19 września 2017

401. Il Salone Milano - Balsamo epic conditioner

Rzadko pędzę do sklepu po jakieś kosmetyki tylko dlatego, że ktoś, kogo bloga odwiedzam, właśnie je pochwalił. Często zapamiętuje je sobie albo wpisuję na listę kosmetyków, które chciałabym wypróbować. W przypadku jednak tej odżywki przymus kupna był tak duży, że na drugi dzień po przeczytaniu recenzji, poszłam jej szukać. Miałam szczęście, bo akurat była przeceniona z 29 zł. na 20 zł.


Odżywka Il Salone Milano The Legendary Collection przeznaczone jest do włosów normalnych i suchych. Pojemność 500 ml to dla moich długich włosów przeciętna pojemność, akurat tyle, żebym zdążyła sobie o danym produkcie wyrobić zdanie. Odżywka wzbogacona jest proteinami mleka i jest odżywką profesjonalną, używaną przez fryzjerów. Ma pomóc nawilżyć włosy oraz ułatwić ich rozczesanie. 


SKŁAD
AQUA, PROPYLENE GLYCOL, CETEARYL ALCOHOL, CETRIMONIUM CHLORIDE, MYRISTYL ALCOHOL, PARFUM, IMIDAZOLIDINYL UREA, CITRIC ACID, PHENOXYETHANOL, POLYQUATERNIUM-7, ETHYLPARABEN, METHYLPARABEN, PROPYLPARABEN, LACTOSE, LACTIS PROTEINUM (MILK PROTEIN), SODIUM BENZOATE.

Skład nie robi wrażenia, co najwyżej negatywne. Te wszystkie parabeny oraz  proteiny mleka na przedostatnim miejscu w składzie mogą zjeżyć włos na głowie.


Butelka wykonana jest z tak twardego plastiku, że nijak nie da się jej ścisnąć. Odżywkę na rękę trzeba wytrząsnąć albo dać jej spłynąć po ściankach. Na włosach rozprowadza się ją bardzo dobrze. Nie jest rzadka, ma idealną formułę. Pachnie mocno, trochę jak perfumy, ale bardzo ładnie. Na włosach ten zapach jest później wyczuwalny.


Oczekiwałam efektu prawdziwego WOW, a było tylko wow. Odżywka faktycznie wygładziła włosy i zmiękczyła je. Lepiej się je rozczesywało, a i w ciągu dnia nie plątały się tak strasznie i wyglądały po prostu dobrze, bez sięgania co chwilę po szczotkę. Były bardziej sypkie i delikatniejsze, aż chciało się ich dotykać. Niestety to, na co liczyłam najbardziej, nie pojawiło się. Mowa o blasku, który wprost miał kłuć po oczach. Włosy błyszczały normalnie, jak to czyste i wyszczotkowane włosy. Ale nic poza tym. Dla jednych jej działanie będzie wystarczające, dla innych nie. Mnie zależało na mega blasku, więc się zawiodłam, mimo że odżywka odwaliła kawał dobrej roboty. A do tego nie obciążała włosów, była łatwa w użyciu, ładnie pachniała i na długo wystarczyła. Powrotu nie będzie, bo to jednak nie o to mi chodziło.
 

 

17 września 2017

400. Yves Rocher, żel do mycia twarzy Sebo Vegetal

Marka Yves Rocher jest jedną z moich ulubionych. Ich sklepy stacjonarne odwiedzam często, i zawsze wychodzę z kilkoma cosiami. Lubię ich kosmetyki za przyjazne i skuteczne formuły oraz fenomenalne zapachy. Poza tym to jedyna marka, która raz w miesiącu daje prezent do dowolnego zakupu. Jedyne, na co mogłabym narzekać, to wielkość asortymentu. Czasami chciałabym poznać coś nowego, ale oprócz nowych zapachów żeli i balsamów nie mogę znaleźć nic dla siebie. Jakiś czas temu, po przeczytaniu pozytywnej opinii na blogu, skusiłam się na żel do mycia twarzy Sebo Vegetal. Dla mnie produkt do mycia twarzy to podstawa taka jak szampon czy pasta do zębów, a z Yves Rocher jeszcze niczego nie miałam. Kupiłam, i zdecydowanie się nie zawiodłam.


Żel z serii Sebo Vegetal jest żelem oczyszczającym, mającym doskonale oczyścić skórę, odblokować pory i uregulować wydzielanie sebum. Ma dawać uczucie świeżości i czystości, jednocześnie nie wysuszając. Zawiera puder z korzenia tarczycy bajkalskiej, która jest uzyskiwania w 100% w naturalny sposób. Ponadto producent zapewnia, że ponad 93% składników jest pochodzenia naturalnego, a w żelu nie znajdzie się żadnych silikonów, olei mineralnych oraz parabenów. Ekologiczne jest również opakowanie, wykonane z plastiku z recyklingu oraz mogące być powtórnie przetworzone.

Wszystko pięknie TYLKO...
- puder z korzenia tarczycy bałkańskiej znajduje się za aromatem, czyli prawie w ogóle go tam nie; "uwielbiam" po prostu, kiedy producent na przodzie kosmetyku podaje składnik i nie raz opierają na nim reklamę, a tymczasem w kosmetyku występuje on w śladowych ilościach 

- z tym opakowaniem też tak pięknie nie jest, ponieważ na spodzie butelki znajduje się znaczek PET z numerkiem 1 - z tego co wyczytałam na różnych stronach, jest to jeden z najczęściej wykorzystywanych rodzai plastiku, ale wcale nie taki znowu bezpieczny; i co najważniejsze - opakowanie to nie może być użyte powtórnie


SKŁAD
AQUA, METHYLPROPANEDIOL, CENTAUREA CYANUS FLOWER WATER, SODIUM LAURETH SULFATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, PHENOXYETHANOL, PEG-30 GLYCERYL STEARATE, XANTHAN GUM, PARFUM, TETRASODIUM EDTA, SODIUM HYDROXIDE, SCUTELLARIA BAICALENSIS ROOT EXTRACT, CITRIC ACID, SODIUM BENZOATE, POTASSIUM SORBATE. 

Żel dostępny jest w wersji mniejszej 100 ml i większej 390 ml. Z cenami bywa różnie, bo ciągle zmieniają się promocje oraz rabaty. Ja dużą butelkę kupiłam z kuponem rabatowym, który co miesiąc dostaję pocztą, za ok. 25 zł.  Taka pojemność wystarczy na bardzo długo. Nie potrzeba dużo żelu, by umyć całą twarz. Doskonale się pieni i ładnie domywa resztki makijażu, nawet tusz do rzęs. Wielki plus za to, że jest bezpieczny dla oczu i nie szczypie. 

Żel prześlicznie pachnie. Bardzo świeżo, ale też troszkę słodko. To taka świeżość owoców, ale bez oklepanej nuty cytrusowej. Używanie go to czysta przyjemność, tym bardziej, że żel jest bardzo delikatny dla skóry i nie przesusza jej. Mimo więc kilku wprowadzających w błąd informacji, żel okazał się bardzo dobrym kosmetykiem, do którego z pewnością wrócę. Moja mieszana cera jest z niego zadowolona, jest oczyszczona i odświeżona, a jednocześnie nie podrażniona.



 


13 września 2017

399. Inecto Naturals - Balsam do ciała limonka, mięta i kokos

Lato tak szybko i nagle się skończyło, że moja pielęgnacja ciągle jeszcze pachnie latem. Głównie wśród balsamów, żeli i kremów do rąk dalej królują cytrusy i kwiaty. To samo w zapasach wosków, same świeże nuty. Powoli trzeba będzie to wszystko przeorganizować i przestawić się na jesień. Uwielbiam zapachy jesieni, te naturalne - dym w powietrzu, zapach liści na ziemi i jabłka, całe mnóstwo jabłek. Dziś będzie jednak jeszcze o typowo wakacyjnej, egzotycznej mieszance limonki, mięty i kokosa w balsamie do ciała Inecto Naturals.


Rozpocznij swój dzień całkowicie odnowiony. Z olejkiem ze skórki limonki oraz organicznym kokosem.

Balsam do ciała angielskiej marki reklamowany jest jako produkt naturalny, nie testowany na zwierzętach oraz przyjazny weganom. Niestety, na opakowaniu brak jakichkolwiek certyfikatów, które by to potwierdzały. A samym słowom zapewniających o cudownych efektach po użyciu kosmetyku trudno mi uwierzyć. Bo reklama to reklama, rządzi się własnymi prawami. 


SKŁAD

AQUA, ISOPROPYL MYRISTATE, GLYCERIN, STEARIC ACID, CETYL ALCOHOL, CETEARYL ALCOHOL, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYTLATE CROSSPOLYMER, LAURYL METHYL GLUCETH-10 HYDROXYPROPYLDIMONIUM CHLORIDE, COCOS NUCIFERA (COCONUT) OIL, CITRUS AURANTIFOLIA (LIME) SEED OIL, PEG-20 STEARATE, PEG-14M, PARFUM, ETHYLHEXYLGLYCERIN, PHENOXYETHANOL, SODIUM HYDROXIDE, COUMARIN, GERANIOL, LINALOOL, LIMONENE.


Balsam kupiłam głównie ze względu na zapach. O moich zakupach często decyduje nos i jego intuicja, która tym razem zawiodła. Zamiast owocowego, idealnie letniego zapachu przenoszącego mnie na egzotyczną wyspę, dostałam mdłego i chemicznego kokosa. Limonka przebija przez niego bardzo delikatnie, nieznacznie jednak poprawia całość. Natomiast mięty nie ma wcale. Do zapachu można przywyknąć i zacząć go znosić. Ale żeby polubić? No niestety, ale ja nie widzę takiej możliwości.  

Balsam ma gęstą konsystencję, która wprost niemożliwie się marze. Nawet jeśli użyje się go w rozsądnych ilościach, całe ciało jest w białych smugach. Rozsmarowywanie i wklepywanie trwa wieki. Można jednak również balsam po prostu zostawić w spokoju i poczekać, aż sam się wchłonie. O dziwo, trwa to krócej niż kiedy mu się w tym pomaga. Dla mnie jednak jest to średnio wygodne i po prostu mnie to irytuje. Nie lubię balsamów do ciała, które zamiast wnikać w skórę ślizgają się po jej powierzchni. Zaczynam się wtedy zastanawiać czy to aby na pewno jest produkt do ciała.

Nie narzekałabym tak na jego wchłanianie, gdyby wynikało z niego porządne i długotrwałe nawilżenie. A tu mamy niestety kolejny zawód. Balsam nawilża tak słabiutko, że już na drugi dzień rano nie ma po nim śladu. Skóra nie jest bardziej miękka i gładka, przesuszone miejsca dalej są szorstkie. A po nogach to mogę sobie paznokciem białe krechy rysować. 



Balsam kupiłam za ok. 15 zł w Hebe. Męczę go już dobre dwa miesiące i zmęczyć nie mogę. Staram się nakładać go cienką warstwę, żeby w ogóle miał szansę się wchłonąć. Niestety, poza ładnym opakowaniem, dużą wydajnością i niską ceną, nie znajduję w nim plusów. Nie podoba mi się zapach, konsystencja i brak efektów. O ile dobrze pamiętam, dostępny był jeszcze jeden wariant tego balsamu, ale ja z pewnością nie będę go wypróbowywała. Marka, która dla mnie jest nowością, nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia.



 



31 sierpnia 2017

398. Yankee Candle, Delicious Guava

Lato w tym roku nie cały czas rozpieszczało nas wysokimi temperaturami. Zdarzały się dni chłodne i deszczowe, kiedy dla własnej wygody lepiej było zostać w domu z książką i kubkiem herbaty - bardzo jesiennie, prawda? Kiedy za oknem deszcz i czarne chmury, a w kalendarzu dalej lato, w przywróceniu wakacyjnej atmosfery pomóc może palenie wosków, najlepiej rześkich i owocowych. Taka jest też delicious guava od Yankee Candle.

Zapach wchodzi w skład kolekcji Q2 2017 Viva Havana, a opisywany jest jako pyszna, soczysta i dojrzała guawa połączona ze słodyczą tropikalnych owoców. Już sam kolor wosku i obrazek na nalepce sprawia, że cieknie ślinka a my już oczekujemy pięknego, owocowego zapachu, który przeniesie nas na tropikalne plaże.


Po roztopieniu wosk pachnie identycznie jak na sucho, nie czuć też w nim chemicznych dodatków. Delicious guava pachnie świeżymi, soczystymi owocami, mój nos nie jest niestety ich w stu procentach pewny. Obstawiam jednak, że to mango, ananas, no i zapewne guava - chociaż akurat jej nigdy nie jadłam i nie mam pojęcia jak pachnie. 


Moc wosku jest całkiem duża, odrobina wystarczy, żeby napachnić w całym mieszkaniu, nie tylko w jednym pokoju. Jednocześnie nawet długotrwałe palenie go nie przyprawia o ból głowy i nie nudzi się. Delicious guava to zapach słodki z dodatkiem kwaśnej nuty. Bardzo świeży i energetyczny, który spodoba się wszystkim fanom owocowych wosków. 
 


25 sierpnia 2017

397. Evree różany tonik

Wszelkie mgiełki oraz toniki w sprayu są idealnym rozwiązaniem na lato. Mają szybką i wygodną aplikację. Chłodzą i łagodzą rozpaloną słońcem skórę, pozwalają się szybko odświeżyć. Jeśli jeszcze dobierzemy do tego rześki zapach, mamy efekt chłodzenia od ręki. W zeszłym roku latem towarzyszył mi oliwkowy tonik w sprayu od Ziaji, teraz postawiłam na różę Evree.




Różany tonik przeznaczony jest do cery mieszanej do stosowania na twarz, szyję oraz dekolt. Ja lubię takie toniki stosować również na ramiona, jeśli akurat słońce za mocno je spiekło. Tonik można również stosować na makijaż, by go utrwalić i nadać mu naturalnego wykończenia. Przyznam, że akurat tego nie próbowałam, ponieważ i tak mam problem z utrzymaniem matu tak długo jakbym tego chciała.


SKŁAD
AQUA, ROSA DAMASCENA FLOWER WATER. GLYCERIN, SODIUM HYALURONATE, PANTHENOL, DMDM HYDANTOIN, IODOPROPYNYL BUTYLCARBAMATE, PARUM, GERANIOL, CITRONELLOL.
Skład robi całkiem dobre wrażenie. Tonik jest kosmetykiem drogeryjnym, a mimo to zawiera naturalne dobroci. Wodę różaną, która tonizuje i przywraca prawidłowe pH skóry. Dodatkowo wzmacnia naczynia krwionośne, łagodzi zaczerwienienia i poprawia kondycję skóry. Kwas hialuronowy, wiążąc wodę w naskórku, zapewnia skórze nawilżenie i wygładzenie. Natomiast alantoina delikatnie napina skórę oraz łagodzi. 



Skład dobry. Aplikacja higieniczna, szybka i prosta. Wydajność - ogromna. Wylewając tonik na wacik marnujemy go bardzo dużo. W przypadku dozownika spray cały kosmetyk - lub jego większość, ląduje na skórze. Nadmiar można wytrzeć, ale ja nie widzę takiej potrzeby, ponieważ tonik szybko wchłania się w całości. 




Ogromnym plusem toniku jest również jego zapach, pod warunkiem oczywiście, że lubicie różę damasceńską. Dla mnie to ideał. Świeży, letni i delikatny. Kojarzący się z latem i ciepłem, a jednocześnie delikatną pielęgnacją. Różę czuć tylko w momencie aplikacji i krótko po niej, później zapach się ulatnia. Skóra pozostaje jednak nawilżona i odświeżona. Upały naprawdę potrafią ją zmęczyć, nawet jeśli nie nałożymy na nią makijażu. Różany tonik od razu przywróci jej siły. Dobrze jest go zabrać ze sobą na gorącą plażę czy wędrówkę po górach. Albo po prostu do miasta, gdzie latem panują wręcz mordercze warunki dla skóry. Wysoka temperatura, brak najmniejszego wiaterku, bezpośrednie promieniowanie słońca, brak cienia, a do tego wysokie stężenie zanieczyszczeń w powietrzu. Różany tonik do twarzy to kosmetyk idealny na lato.

18 sierpnia 2017

396. Natur Planet, nierafinowane masło shea

Dla wielu osób im prostszy skład, tym lepszy kosmetyk. Zwłaszcza naturalne oleje robią ostatnimi czasy furorę na rynku kosmetycznym. Jeśli tylko wiemy, że nie mamy alergii na naturalny surowiec, z którego produkowane są kosmetyki, możemy do woli próbować natury w czystej postaci. Jednym z bardzo dobrze znanych składników kosmetyków jest masło shea. Spotkać je można zarówno w kosmetykach naturalnych jak i tych po brzegi wypełnionych chemią. Można również pokusić się o stosowanie masła solo, bez żadnych dodatków. 

Po wielu pozytywnych opiniach sprawdziłam na sobie najpierw olej kokosowy. I niestety ja się nim nie zachwyciłam. Być może po prostu marka nie dostarczyła mi produktu wysokiej jakości, a może po prostu olej ten nie dla mnie. Kilka miesięcy temu w Drogeriach Polskich zaopatrzyłam się w nierafinowane masło shea.


W składzie znajdziemy tylko butyrospermum parkii, bez żadnych dodatków. W plastikowym słoiczku mieści się 100 ml masła w stanie stałym. Ma ono specyficzny zapach, mnie kojarzy się trochę z papierem. Jest naturalny, ale nie nieprzyjemny. Po ogrzaniu w dłoniach zamienia się w płynny olej, którego wystarczy dosłownie odrobina, by posmarować duży fragment ciała. Na przykład do nasmarowania dłoni wystarczy odrobina wielkości połowy małego paznokcia. 

Słoiczek jest na tyle duży, że wygodnie wydobywa się z niego masło, łatwo też go zakręcić nawet tłustymi dłońmi. Bo masło jest niezwykle tłuste i bardzo długo się wchłania. Z tej racji rzadko kiedy sięgam po niego w ciągu dnia. Wolę nasmarować się nim wieczorem i pozwolić mu spokojnie się wchłonąć, przynajmniej większej części, która nie wyląduje na piżamie i pościeli.


Do czego używam masła shea? Najczęściej do rąk. Kiedy przez cały dzień nie użyłam ani razu kremu do rąk, wieczorem smaruję je tłustym masłem i w ten sposób nie pozwalam im się przesuszyć. Ratowałam się też nim po kilku godzinach w rękawicach ogrodowych, na które całkiem możliwe, że jestem uczulona, ponieważ dłonie wieczorem mnie aż piekły.

Masło dobrze sprawdza się też w pielęgnacji stóp. Nawilża tak mocno, że żaden krem nie może się z nim równać. Ponieważ jednak wchłania się straszliwie powoli, zalecałabym używanie go bezpośrednio przed snem. Bo chodzenie po jego użyciu grozi upadkiem.


Nierafinowane masło sprawdza się w pielęgnacji zwłaszcza mocno przesuszonych partii ciała, lub po prostu takich, które by pozostać w dobrej kondycji potrzebują dużej dawki nawilżenia. A więc do stóp, łokci czy spracowanych - lub po prostu potraktowanych po masoszemu - dłoni. Tam rzeczywiście widać zbawienny wpływ tłustego masła shea i to od razu. Na skórze nawilżonej, regularnie balsamowanej i mało wymagającej, jak na przykład na ramionach czy udach, nie zauważyłam takiego efektu wow. Bardzo rzadko jednak używam go na całe ciało, ponieważ zajmuje to mnóstwo czasu. Każdy fragment masła trzeba najpierw rozpuścić w dłoni, a później dokładnie rozsmarować i wmasowywać przez dłuższą chwilę. 

Nierafinowane masło shea warto mieć w kosmetyczce. To taki maślany opatrunek na przesuszone partie skóry, który natychmiastowo przynosi ulgę i pomaga jej wrócić do zdrowia. Mamy też pewność, że używamy produktu naturalnego, bez żadnych mniej lub bardziej chemicznych dodatków. A do tego, masło jest niesamowicie wydajne i tanie, bo kosztuje coś około 10 zł.

14 sierpnia 2017

395. Lirene Dermoprogram Ideale - Glam&Matt duo effect

Wiecie, że jeszcze nigdy nie pisałam recenzji podkładu? Zawsze były tylko krótkie wzmianki przy nowościach czy denku. Pora jednak na pełnowymiarową recenzję kosmetyku, bez którego nie wyobrażam sobie makijażu. Czasami oczywiście rezygnuję z malowania się i pozwalam mojej skórze odpocząć, i to niekoniecznie wtedy, kiedy siedzę w domu. Jeśli jednak robię sobie makijaż, podkład musi być. Dziś chciałabym opowiedzieć o moich wrażeniach dotyczących podkładu Glam&Matt Lirene Ideale.



Zaciekawił mnie podwójny efekt podkładu - rozświetlenie i matowienie. Czy to w ogóle możliwe? No bo jak coś jest matowe, to z definicji się nie błyszczy. Tak o połączeniu dwóch różnych efektów pisze producent:

Innowacja - DUO EFFECT - fluid o podwójnym działaniu!

Matuje dzięki systemowi pigmentów nowej generacji, które rozpraszają i odbijają światło od powierzchni skóry.

Rozświetla wypełniając skórę światłem, sprawiając, że cera wygląda świeżo i promiennie, bez efektu błyszczenia. 

Spektakularne rezultaty - nieskazitelna cera w każdym świetle!



 Podkład znajduje się w ciężkiej, szklanej buteleczce. Z opakowania zawsze wydobywa się go za dużo, a niestety nie da się nacisnąć pompki lekko, bo się zacina i zawsze trzeba użyć do tego więcej siły. A wtedy dociska się do samego dołu i na dłoni ląduje bardzo duża kropla podkładu,

Podkład ma rzadką konsystencję i trzeba go nakładać po troszku, bo marze się i dość długo zastyga na twarzy. To plus, bo można go poprawiać i poprawiać, aż efekt będzie zadowalający. Tylko na nałożenie drugiej warstwy - jeśli będzie to potrzebne - trzeba troszkę poczekać.




Kupiłam odcień 02 Neutralny, który okazał się bardzo ciemny. Nigdy, nawet zimą, nie biorę odcieni najjaśniejszych. A  tu drugi na skali okazał się tak ciemny, że żeby go w ogóle użyć musiałam poczekać do letniej opalenizny. Nie wyobrażam więc sobie, kto mógłby użyć odcienia 04 Opalony. Podkład ma jeszcze tę przykrą wadę, że po nałożeniu na twarz ciemnieje. Dobrze chociaż, że robi to od razu, a nie na przykład po godzinie, kiedy już wyszłam z domu. 

Co z jego podwójnym efektem? A no jest, ale jest to podwójny błysk, a nie błysk i mat. Podkład nie dość, że w ogóle nie matuje, to potwornie się świeci. Jasne, można, a nawet należy użyć pudru, żeby go choć lekko zmatowić i utrwalić. Ale taki błysk już za chwilę spod pudru wyjdzie. Jeśli do tego ma się cerę mieszaną w kierunku tłustej jak ja, podkład na twarzy wygląda ładnie max. trzy godziny. W czasie letnich upałów nawet nie ma sensu po niego sięgać. Wspomnieć jeszcze muszę, że podkład ma słabe krycie i w gorsze dni nie nadaje się zupełnie. Koniec końców okazuje się, że nie ma kiedy go użyć. Bo a to jestem za blada do niego, albo akurat coś mi wyskoczyło, co chciałabym ukryć, albo jest za ciepło. Albo po prostu potrzebuję makijażu na cały, a nie tylko na część dnia.



Tak sobie więc podkład stał, rzadko kiedy używany, aż w końcu oddałam go mamie. Ma ona cerę dojrzałą i suchą, aktualnie opaloną. I u niej podkład sprawdza się o wiele lepiej. W prawdzie bez pudru ani rusz, ale nie znika z jej twarzy tak szybko jak u mnie. Dobrze też wyrównuje koloryt i ładnie podkreśla opaleniznę. 

Podsumowując, podkład powinien spodobać się osobom z suchą cerą, które nie lubią i nie potrzebują efektu matu. Wtedy rzeczywiście nada ładnego blasku i wytrzyma na twarzy dłużej. Posiadaczki cery mieszanej i tłustej nie będą raczej z niego zadowolone. Na mat nie dajcie się nabrać, bo tego nie ma tu za grosz. No i odcienie koniecznie wypróbujcie na twarzy, bo to co widać na dłoni nie do końca odpowiada prawdzie. Kosztuje ok. 40 zł.

Na koniec mała prezentacja na mojej twarzy. Zdjęcia wyszły jak wyszły - czyli nie wyszły. Ale widać na nich dwie ważne cechy: błysk (nie nakładałam pudru) oraz słabe krycie.





12 sierpnia 2017

394. Botanicals Sfresh Care - Coriander Strenght Cure

Mniej więcej w tym samym czasie trafiły do mnie dwa zestawy produktów do włosów do testowania od portalu ofeminin.pl  Na pierwszy ogień poszła mlecza kuracja Nivea, o której pisałam tutaj, teraz powoli kończę kurację wzmacniającą Botanicals Fresh Care do włosów osłabionych i delikatnych od L'oreal. W jej skład wchodzi szampon pielęgnacyjny, balsam pielęgnacyjny, maska rewitalizująca i eliksir wzmacniający. Do mnie trafił szampon i eliksir, i to o nich chciałabym opowiedzieć.



KURACJA WZMACNIAJĄCA - OLEJ Z KOLENDRY

Wzmacniaj swoje włosy od nasady aż po same końce. Zapobiegaj rozdwajaniu się końcówek i łamliwości włosów.

Botanicals Fresh Care ma dla Ciebie rewelacyjne remedium, zainspirowane tradycyjną medycyną
i poddane ekologicznym procesom chemicznym. Połączony z naszym podstawowym kompleksem, olej z kolendry naprawdę czyni cuda.
Ta linia produktów zawiera wiele składników odżywczych i wzmacnia zniszczone włosy. Szampon
z ultralekką pianą delikatnie je pielęgnuje. Dodaj do tego maskę, a ilość łamliwych włosów znacząco się zmniejszy. W dodatku badania L’Oréal wykazują rewelacyjne działanie eliksiru wzmacniającego.

To naturalny preparat zwiększający naturalną moc Twoich włosów. I jeszcze ten świeży, lekki zapach!
Dzięki gamie z kolendrą delikatne włosy nie będą już łamliwe, a suszenie ich suszarką przestanie być codziennym utrapieniem. Czas wreszcie powiedzieć „nie”!
 



W szamponie znajdziemy kompozycję esencji z nasion kolendry, soi i olejku kokosowego, jest on też wolny od silikonów, parabenów i barwników. Przeznaczony jest do włosów delikatnych i osłabionych. Moje osłabione nie są, ale delikatne z całą pewnością. Szampon oczyszcza je delikatnie, ale skutecznie. Nie podrażnia zupełnie skóry głowy. Włosy są po nim delikatne, sypkie, po prostu czuć, że maksymalnie czyste. Nie tracą jednak nic ze swojego blasku i miękkości, jak w przypadku niektórych stricte oczyszczających szamponów. 

Szampon ma bardzo ciekawy zapach, a to przez obecność w składzie kolendry. Na początku trochę mi przeszkadzał, ale w końcu się do niego przyzwyczaiłam i teraz nawet mi się podoba. Jest mocny i długo utrzymuje się na włosach, tym bardziej, jeśli wprowadzimy do pielęgnacji jeszcze eliksir o tym samym zapachu. 

Szampon oceniam na 4+. Daje uczucie świeżości, a przy tym jest łagodny i wydajny. Na plus również opakowanie z pompką, która jest bardzo wygodna w użyciu. 

SKŁAD
AQUA, SODIUM LAURETH SULFATE, COCO BETAINE, LAURETH-5 CARBOXYLIC ACID, COCAMIDE MEA, ISOPROPYL MYRISTATE, COCOS NUCIFERA OIL/COCONUT OIL, SODIUM CHLORIDE, SODIUM BENZOATE, SODIUM ACETATE, SODIUM HYDROXIDE, PEG-60 HYDROGENATED CASTOR OIL, POLYQUATERNIUM-10, SALICYLIC ACID, LIMONENE, LINALOOL, BENZYLSALICYLATE, BENZYL ALCOHOL, ISOPROPYL ALCOHOL, GERANIOL, CORIANDRUM SATIVUM SEED OIL/CORIANDER SEED OIL, CETEARETH-60 MYRISTYL GLYCOL, CITRIC ACID, HEXYLENE GLYCOL, GLYCINE SOJA OIL/SOYBEAN OIL, PARFUM.  

Eliksir wzmacniający stosuje się bez spłukiwania, na całej długości włosów.  Według producenta powinno to być tylko kilka kropel, ja sobie jednak nie żałuję i zawsze nakładam cztery dawki odmierzane pipetą. Eliksir na szczęście nie obciąża włosów i nie skleja ich nawet na końcówkach. Pachnie bardzo mocno i jeśli komuś wybitnie nie spodoba się ten zapach, to używanie eliksiru może zamienić się w koszmar. Kolendrę czuć aż do następnego mycia. 

Eliksir ma mleczny kolor i wodnistą konsystencję. Dlatego nie można od razu nałożyć go więcej, bo po prostu spłynie z dłoni zanim doniesiemy go na włosy. Kosmetyk ma za zadanie ochronić nasze włosy, zwłaszcza na końcach, przed codziennymi uszkodzeniami. Czy to faktycznie robi, trudno ocenić, ponieważ moje końce już przed rozpoczęciem terapii były zniszczone i gotowe na podcięcie. Nie zauważyłam jednak, żeby po eliksirze były one bardziej zdyscyplinowane. Zwłaszcza na końcach puszą się i odstają we wszystkie strony, nie są też w ogóle bardziej miękkie czy błyszczące. Eliksir nie robi z nimi zupełnie nic, co można by zaobserwować gołym okiem. Być może faktycznie zabezpiecza końcówki, ale akurat w tym momencie nie mogę tego zaobserwować. Prawdopodobnie odstawię go na bok i zacznę używać dopiero po podcięciu włosów, do czego zbieram się już kilka miesięcy. Ale ja do fryzjera nie lubię chodzić równie mocno jak do lekarza, wiec nie wiadomo ile mi jeszcze to "wybieranie się" zajmie. 

Podsumowując, na dzień dzisiejszy eliksir dla mnie nie robi nic. Plus za to, że nie skleja włosów, nawet jeśli użyję go naprawdę dużo. Fajnie też byłoby, gdyby był bezzapachowy. Bardzo wydajny.


SKŁAD
AQUA, QUATERNIUM-87, COCOS NUCIFERA OIL/COCONUT OIL, SODIUM BENZOATE, STEARYL ALCOHOL, PPG-1 TRIDECETH-6, EUGENOL, BEHENTRIMONIUM CHLORIDE, POLYQUATERNIUM-37, POLYSORBATE 20, POLYQUATERNIUM-11, LIMONENE, LINALOOL, CANDELILLA CERA/CANDELILLA WAX, PENTAERYTHRITYL TETRA-DI-T-BUTYL HYDROXYHYDROCINNAMATE, BENZYL SALICYLATE, BENZYL ALCOHOL, PROPYLENE GLYCOL, ISOPROPYL ALCOHOL, CAPRYLYL GLYCOL, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, PARAFFINUN LIQUIDUM/MINERAL OIL, GERANIOL, ACRYLATES COPOLYMER, SORBITAN OLEATE, COLIABDRUM SATIVUM SEED OIL/CORIANDER SEED OIL, CITRIC ACID, CITRAL, CITRONELLOL, GLYCINE SOJA OIL/SOYBEAN OIL, PARFUM.



Dwa spośród czterech kosmetyków nowej serii L'Oreal szału nie zrobiły. Szampon jest poprawny, nic złego nie robi, i tyle mi wystarczy. Odkryciem roku jednak nie jest. Eliksir wzmacniający to dla mnie kosmetyk zbędny i zupełnie obojętny moim włosom. A przez intensywny i specyficzny sposób ani mama ani siostra nie dały się namówić na testowanie, nie wiem więc czy na innych włosach byłby bardziej skuteczny.

A Wy używałyście już tych kosmetyków? Jak u Was się sprawdziły?
 

  

28 lipca 2017

393. Scholastique Mukasonga - Maria Panna Nilu

Nie chcę dłużej żyć w tym kraju. Rwanda to kraj śmierci. Pamiętasz, co opowiadali nam na lekcjach religii, cały dzień Bóg przemierza świat, ale co wieczór wraca do siebie, do Rwandy. No i podczas gdy Bóg podróżował, Śmierć zajęła jego miejsce. Kiedy wrócił, zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Śmierć wprowadziła swoje rządy w naszej biednej Rwandzie. Ma plan i postanowiła zrealizować go do końca. Powrócę, kiedy nad naszą Rwandą znowu zaświeci słońce życia. Mam nadzieję, że cię tu zobaczę.

Scholastique Mukasonga - Maria Panna Nilu


W głębokiej dżungli, tam gdzie potężny Nil wąskim strumieniem wypływa spomiędzy skał, jest kapliczka, a w niej figura Marii Panny Nilu – opiekunki Rwandy. Co roku w pielgrzymkę do małej kapliczki wyruszają uczennice pobliskiego liceum, sama rwandyjska elita. Córki generałów, ministrów, przywódców politycznych, dziedziczki najbogatszych i najpotężniejszych mężczyzn w kraju. Córki zwycięskich Hutu – tych, którzy dokonali przewrotu, wymordowali Tutsi, i przejęli władzę. Jednak Europa nie patrzy przychylnie na to, w jaki sposób traktowani są przegrani i będący w mniejszości Tutsi. Dlatego Rwanda musiała pójść na kompromis, bo od Europy, a już zwłaszcza Belgii, nie mogła się odciąć. Pozwoliła kilku dziewczynom Tutsi uczyć się w elitarnym liceum, zdobyć wykształcenie i dyplom, który w przyszłości miał otworzyć przed nimi drzwi do lepszego życia. Książka niestety nie ma happy endu – nie ma lepszego życia, nie ma sukcesu.

 
 
Maria Panna Nilu napisana jest w specyficzny sposób. Nie ma jasno określonej fabuły, wątku, który prowadzi nas od początku do końca. Każdy rozdział to inna historia. Bohaterki są te same – uczennice liceum, zarówno Tutsi jak i Hutu. Są to ich wspomnienia z początków nauki, relacje pomiędzy koleżankami, odkrywanie świata przez dorastające dziewczyny. Całkiem zwyczajne historie zwyczajnych dziewczyn, żyjących jednak w tak różnym świecie od naszego. Na zakończenie nic nie jest w stanie przygotować. Bo to co straszne i zaskakujące przychodzi zaraz po tym co normalne, lekkie i zabawne. W jednej chwili mamy opowieść o szkolnych psikusach, a w następnej obraz totalnej masakry, dzikości drzemiącej w człowieku. Chciałoby się nie wierzyć, że człowiek może zrobić coś takiego drugiemu człowiekowi, wpaść w takie szaleństwo, dać się omamić. Przestać być jednostką, a stać się elementem tłumu, nie myślącym, nie żałującym, pędzącym ślepo za innymi. Ale niestety trzeba uwierzyć, bo historia Rwandy jasno pokazuje, że to nie ma takiej potworności, której człowiek by się nie dopuścił.


Książka wzbudza bardzo silne emocje. Po jej przeczytaniu milion myśli kłębiło mi się w głowie i nie tak łatwo było mi się przerzucić na następną lekturę. Maria Panna Nilu to ten rodzaj książek, za które dostaje się nagrody, ale które mają niestety małą szansę na zostanie bestsellerem. Polecam wam jednak sięgnięcie po nią, tym bardziej, że jest ona dość krótka, i zdecydowanie się nie dłuży. A jeśli już wciągnięcie się w temat i zechcecie się jeszcze trochę bardziej podręczyć, obejrzyjcie film Hotel Rwanda. Tylko koniecznie zaopatrzcie się w zapas chusteczek.


21 lipca 2017

392. Tołpa, łagodny płyn micelarny - tonik 2 w 1 z bławatkiem i lukrecją

Jakiś czas temu pisałam o żelu do demakijażu oczu Tołpy, które skutecznie ale delikatnie zmywał cały makijaż. Był to mój pierwszy produkt marki do pielęgnacji twarzy, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Bo o Tołpie różnie się mówi, a większość opinii, które ja czytałam, twierdziły, że Tołpa jest trochę przereklamowana i wcale nie tak skuteczna, jak napisano na etykietce. Postanowiłam spróbować z następnym ich kosmetykiem do demakijażu. Wybór padł na łagodny płyn micelarny-tonik.

Połączenie płynu micelarnego i toniku ma nam zagwarantować dokładne, a jednocześnie delikatne dla skóry oczyszczanie. Wstępne, oczywiście, bo wody z mydłem nic nie zastąpi. Płyn przeznaczony jest dla skóry wrażliwej i zawiera ekstrakt z bławatka i lukrecji. Ma odświeżyć, nawilżyć i przywrócić uczucie komfortu. Czy to robi? Zdecydowanie tak! Połączenie płynu micelarnego z tonikiem to świetny pomysł na zniwelowanie uczucia ściągnięcia czy podrażnienia. Makijaż zmywam po powrocie do domu za pomocą płatka nasączonego płynem, i tak sobie chodzę do wieczora. Wtedy dopiero myję twarz żelem i nakładam kosmetyki nawilżające. Cenię więc sobie kosmetyki do makijażu, dzięki którym moja skóra przez te kilka godzin jest odświeżona i delikatnie nawilżona, a ja nie muszę jej od razu szorować i nakładać kremu, bo tak mnie skóra ciągnie i piecze.

Swoje podstawowe zadanie, a więc zmywanie makijażu, płyn spełnia doskonale. Elegancko domywa podkład, puder i kosmetyki do konturowania. Nie straszne mu też matowe szminki - rozpuszcza je praktycznie od razu, wystarczy przejechać płatkiem i gotowe. Jak radzi sobie z demakijażem oczu? Równie dobrze. Cienie zmywa za pierwszym pociągnięciem, nawet te bardzo ciemne. Mascarę rozpuszcza i zmywa w całości po kilku przyłożeniach płatka. Nie podrażnia i nie szczypie, nawet jeśli dostanie się do oka. Po jego użyciu przez chwilę skóra jest trochę lepka, ale za moment płyn albo wysycha, albo się wchłania. Grunt, że zostawia po sobie czystą (przynajmniej na pierwszy rzut oka) i odświeżoną cerę, bez uczucia ściągnięcia. Stosowany jako tonik łagodzi i lekko chłodzi, a skóra po nim jest miękka i gotowa na przyjęcie kremu. W dni, kiedy nie mam makijażu, lubię nim przecierać twarz w ciągu dnia, dla uczucia odświeżenia. 

Posiadam wersję XXL, mieszczącą 400 ml płynu. W przypadku szamponów i płynów micelarnych to dla mnie najlepsza opcja, bo wtedy nie muszę ci chwila kupować nowych. Czy płyn jest wydajny? To już zależy od tego, jak go kto używa. Można zwilżyć płatek i objechać nim całą twarz, albo zużyć do tego kilka płatków i automatycznie więcej płynu. Po miesiącu stosowania zużyłam 1/3 opakowania, więc nie jest źle, nie jestem rozrzutna. Płyn kupiłam w Lidlu za ok. 15 zł. Na stronie producenta jest butelka 200 ml za 16,99 zł, więc okazja średnia. Warto poszukać go w drogeriach czy właśnie marketach. Dozowanie płynu nie sprawia trudności. Jeśli tylko robimy to ostrożnie, płyn nie wylewa się w nadmiarze.

SKŁAD
AQUA, POLOXAMER 184, DISODIUM COCOAMPHODIACETATE, POLYSORBATE 20, PEAT EXTRACT, GLYCYRRHIZA GLABRA ROOT EXTRACT, CENTAUREA CYANUS FLOWER EXTRACT, DISODIUM EDTA, SODIUM CITRATE, SODIUM CHLORIDE, SODIUM HYDROXIDE, GLYCERIN, CITRIC ACID, PROPYLENE GLYCOL, PARFUM, BENZYL ALCOHOL, SALICYLIC ACID, SORBIC ACID. 

 Łagodny płyn micelarny-tonik 2 w 1 od Tołpy jest produktem naprawdę godnym polecenia. Skutecznie usuwa makijaż, a przy dba o naszą skórę. Nie podrażnia i nie szczypie w oczy - a to jest coś, co w oczach wielu konsumentek dyskryminuje produkty do demakijażu. Kto chce się sam krzywdzić? W przypadku tego płynu nie ucierpią ani nasze oczy, ani skóra, ani kieszeń. 






19 lipca 2017

391. Susan Anne Mason - Irlandzkie Łąki


Siostry O'Leary różnią się od siebie jak ogień woda. Colleenn, ulubienica ojca, stale wychwalana za swoją urodę, żyje w przekonaniu, że tylko tę jedną wartość posiada – jest piękna kobietą i potrafi to wykorzystać. Czerpie z życia ile się da. Uwielbia przyjęcia, nowe stroje i flirty. Innym płata „psikusy” nie dbając o to, że ich to rani. Idzie przez życie jak burza, niczego sobie nie odmawiając wiedząc, że nie spotka ją za to żadna kara. Kto w końcu będzie się gniewał na taką ślicznotkę?


Brianna to jej całkowite przeciwieństwo. Dziewczyna żyje w cieniu swojej siostry, całe życie zabiega o uwagę ojca. Boli ją, kiedy ten nie zwraca uwagi na to, co ona mówi, nie docenia jej inteligencji i traktuje jak przedmiot, który trzeba sprzedać najbogatszemu kawalerowi w okolicy. A Brianna ma całkiem inne plany na życie. Chciałaby pójść do college'u i tak jak jej ciotka zdobyć wykształcenie, nie być tylko ozdobą domu i męża. 


Irlandzkie Łąki” to książka o dążeniu do własnych marzeń i jednoczesnym spełnianiu oczekiwań innych. Siostry O'Leary są w naprawdę kiepskiej sytuacji. Stadnina ich ojca jest na skraju bankructwa, i ich ojciec może myśleć tylko o tym, by jak najlepiej – i jak najszybciej! - zarobić na małżeństwach swoich córek, bez względu na to, jaką one będą za to musiałby zapłacić cenę. Ścierają się tu dwa pokolenia – ojciec imigrant, dla którego zdobyty majątek i pozycja społeczna są najważniejsze, i młode dziewczyny, które chcą poznać świat i kochać tych, których wybrały ich serca, nie ojciec. Ciężkie do pogodzenia oczekiwania jednej i drugiej strony.

 Gdyby taka sytuacja zdarzyła się naprawdę, nie obeszłoby się od rozłamu rodziny. Oczywiście, w XXI wieku, w naszej kulturze, nikt nikomu małżeństw nie aranżuje. Ale przecież dla każdego z nas rodzice wymarzyli sobie przyszłość według własnych upodobań. Czasami zdarza się tak, że my, młode pokolenie, podążamy zupełnie inną drogą. Co jeśli rodzice nie potrafią się z tym pogodzić? Częsta sytuacja w momencie wyboru kierunku studiów. Rodzice chcieliby przekazać dzieciom swój zawód, zwłaszcza jeśli sami odnieśli zawodowy sukces i ich stanowisko wiąże się z dużym prestiżem. Rodziny lekarskie, prawnicze, wielkie biznesy rodzinne. Rodzice budują swoje małe imperia z myślą o tym, że przekażą to wszystko swoim dzieciom. A tu nagle okazuje się, że syn chce zostać kucharzem a córka pływaczką. I wojna gotowa. 


Irlandzkie Łąki” to typowy romans historyczny, jednak z bardzo ciekawą fabułą. Nie mogło więc być nieszczęśliwego zakończenia. Nawet ci bohaterowie, którzy ocierają się o śmierć, koniec końców wracają do zdrowia i wszystko odmienia się na lepsze. Jestem takim okropnym człowiekiem, że mało kiedy podobają mi się happy endy. To już muszę naprawdę bardzo mocno pokochać bohaterów, żeby życzyć im nudy i spokoju.

Książka okazała się przyjemną, typowo babską lekturą, idealną na ciepłą niedzielę i wylegiwanie się na plaży. Czytało się ją lekko i przyjemnie, bohaterów dało się lubić. Irytować mogły niektóre sytuacje, które trudno było zrozumieć z punktu widzenia dziewczyny urodzonej pod koniec a nie na początku XX wieku, ale autorka nie zrobiła ze swoich bohaterek bezwolnych ofiar, tylko rezolutne, odważne dziewczyny, które dawały sobie radę w każdej sytuacji, i to był już jakiś powiew współczesności. 
 


 

 


14 lipca 2017

390. Joanna, kawowy peeling myjący do ciała.

Malutkie peelingi Joanny znane są chyba wszystkim. Większość też wypowiada się na ich temat pozytywnie. Zachęcona tymi opiniami postanowiłam i ja w końcu wypróbować je na sobie. Wybór padł na wersję kawową - bo tego zapachu po prostu popsuć się nie da.



Opakowanie peelingu jest małe, mieści zaledwie 100 g produktu. Czyni to z niego idealnego towarzysza wakacyjnych wojaży - taniego, małego, w wielu ciekawych zapachach. I do tego łatwo dostępnego.




SKŁAD
AQUA, POLYETHYLENE, SODIUM LAURETH SULFATE, COCAMIDOPROPYL BETAINE, GLYCERIN, DISODIUM LAURETH SULFOSUCCINATE, TRIETHANOLAMINE, ACRYLATES/C10-30 ALKYL ACRYLATE CROSSPOLYMER, COCO-GLUCOSIDE, GLYCERYL OLEATE, XANTHAN GUM, POLYQUATERNIUM-7, COFEA ARABICA FRUIT EXTRACT, PROPYLENE GLYCOL, DISODIUM EDTA, PARFUM, SYNTHETIC WAX, DMDM HYDANTOIN, METHYLCHLOROISOTHIAZOLINONE, METHYLISOTHIAZOLINONE, CI: 16255, CI: 19140, CI: 42090. CI: 77499.

W przypadku tego peelingu już przy zakupie warto zwrócić uwagę na to, że jest to peeling myjący. Próżno więc spodziewać się mocnego zdzieraka. Peeling z powodzeniem można stosować jako żel lekko masujący. Efekt peelingu jest bardzo słaby.  Dla delikatnej skóry, albo stosowany codziennie - daje radę. Jeśli ktoś jednak robi peeling raz w tygodniu i do tego lubi efekt mocno zdartej starej skóry, będzie zawiedziony. Ja lubię, kiedy peeling drapie, a nie tylko masuje. Używam go w dość sporych dawkach, żeby cokolwiek poczuć, ale miłości z tego zdecydowanie nie ma. W moim przypadku tak nie będzie, bo ja po prostu lubię inne peelingi. Ktoś inny właśnie za to może go polubić.

Jako żel pod prysznic sprawuje się bardzo dobrze. Pieni się delikatnie, kremowo. Skóra nie jest po nim sucha, nie zostaje też żadnej tłustej warstewki. Peeling lepiej myje niż peelinguje. Zapach ma przyjemny, ale sztuczny. Na moją ocenę może jednak wpływać fakt, że porównywałam go z kawowym żelem pod prysznic Yves Rocher - prawdziwym cudem zapachowym.

12 lipca 2017

389. Nieprofesjonalny Ogród - cz. III

Pora na kolejne podsumowanie moich weekendowych wyczynów na wsi. Jak tak patrzę na to moje podwórko, bo ogrodem nijak tego nazwać nie można, to zadaję sobie pytanie, co ja tam właściwie robię za każdym razem. Bo taka zmęczona wracam do domu, a efekty mizerne. Dłubię w tej ziemi i dłubię, a trawy dalej nie ma, kwiatki w prawdzie powschodziły, ale dalej liliputy, róże zdychają, a lilie chcą kwitnąć ale coś im chyba nie pozwala, bo od dwóch miesięcy mają tylko pąki. A ja robię i robię, i prażę się w tym słońcu, albo moknę w deszczu. Bo skoro jestem tam tylko 1,5 dnia to nie mogę się położyć na leżaku i leżeć. Bo w końcu ta uschnięta trawa wyrośnie i mnie zakryje razem z leżakiem, a w niej zaraz pojawią się żmije i zaskrońce. Takie uroki wsi.

Ostatnio pokazywałam na Instagramie moje najnowsze ogrodnicze dziecko - coś, co z czystym sumieniem nazwać mogę rabatą. Ogrodzenie jest? Jest. Darń zdjęta? Zdjęta. Przekopane? Przekopane. No to rabata. Zapraszam na podsumowanie przed i po rewolucji.


Tu prawdziwy busz. Przerośnięte kilkumiesięczne trawy, spalone lipcowym słońcem, ubite deszczem i wiatrem. Aż strach wchodzić, bo nie wiadomo co w takich zaroślach może siedzieć.


Jesień, trawa się już nawet odrobinę zazieleniła.  Nawłoć przekwitła, zostały po niej tylko uschnięte badyle. Zdecydowanie to nie był atrakcyjny widok - a przecież to część reprezentacyna, przy wejściu!



W maju posadziłam dwie sadzonki kostrzewy sinej i jeden świerk biały. Miniaturki wprost tam zginęły. Te zielone kępki, które widać pod płotem, to nawłoć, tu jeszcze młodziutka. Ale jak już urośnie do swoich rozmiarów i zakwitnie, zdominuje wszystko. Może nie przydusi w sensie fizycznym mniejszych roślin, ale po prostu oderwie od nich uwagę. I dlatego trzeba było jakoś ten róg ogarnąć bardziej, połączyć nawłoć z kostrzewą i świerkiem.


Widać, że nawłoć ma się coraz lepiej. Zgarnęłam narzędzia, taczkę i zabrałam się do roboty. Pogoda wariowała, bo albo prażyło słońce, albo przychodziła chmurka i zaczynało z niej siąpić. Ale czas gonił. W sumie całość zabrała mi dwie godziny i bardzo niewiele funduszy. 

Zniknął mech i stara trawa. Ziemia (a właściwie piach) została niezbyt głęboko przekopana, a następnie przykryta workiem kory (80 l - ok. 9 zł). Kora naprawdę pomaga zachować wilgoć, więc sypię ją gdzie mogę, żeby choć trochę pomóc roślinom, które tak rzadko podlewam. Do tego bardzo podoba mi się jak wygląda na rabacie. 


Na rabatę kupiłam tylko trzy sadzonki: dwie kostrzewy i sosnę, ok. 5 zł. za sztukę. Nawłoć przywędrowała sama, rozchodnik okazały hodowała moja babcia - znalazłam jedną kępę i przesadziłam na rabatę, dzieląc ją. Rozchodnik ościsty wykopałam za płotem - on tam rósł w totalnej piaskownicy! A starą kankę na mleko znalazłam wiosną na tyłach podwórka. Do tego dwa rollerbordery z Castoramy po 5 zł sztuka. 


Mało czasu, mało pracy, mało kasy - i wejście ogarnięte. Może nie jest spektakularnie, kolorowo czy stylowo, ale w porównaniu z pierwszym zdjęciem  - zmiana duża. A że warunki są jakie są, to najlepiej rośliny z łąk przynosić, takie, które lubią te rejony i dają radę tam wyżyć.

Nie wiem jak długo to miejsce będzie tak wyglądało, bo plany były całkiem inne. Chciałam tam mieć zieleń i biel, ale żółta nawłoć wymusiła na mnie zmianę koncepcji kolorystycznej. Chcecie zobaczyć moje zimowe plany?



Miałam nawet konkretne rośliny wytypowane na to miejsce :) Część z nich na pewno kupię, część odpuszczę głównie ze względu na cenę - bo co jak roślina za kilkadziesiąt złoty się nie przyjmie? Wtedy to dopiero będę sobie pluła w brodę. Buty za 100 zl. mogą sobie być niewygodne, ale drzewko za 70 zł. ma żyć wiecznie :p