE, CICHORIUM INTYBUS (CHICORY) ROOT EXTRACT, SODIUM HYALURONATE, HYDROXYPROPYL METHYLLELLULOSE, ETHYL ASCORBIC ACID, LECITHIN, POLYSORBATE 20, TOCOPHERYL ACETATE, LONICERA CAPRIFOLIUM FLOWER EXTRACT, LONICERA JAPONICA FLOWER EXTRACT, PHENOXYETHANOL, BENZYL ALCOHOL, DEHYDROACETIC ACID, BENZOIC ACID, PARFUM, LIMONENE, HEXYL CINNAMAL, CI 77492, CI 12085, CI 19140, CI 16035.



Witaminowy krem znajduje się w plastikowym słoiczku z błyszczącą srebrną nakrętką. Niby więc plastik, a wygląda elegancko. Pachnie identycznie jak reszta kosmetyków z linii. Jego działanie ma być w zasadzie identyczne jak w przypadku serum. Ma dać efekt rozświetlenia, ujędrnienia, nawilżenia oraz dodać energii naszej skórze. Czy tak jest? Zdecydowanie. Pomarańczowe trio bardzo mnie zaskoczyło, bo już po dwóch lub trzech dniach zauważyłam różnicę. Po zerknięciu rano w lustro stwierdziłam, że moja cera wygląda zdecydowanie lepiej, choć trudno było mi dokładnie powiedzieć, co takiego się zmieniło. Po dłuższym czasie efekt był jeszcze mocniejszy i teraz już wiem, że to po prostu poprawił się koloryt mojej skóry, wyrównał, ujednolicił, przebarwienia zrobiły się dużo mniej widoczne. Efekt był naprawdę wielkim wow, bo w tym czasie nie było u mnie w ogóle słońca, a skóra zachowała się tak, jakbym miała już za sobą pierwsze porządne opalanie. Zimą moja cera jest w złym stanie, zwłaszcza pod koniec zimy, ponieważ strasznie brakuje jej witaminy D. Jest nie tyle blada co wręcz szara, przetłuszcza się i pojawiają się wypryski oraz przebarwienia, które na tle tej bladej szarości są bardzo widoczne. Żałuję, że nie miałam trio Lirene wcześniej. Teraz do spółki ze słońcem odżywiają moją skórę i faszerują ją witaminkami, a po niej widać, że naprawdę dobrze jej to robi. Krem i serum bardzo poprawiły wygląd cery, troszkę gorzej poszło z nawilżeniem. W bardziej przesuszonych partiach skóry, zwłaszcza na nosie, muszę ratować się czymś mocniejszym.

Z całej trójki najmniej do gustu przypadł mi żel. Mimo że po zmyciu nic na skórze nie czuć, nie podoba mi się jego lekko glutowata konsystencja oraz to, że po umyciu nim twarz jest ściągnięta i muszę się natychmiast ratować kremem albo tonikiem. Żel więc skończę i nie wrócę do niego, krem i serum chcę jednak mieć na dłużej. Po raz pierwszy kosmetyki mające poprawić wygląd cery naprawdę coś w tym kierunku zdziałały. Efekt widoczny gołym okiem po kilku zaledwie użyciach? Wielkie wow. Tak więc krem i serum bardzo polecam, bo naprawdę się wyróżniają, żel wypadł zdecydowanie słabiej.
  
Za kosmetyki dziękuję portalowi ofeminin.pl Pozostałe opinie o trio poczytać możecie tutaj.
 


22 maja 2017

277. Cecelia Ahern - Dziękuję za wspomnienia

Cecelia Ahern zachwyciła mnie swoim piórem już pierwszą jej książką, którą przeczytałam. Mnie, która zaczytuje się w fantastyce i powieściach historycznych, w których wszyscy się mordują i spiskują przeciwko sobie. Nie potrafię zachwycić się historiami miłosnymi, które są dla mnie banalne i przewidywalne. U Ahern podoba mi się właśnie to, że nic nie jest oklepana, a jednak nie ma nie wiadomo jak nagłych zwrotów akcji i zaskakujących zakończeń. Właściwie to dużo rzeczy da się przewidzieć, nie raz może nawet brakować jakiego wow. A jednak jest idealnie. Czytając jej książki nie mam wrażenia, że ta historia mogła potoczyć się inaczej, lepiej. Bo to po prostu nie byłaby już ta sama historia.

W tym roku na majówce towarzyszyła mi kolejna książka Cecelii Ahern – Dziękuję za wspomnienia. Poznajemy w niej losy dwójki ludzi, których zupełnie nic nie łączy i którzy nie mają szans się spotkać i poznać. Pozornie.



Justin jest Amerykaninem i historykiem, który by być bliżej swojej córki, przeprowadza się ze Stanów do Londynu. Raz na jakiś czas wykłada na uniwersytecie w Dublinie, i to tam poznaje doktor Sarę, z którą nawiązuje romans. Ona też namawia go, by oddał krew w miejscowym punkcie krwiodawstwa.

Drugim bohaterem książki jest Joyce – Irlandka. Kobieta właśnie przeżywa najgorszy moment życia. Umiera jej nienarodzone dziecko, rozwodzi się z mężem. Kobieta musi całkowicie przeorganizować swoje życie, zbudować je na nowo. Rozwód zmusza ją do przeprowadzki do domu rodzinnego, do ojca. On pomaga jej spojrzeć na wiele rzeczy z zupełnie innej perspektywy, a jego obecność przypomina jej, że są jeszcze na świecie ludzie, dla których musi starać się żyć dalej.



Losy Joyce i Justina splatają się u fryzjera, kiedy to obydwoje, w tym samym czasie, postanawiają się obciąć. Jakaś dziwna siła przyciąga ich do siebie, jakby już się bardzo dobrze znali, mimo że zobaczyli się pierwszy raz w życiu. Od tej pory w życiu Joyce robi się coraz dziwniej i dziwniej. Kobieta ma sny pełne obcych wspomnień, zna numer alarmowy, którego znać nie powinna, i nagle staje się znawczynią irlandzkiej i angielskiej architektury. Justin za to nie może zapomnieć znajomej-nieznajomej w czerwonym płaszczu. Nie pomaga w tym fakt, że coraz częściej na siebie wpadają, i to w najmniej spodziewanych momentach.


Od samego początku książki można wyczuć w czym rzecz i co właściwie za pomysł zrodził się w głowie autorki. Ale to nic, bo to nie o nieprzewidywalność tu chodzi, ale o nieporadność bohaterów, ich próby spotkania się i los, który ciągle stawia ich na swojej drodze a później rzuca daleko od siebie. Czytając, trzyma się kciuki za następne spotkanie, żeby im się udało, żeby się wreszcie DOMYŚLILI. Czy im się to uda? O tym musicie przekonać się sami.

18 maja 2017

276. Norel, rozświetlający krem pod oczy MultiVitamin

Autentycznie mam sklerozę. Odkąd założyłam tego bloga, nie wyrzucam pudełeczek po kosmetykach, póki tych kosmetyków nie zużyję. To na kartonikach jest większość informacji, głównie skład, ale też obietnice producenta, data ważności i sposób używania. Do pisania recenzji są więc one niezbędne. Kilkakrotnie już zmieniałam miejsce ich składowania, bo zawsze jest tego sporo. No i tak zmieniałam, że teraz nie mam pojęcia gdzie one są. Te najnowsze leżą na toaletce, bo jeszcze ich nie schowałam, a reszta zaginęła w akcji. Nie znoszę, kiedy mi się to zdarza - schować coś i zapomnieć gdzie. Ostatnio szukałam tak moich pitów za poprzedni rok, i do tej pory nie znalazłam. Tak więc w recenzji posiłkować się będę informacjami ze strony producenta. I mam tylko nadzieję, że krem jeszcze się nie przeterminował, bo nawet do daty ważności wglądu nie mam.


Marka Norel kupiła mnie swoim żelem z kwasem migdałowym. Troszkę słabszy, ale równie przyjemny efekt był przy toniku witaminowym. Jako kolejny wypróbowałam krem pod oczy  z serii MultiVitamin.  Ma on pomóc w pielęgnacji skóry suchej, dojrzałej i zmęczonej. Chronić przed wysuszeniem, ujędrnić oraz wygładzić zmarszczki, a także rozświetlić skórę wokół oczu, co znacząco poprawi jej wygląd. Zawiera witaminy A, B3, B6, C, E, F, prowitaminę B5, koenzym Q10, lipopeptyd i hydroksyprolinę, które stymulują syntezę kalogenu i elastyny, wzmacniają, uelastyczniają i "zagęszczają" skórę, kofeinę, oliwę z oliwek, masło shea, glukan, odpowiadający za regenerację i nawilżenie naskórka oraz rozświetlające drobinki.  



 Do składu się niestety nie odniosę, bo nie ma go na stronie producenta. Jeśli znajdę kiedyś pudełko, uzupełnię wpis. Teraz skupię się na jego działaniu i moich odczuciach względem niego, bez zaglądania mu w skład. 

Pierwsze, co mi się nasuwa na myśl w związku z tym kremem, jej jego powalająca wydajność. Wiem, że kremy pod oczy z reguły zużywa się powoli, bo do jednej aplikacji wystarczy go odrobina, ten krem to jednak jakiś rekordowiec. Używam go chyba już z rok. Na początku trochę nieregularnie, ale od co najmniej pół roku sumiennie każdego wieczoru i czasami rano. Nie mam pojęcia ile go tam jeszcze jest, ale pompka odmierza go równomiernie, nie pluje samym powietrzem, czyli krem jeszcze się nie kończy. 


Skoro już przy pompce jesteśmy muszę wspomnieć, że działa bez zarzutu. A to nie jest wcale takie oczywiste, że pompka działa, zwłaszcza po tylu miesiącach użytkowania. Z tym kremem nigdy nie miałam żadnego problemu. Z opakowania wydobywa się idealna porcyjka pod jedno oko, krem rozprowadza się bardzo dobrze, szybko się wchłania. Nie ma przeszkód, by używać go pod makijaż. Korektora pod oczy nie używam, ale żaden podkład na kremie się nie rolował. Krem podobno delikatnie kremowo pachnie. Szczerze, dla mnie jest bezzapachowy. Może po prostu z takiej małej drobinki nie potrafię nic wywąchać. Dla mnie to idealnie, bo moje oczy są bardzo wrażliwe i na mocno zapachowy krem mogłyby źle reagować. A tak mogę nim podjechać naprawdę blisko oka i nie ma ani łzawienia, ani pieczenia, ani żadnego klejenia. 


Od kremu pod oczy wymagam przede wszystkim nawilżenia. Raz już miałam tam tak wysuszoną skórę, że aż mi się mikro ranki porobiły, wystrzegam się więc odwodnienia teraz bardzo. Krem Norel nawilża naprawdę porządnie i na długo. Wklepuję go w całkiem spory fragment skóry i nawet kiedy moja twarz w większej części jest sucha, a w ciągu kilku ostatnich miesięcy zdarzyło mi się parę razy, że brakło jej nawilżenia, skóra pod oczami jest miękka i napięta.  Zmarszczkę mam tylko jedną (a raczej dwie, po jednej pod każdym okiem), ale wynika ona bardziej z budowy twarzy i zawsze tam była. Musiałabym policzki przesunąć sobie niżej, żeby pod okiem było idealnie prosto. Tak więc w kwestii wypełniania zmarszczek się nie wypowiem. Nawilżenie jest, ujędrnienie też, a co z rozświetleniem? No tego efektu niestety mi brakło. Moja skóra pod oczami nie wyglądała inaczej, nie błyszczała się, a ja nawet z nosem tuż przy lustrze nie dostrzegłam drobinek. W sumie to dobrze, że ich nie dostrzegłam, bo przecież nie chciałabym mieć brokatu wokół oczu. Muszą więc być bardzo drobniutkie. 

Podsumowując, krem nawilża rewelacyjnie i naprawdę czuć, że skóra pod oczami jest zadbana. Jest miękka i elastyczna. W moim przypadku żadne rozświetlenie już nie było potrzebne, bo sińce miewam bardzo rzadko, a błysk mógłby tylko za bardzo rzucać się w oczy. Używając tego kremu mam pewność, że wystarczającą dbam o skórę pod oczami. W wieku dwudziestu pięciu lat mogłyby już tam być jakieś zmarszczki, tym bardziej, że jestem krótkowidzem i ciągle mrużę oczy - a jednak oprócz tych dwóch będących ze mną od zawsze nic nie ma.