22 maja 2017

277. Cecelia Ahern - Dziękuję za wspomnienia

Cecelia Ahern zachwyciła mnie swoim piórem już pierwszą jej książką, którą przeczytałam. Mnie, która zaczytuje się w fantastyce i powieściach historycznych, w których wszyscy się mordują i spiskują przeciwko sobie. Nie potrafię zachwycić się historiami miłosnymi, które są dla mnie banalne i przewidywalne. U Ahern podoba mi się właśnie to, że nic nie jest oklepana, a jednak nie ma nie wiadomo jak nagłych zwrotów akcji i zaskakujących zakończeń. Właściwie to dużo rzeczy da się przewidzieć, nie raz może nawet brakować jakiego wow. A jednak jest idealnie. Czytając jej książki nie mam wrażenia, że ta historia mogła potoczyć się inaczej, lepiej. Bo to po prostu nie byłaby już ta sama historia.

W tym roku na majówce towarzyszyła mi kolejna książka Cecelii Ahern – Dziękuję za wspomnienia. Poznajemy w niej losy dwójki ludzi, których zupełnie nic nie łączy i którzy nie mają szans się spotkać i poznać. Pozornie.



Justin jest Amerykaninem i historykiem, który by być bliżej swojej córki, przeprowadza się ze Stanów do Londynu. Raz na jakiś czas wykłada na uniwersytecie w Dublinie, i to tam poznaje doktor Sarę, z którą nawiązuje romans. Ona też namawia go, by oddał krew w miejscowym punkcie krwiodawstwa.

Drugim bohaterem książki jest Joyce – Irlandka. Kobieta właśnie przeżywa najgorszy moment życia. Umiera jej nienarodzone dziecko, rozwodzi się z mężem. Kobieta musi całkowicie przeorganizować swoje życie, zbudować je na nowo. Rozwód zmusza ją do przeprowadzki do domu rodzinnego, do ojca. On pomaga jej spojrzeć na wiele rzeczy z zupełnie innej perspektywy, a jego obecność przypomina jej, że są jeszcze na świecie ludzie, dla których musi starać się żyć dalej.



Losy Joyce i Justina splatają się u fryzjera, kiedy to obydwoje, w tym samym czasie, postanawiają się obciąć. Jakaś dziwna siła przyciąga ich do siebie, jakby już się bardzo dobrze znali, mimo że zobaczyli się pierwszy raz w życiu. Od tej pory w życiu Joyce robi się coraz dziwniej i dziwniej. Kobieta ma sny pełne obcych wspomnień, zna numer alarmowy, którego znać nie powinna, i nagle staje się znawczynią irlandzkiej i angielskiej architektury. Justin za to nie może zapomnieć znajomej-nieznajomej w czerwonym płaszczu. Nie pomaga w tym fakt, że coraz częściej na siebie wpadają, i to w najmniej spodziewanych momentach.


Od samego początku książki można wyczuć w czym rzecz i co właściwie za pomysł zrodził się w głowie autorki. Ale to nic, bo to nie o nieprzewidywalność tu chodzi, ale o nieporadność bohaterów, ich próby spotkania się i los, który ciągle stawia ich na swojej drodze a później rzuca daleko od siebie. Czytając, trzyma się kciuki za następne spotkanie, żeby im się udało, żeby się wreszcie DOMYŚLILI. Czy im się to uda? O tym musicie przekonać się sami.

18 maja 2017

276. Norel, rozświetlający krem pod oczy MultiVitamin

Autentycznie mam sklerozę. Odkąd założyłam tego bloga, nie wyrzucam pudełeczek po kosmetykach, póki tych kosmetyków nie zużyję. To na kartonikach jest większość informacji, głównie skład, ale też obietnice producenta, data ważności i sposób używania. Do pisania recenzji są więc one niezbędne. Kilkakrotnie już zmieniałam miejsce ich składowania, bo zawsze jest tego sporo. No i tak zmieniałam, że teraz nie mam pojęcia gdzie one są. Te najnowsze leżą na toaletce, bo jeszcze ich nie schowałam, a reszta zaginęła w akcji. Nie znoszę, kiedy mi się to zdarza - schować coś i zapomnieć gdzie. Ostatnio szukałam tak moich pitów za poprzedni rok, i do tej pory nie znalazłam. Tak więc w recenzji posiłkować się będę informacjami ze strony producenta. I mam tylko nadzieję, że krem jeszcze się nie przeterminował, bo nawet do daty ważności wglądu nie mam.


Marka Norel kupiła mnie swoim żelem z kwasem migdałowym. Troszkę słabszy, ale równie przyjemny efekt był przy toniku witaminowym. Jako kolejny wypróbowałam krem pod oczy  z serii MultiVitamin.  Ma on pomóc w pielęgnacji skóry suchej, dojrzałej i zmęczonej. Chronić przed wysuszeniem, ujędrnić oraz wygładzić zmarszczki, a także rozświetlić skórę wokół oczu, co znacząco poprawi jej wygląd. Zawiera witaminy A, B3, B6, C, E, F, prowitaminę B5, koenzym Q10, lipopeptyd i hydroksyprolinę, które stymulują syntezę kalogenu i elastyny, wzmacniają, uelastyczniają i "zagęszczają" skórę, kofeinę, oliwę z oliwek, masło shea, glukan, odpowiadający za regenerację i nawilżenie naskórka oraz rozświetlające drobinki.  



 Do składu się niestety nie odniosę, bo nie ma go na stronie producenta. Jeśli znajdę kiedyś pudełko, uzupełnię wpis. Teraz skupię się na jego działaniu i moich odczuciach względem niego, bez zaglądania mu w skład. 

Pierwsze, co mi się nasuwa na myśl w związku z tym kremem, jej jego powalająca wydajność. Wiem, że kremy pod oczy z reguły zużywa się powoli, bo do jednej aplikacji wystarczy go odrobina, ten krem to jednak jakiś rekordowiec. Używam go chyba już z rok. Na początku trochę nieregularnie, ale od co najmniej pół roku sumiennie każdego wieczoru i czasami rano. Nie mam pojęcia ile go tam jeszcze jest, ale pompka odmierza go równomiernie, nie pluje samym powietrzem, czyli krem jeszcze się nie kończy. 


Skoro już przy pompce jesteśmy muszę wspomnieć, że działa bez zarzutu. A to nie jest wcale takie oczywiste, że pompka działa, zwłaszcza po tylu miesiącach użytkowania. Z tym kremem nigdy nie miałam żadnego problemu. Z opakowania wydobywa się idealna porcyjka pod jedno oko, krem rozprowadza się bardzo dobrze, szybko się wchłania. Nie ma przeszkód, by używać go pod makijaż. Korektora pod oczy nie używam, ale żaden podkład na kremie się nie rolował. Krem podobno delikatnie kremowo pachnie. Szczerze, dla mnie jest bezzapachowy. Może po prostu z takiej małej drobinki nie potrafię nic wywąchać. Dla mnie to idealnie, bo moje oczy są bardzo wrażliwe i na mocno zapachowy krem mogłyby źle reagować. A tak mogę nim podjechać naprawdę blisko oka i nie ma ani łzawienia, ani pieczenia, ani żadnego klejenia. 


Od kremu pod oczy wymagam przede wszystkim nawilżenia. Raz już miałam tam tak wysuszoną skórę, że aż mi się mikro ranki porobiły, wystrzegam się więc odwodnienia teraz bardzo. Krem Norel nawilża naprawdę porządnie i na długo. Wklepuję go w całkiem spory fragment skóry i nawet kiedy moja twarz w większej części jest sucha, a w ciągu kilku ostatnich miesięcy zdarzyło mi się parę razy, że brakło jej nawilżenia, skóra pod oczami jest miękka i napięta.  Zmarszczkę mam tylko jedną (a raczej dwie, po jednej pod każdym okiem), ale wynika ona bardziej z budowy twarzy i zawsze tam była. Musiałabym policzki przesunąć sobie niżej, żeby pod okiem było idealnie prosto. Tak więc w kwestii wypełniania zmarszczek się nie wypowiem. Nawilżenie jest, ujędrnienie też, a co z rozświetleniem? No tego efektu niestety mi brakło. Moja skóra pod oczami nie wyglądała inaczej, nie błyszczała się, a ja nawet z nosem tuż przy lustrze nie dostrzegłam drobinek. W sumie to dobrze, że ich nie dostrzegłam, bo przecież nie chciałabym mieć brokatu wokół oczu. Muszą więc być bardzo drobniutkie. 

Podsumowując, krem nawilża rewelacyjnie i naprawdę czuć, że skóra pod oczami jest zadbana. Jest miękka i elastyczna. W moim przypadku żadne rozświetlenie już nie było potrzebne, bo sińce miewam bardzo rzadko, a błysk mógłby tylko za bardzo rzucać się w oczy. Używając tego kremu mam pewność, że wystarczającą dbam o skórę pod oczami. W wieku dwudziestu pięciu lat mogłyby już tam być jakieś zmarszczki, tym bardziej, że jestem krótkowidzem i ciągle mrużę oczy - a jednak oprócz tych dwóch będących ze mną od zawsze nic nie ma.

 


17 maja 2017

275. Mia Sheridan - Eden. Nowy początek.

Wczoraj działałam w ogrodzie, posiałam jeszcze kilka kwiatów jednorocznych, poplewiłam, posprzątałam. Taki mam przy domu malutki metraż, a roboty co nie miara. Dzisiaj relaks, był grill a później na spokojnie wieczór z książką. Czytanie w ogrodzie jest super o każdej porze dnia i nocy. Znowu przywiozłam dziś do domu roślinki.. To mój kolejny nałóg, oprócz książkowego i kosmetycznego. Do Matrasa nie weszłam, więc nowych książek nie mam, zaliczyłam jednak wizytę w Yves Rocher. Chciałam mgiełkę do włosów, ale jak zobaczyłam alkohol na pierwszym miejscu w składzie to stwierdziłam, że chyba jednak jej nie chcę. Wzięłam za to ostatni lawendowy olejek do kąpieli. Bo jak to tak wyjść z pustymi rękoma?

 Na dysku mam pustki, żadnych zdjęć. Wrzucam więc recenzję książki, którą już dość dawno przeczytałam. Warta uwagi.


Eden jest dziewczyną bez nazwiska, bez tożsamości, z przeszłością, o której nie może nikomu opowiedzieć. Jest całkiem sama na świecie – jedyna osoba, którą kiedykolwiek kochała, nie żyje. Eden musi na nowo ułożyć sobie życie w świecie, o którym już dawno nie myślała mój, którego nie zna i który tylko czyha na jej pomyłkę. Zrządzenie losu jednak sprawia, że spotyka na swojej drodze dwie dobre osoby, które bez zadawania pytań po prostu wyciągają do niej pomocne dłonie i pomagają jej przetrwać.

Eden przeżyła niemało. Jako kilkuletnie dziecko została porwana przez szalonego założyciela sekty i umieszczona w stworzonej przez niego osadzie – Akadii. O jej losach w tamtym miejscu opowiada inna książka, którą ja z niewiedzy pominęłam, nie wpłynęło to jednak na moje zrozumienie Eden. Nowy początek. Kiedy Eden opuszcza Akadię, jest jej ostatnią żywą mieszkanką. Wszyscy pozostali popełnili zbiorowe samobójstwo, przez co o sekcie jest głośno w mediach. Eden jednak nie zgłasza się na policję ani nie zdradza nikomu swojego sekretu, częściowo ze względu na swój brak zaufania do policji, a częściowo z powodu ogromnego bólu, jaki sprawia jej samo myślenie o ostatnich wydarzeniach. Eden jest przekonana, że w Akadii zginął jej ukochany, Calder. Nie może uwierzyć, kiedy po trzech latach natrafia na niego w galerii sztuki – żywego i dalej w niej szaleńczo zakochanego.




Książka w bardzo emocjonalny sposób opowiada najpierw o stracie, a później o radości z odzyskania ukochanej osoby. Radości tej towarzyszą też smutki, bo i Eden i Calder mają w pamięci wszystkie złe rzeczy, które im się przydarzyły. Jest też wspólna przyszłość, która wcale nie będzie taka łatwa i w której czeka ich wiele problemów. Eden. Nowy początek to książka zdecydowanie bardziej o emocjach niż o wydarzeniach. Nie jestem fanką takich historii, więc się nudziłam, ale coś tam jednak książce udało się w moim sercu poruszyć. Doceniam jej emocjonalną wartość, polubiłam bohaterów, którzy wydawali mi się bardzo realni i wręcz znajomi.

Książka napisana bardzo dobrym stylem, dla fanów takich pozycji będzie to prawdziwa gratka. Ja po pierwszą część jednak nie sięgnę, bo to po prostu nie dla mnie.


14 maja 2017

274. Yankee Candle, Honey Clementine

Kupiony jeszcze jesienią, przeleżał sobie w puszce z woskami aż do zimy. Kilka dni temu wypaliłam resztkę, bo średnio mi pasował i rzadko po niego sięgałam.


Wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu słodkiego miodu z cytrusową rozkoszą odświeżającej pomarańczy.



Wosk po odpaleniu jest prawdziwym zabójcą. Pachnie mocno, ostro, wręcz gryzie w nos. Cytrusy czuć słabo, miodu to ja tam wcale nie rozpoznałam. Najbardziej wyczuwalne są ostre przyprawy, które zagłuszają wszystko inne.  Właściwie zapach całkiem ładny, ale straszliwie mocny. Nie daje rady odpalenie go na chwilę, bo za chwilę po prostu rozchodzi się po kątach i nie czuć go wcale. I tak źle, i tak niedobrze. 

Zanim go odpakowałam i stopiłam, kilka jakiś tydzień przeleżał sobie na stoliku nocnym. Lubię kłaść tam nowe woski i sprawdzać, jak mi się ich zapach podoba. Przez folię czuć go było całkiem dobrze, ale nie było tej ostrej, gryzącej nuty. I wtedy bardzo mi się podobał.


Honey Clementine to ciepły, przyprawowy zapach. Typowo jesienny,  odrobinę przypomina mi nawet zapach palonych liści. Palony wiosną wydaje się nie na miejscu.



10 maja 2017

273. Nieprofesjonalny Ogród - cz. 1

Blog od dawna nie jest blogiem tylko urodowym, mieszam na nim różne treści. Ostatnimi czasy coraz więcej na blogu recenzji książek, z tej prostej przyczyny, że książek poznaję więcej niż nowych kosmetyków. Teraz, żeby było jeszcze bardziej nietematycznie, chcę wprowadzić nową serię postów ogrodniczych. Tak, dobrze przeczytaliście. Ogrodnik ze mnie, oczywiście, żaden. Jestem amatorem, który się napatrzył na piękne zdjęcia w kolorowych magazynach i "Maję w ogrodzie" i teraz chce dokonać rewolucji. Marzę jednak, że kiedyś mój ogród też będzie wielki i piękny, i wtedy fajnie będzie wrócić do początków i go sobie porównać. Dlatego też chcę się z wami podzielić moimi pomysłami i inspiracjami, a także kolejnymi osiągnięciami na drodze do wymarzonego ogrodu.

O tej serii myślałam od jakiegoś czasu, a ponieważ pora roku jest ku temu jak najodpowiedniejsza, pora zacząć. Dziś opowiem wam trochę o polu moich zwycięstw i porażek, a wiec po prostu o miejscu, który chcę zamienić w kolorowy raj, a także tym, co ostatnio udało mi się tam zrobić.

Jest to dawne gospodarstwo rolne, ziemia jest tam parszywa, nieurodzajny piach i pył, i przypomina mi o tym każdy, komu wspomnę o tym, że chcę tam cokolwiek wyhodować.  Moja babcia miała oczywiście i ogródek kwiatowy i ogródek warzywny, no ale miała również krowy, a więc obornik, którym ziemię mogła wzbogacać.

Słońce i piach w nadmiarze, a także brak podlewania ze względu na to, że moja rodzina bywa tam od czasu do czasu, są głównymi winowajcami tego, że zniknęły prawie wszystkie kwiaty mojej babci. Prawie, bo ocalały przepiękne liliowce. I to w miejscu, gdzie słońce praży najbardziej. To chyba ich widok sprawił, że uwierzyłam, że może tam być jakiś ogród, nawet jeśli nikt w tym domu nie będzie mieszkał, a jedynie odwiedzał go raz na miesiąc. 



Jako dziecko spędzałam tam każde wakacje, dla mnie to w połowie dom rodzinny. I po prostu nie wyobrażam sobie, że można by ten dom i podwórko sprzedać obcym ludziom. To cudowne miejsce na wypoczynek. Z jednej strony las, z drugiej rzeka. I mnóstwo miejsca na jazdę na rowerze i rolkach. Dobrze się tam grilluje, opala, gra w badmintona i czyta książki. Są tam ptaki, od których śpiewów można rano ogłuchnąć. To miejsce potrafi być  zielonym rajem, którego nie chce się opuszczać. 

Póki co nie mam żadnej mapki, żadnego planu. Nie potrafię ogarnąć całości na raz, połączyć wszystkiego co mi się podoba w jedną całość. Dlatego to takie nieprofesjonalne będzie, bo najpierw będę coś miała, a później będę szukała temu miejsca. Ostatnio działałam tak na majówce - z doniczką latałam od płotu do płotu, aż w końcu postanowiłam wykopać dołek na środku. Zapraszam na podsumowanie moich dotychczasowych "aranżacji".



Na początku była wypalona słońcem pustynia. Trawa po raz pierwszy w roku skoszona we wrześniu. Dwa małe dęby, dziewanny samosiejki, jedna stara róża i...



liliowce mojej babci. Przeżyły pięć lat mrozów i suszy, i zakwitły piękniej niż gdybym dbała o nie codziennie.



Pierwszym zadaniem było pozbycie się trawy - nie chcecie wiedzieć jak to zrobiłam, nie odpalając zabójczej w moich oczach kosy spalinowej, i ile mi to zajęło. Ale przejść się dało. Białymi kamieniami obłożyłam usychające Nie Mam Pojęcia Co (ma igiełki i niebieskie jagody), a ziemię dookoła wysypałam szyszkami. Szyszki w ogrodzie wyglądają fajnie, ale chwasty dalej przez nie rosną, a i zbieranie ich to żmudne zajęcie. Na dodatek można dostać mandat, jeśli zbiera się je w państwowym lesie. Ponoć można kupić w nadleśnictwie. U mnie jesienią ptaki naznosiły od sąsiadki tyle szyszek, że pod dębem leży ich więcej niż żołędzi.




W listopadzie trawa się zazieleniła, kamienie przełożyłam pod liliowce, a krzaczek ogrodziłam drewnianym płotkiem z OBI.  Róże obcięłam i obsypałam ziemią i liśćmi. Widzicie te zielone kopczyki, obok liliowców i po prawej stronie zdjęcia? To piołun, znacie? Chwast, zioło, które ma bardzo mocny, dla większości ludzi nieprzyjemny zapach. Ja go uwielbiam, i nie pozwolę go tknąć. 




W tym roku zaopatrzyłam się w łatwą w użytkowaniu kosiarkę, i zanim jeszcze trawa zdążyła urosnąć, skosiłam ją. Jako pozostałości po starym ogrodzie pojawiły się żółte tulipany, które już od furtki przyciągają wzrok, a także szafirki rozsiane po pseudo trawniku,



 Ziemię pomiędzy kępami liliowców przekopałam i wsadziłam kilka nowych cebulek. Całość wysypałam korą i ogrodziłam płotkiem. Na tyłach działki znalazłam stertę zardzewiałych śmieci, które czekały już na wywóz. A wśród nich starą kankę na mleko, skarb po prostu. Wypatrzyłam tam jeszcze kilka zardzewiałych wiader, dwie kolejne kanki i jakąś balię, plus garnki z przepalonym dnem. Będzie mnóstwo recyklingowych donic.

Obrobiłam mały fragment, a zmęczyłam się jak po maratonie siłowni. Kopanie w ziemi jest diabelnie ciężkie. Mimo że to piach, korzenie trawy sięgały bardzo głęboko i trudno było wbić w nią szpadel. Po dwóch dniach zresztą szpadel się złamał, więc wyobraźcie sobie jak mocno się ta trawa trzymała.  Niby rabatka malutka, ale taka z niej dumna byłam, że na drugi dzień rano z kawą leciałam tam i gapiłam się na swoje dzieło.




7 maja 2017

272. Denko kwiecień

W kwietniu zrobiłam porządek z kolorówką, w której znalazłam kilka prawdziwych dinozaurów. Zapraszam na podsumowanie zużyć kwietnia.


1. Yves Rocher, szampon przywracający blask z wyciągiem z nagietka - Kiedyś to był mój ulubiony szampon Yves Rocher, ze względu na swój zapach idealnie odwzorowujący zapach nagietka. Teraz coś w nim zmienili, jest nowa szata graficzna i zapach niestety też nowy, cytrusowy. Działanie to samo, bardzo dobre - jak w przypadku wszystkich szamponów Yves Rocher. 

2. Seri, Miodowa maska do włosów - Jako maska bardzo kiepska, nie poprawiała wyglądu włosów. Pomagała jednak je rozczesać, używałam jej więc jako odżywki po każdym myciu, dosłownie na chwilkę nakładając ją na włosy. RECENZJA
 
3. Bania Agafii, Szampon tradycyjny syberyjski nr 4, na bazie propolisu kwiatowego - Przyjemnie, kwiatowo pachniał. Ładnie domywał włosy. Na olejach go nie próbowałam, ale myślę, że dałby radę. Dość mocno plątał włosy i konieczne było używanie po nim dobrej odżywki. Sam z siebie włosy targał, puszył i matowił, ale unosił od nasady. Nie zapadł mi szczególnie w pamięć, więc raczej do niego nie wrócę.




4. Yves Rocher, kawowy żel pod prysznic - Moja ogromna miłość, zdecydowanie ulubiony kosmetyk marki. Żel tak cudownie pachnie kawą, że nie sposób nosa oderwać od opakowania. Na skórze niestety utrzymuje się jedynie echo tego zapachu, pod balsamem ginie zupełnie. Łazienka jednak do rana pachnie kawą.

5. Farmona, Peeling do ciała kiwi i karambola - To była moc! Zarówno zdzierania jak i zapachu. Malutkie opakowanie 120 ml jest niesamowicie wydajne, bo do wykonania peelingu wystarczy odrobina kosmetyku. Drobinki ścierające nie rozpuszczają się tak szybko w wodzie, więc śmiało można transportować je z jednej partii ciała na drugą. Na pewno kupię jeszcze nie raz. 

6. Garnier, Antyperspirant w kulce Invisible Anti-Marks - Dla mnie bubel totalny. Lepił się i kleił pod pachami przez cały dzień, zupełnie się nie wchłaniał. Ochrona też zerowa. Kupiłam go w duopaku, więc drugie opakowanie oddałam przyjaciółce. I wiecie co? U niej spisywał się rewelacyjnie. Ładnie się wchłaniał, nie lepił i dobrze chronił przed potem. Tak więc całkiem skreślić go nie mogę, aczkolwiek ja do niego nie wrócę. RECENZJA

7. Rexona, Antyperspirant Invisible Pure - Dobrze chronił przed potem, ładnie pachniał. Rzadko noszę zarówno białe jak i czarne ubrania, zdecydowanie wolę bardziej żywe kolory, więc średnio miałam jak ocenić jego niewidzialność. Na innych kolorach śladów nie zauważyłam, więc chyba działa. 

8. Rexona, Antyperspirant w sztyfcie Stress Control -  Bardzo lubię te antyperspiranty. Są skuteczne, nie brudzą ubrań, a podczas wysiłku fizycznego mocno czuć ich zapach.



9. Yves Rocher, Wiśniowy balsam do ust - Dobrze nawilżał, dość mocno barwił usta na czerwono i trochę chemicznie pachniał. Wiśniowej wersji już nie chcę.

10. Yves Rocher, Balsam do ust masło karite - Odżywienie to samo, koloru zero. Taka bardziej naturalna wersja. Ogólnie te balsamy są bardzo fajne i naprawdę skuteczne. Obecnie używam wersji kokosowej, która póki co zapach ma najlepszy.

11. AA, Krem wygładzająco-nawilżający Energia Młodości 30+ - W prawdzie do trzydziestki jeszcze mi sporo brakuje, ale śmiało mogę stwierdzić, że skóra dojrzalsza od mojej, a przy tym zapewne bardziej sucha, nie będzie z niego zadowolona, bo będzie po prostu za słaby. U mnie spisał się przyzwoicie, używałam go na noc, bo się lepił. 

12. Tołpa, Żel do demakijażu oczu - Dobry produkt do demakijażu. Ładnie zmywał cały makijaż, nie tylko z oczu. Mimo że to żel, nie pozostawiał po sobie śladu i nic się nie lepiło. Bezzapachowy, nie szczypał w oczy. RECENZJA



13. Skin79, Krem BB Orange - Zużyty dawno temu. Opakowanie leżało sobie i czekało, aż się magicznie napełni znowu. Zakup do którego się zbieram i ciągle nie mogę się zebrać, bo dla mnie taka kwota na jeden produkt do makijażu to całkiem sporo. 

14. Miss Sporty, So Matte Perfect Stay - Stare opakowanie odnalezione podczas porządków w kolorówce. Nie pamiętam zupełnie, jaki był, ale chyba całkiem dobry, bo w opakowaniu zostały tylko jakieś zaschnięte resztki.

15. Maybelline NY, Podkład Affinitone - Uwielbiam go za jego fenomenalne krycie bez efektu maski, sprawdza się w naprawdę kiepskich dniach, kiedy mam więcej do zakamuflowania. Opinie o nim są różne, jedni go kochają inni nienawidzą. Dla mnie to pewniak, na który zawsze mogę liczyć.



16. Maybelline NY, The Colossal Volum Express - Lubię wszystkie tusze Maybelline, nie miałam jeszcze takiego, który naprawdę okazałby się bublem. Mogę podejść do ich szafy i wziąć obojętnie który, bo wiem, że będę zadowolona. 

17. Astor, Lash Beautifier Volume Mascara with Argan Oil - Kupiłam ją, bo wyróżniła się na półce błyszczącym opakowaniem. Wyszła ze mnie sroka i kupiłam to, co najbardziej błyszczało. Niestety, okazała się bublem totalnym. Na rzęsach była praktycznie niewidoczna. Delikatnie je podkreślała i nie ważne, ile warstw się jej nałożyło, trzeba było się dobrze przyjrzeć, żeby w ogóle zauważyć, że rzęsy są pomalowane. Będę ją omijać z daleka.

18. Gąbeczka do podkładu - Chińska podróba z ebay za dolara, a podkład rozprowadzała rewelacyjnie. Później ją rzuciłam do pudełka z kosmetykami i tak sobie przeleżała z rok. Nawet nie próbuję jej doczyścić z tych cieni, którymi się upaprała. Z ciekawości jednak zajrzę do środka :)

19. Paese,  próbka czegoś - Dostałam do zakupów, ale nie mam pojęcia co to jest. Korektor? Podkład? I tak jest tego tak mało, że średnio da się tym umalować.

20. Fioletowe cienie - Ten kolor kojarzy mi się z syrenim ogonem. Nie moja bajka, do tego są już mega stare. Widać jednak, że kiedyś go używałam.

21. Różowe cienie - Tymi cieniami to ja chyba jeszcze lalki malowałam.

22. Envi, cienie do powiek - Kiedyś ich używałam, teraz już się do niczego nie nadają. Kolory bardzo ładne, niestety cienie są już tak stare, że nie da się ich nabrać na pędzel.

23. Yankee Candle, wosk Honey Clementine - Mocny, gryzący zapach. Połączenie mandarynek i ostrych przypraw. Po odpaleniu bardziej czuć przyprawy, niż cytrusy. Tylko dla fanów mocnych i ostrych zapachów, średnio pasuje do wiosny i lata.

24. Wibo, bibułki matujące - Obowiązkowe w mojej torebce. Pomagają poprawić makijaż, ładnie zbierają sebum nie ścierając podkładu.

5 maja 2017

271. Rimmel, Mascara Volume Shake

Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu tusze do rzęs mogły dla mnie nie istnieć. Zawsze w domu jakiś miałam, ale nie używałam ich w codziennym makijażu. Dziś łapię się na tym, że czasami tusz i podkład to mój cały ekstremalnie szybki makijaż. Tusz muszę mieć, a jak się skończy, to tak jakby się szampon skończył - następca musi być od ręki.

Ulubionego nie mam, mam jednak w pamięci dwa worki - jeden z tuszami, do których nigdy nie wrócę, i jeden z takimi, które kiedyś kupię znowu. Jakiś czas temu wykończyłam jeden, który poleciał do wora nie kupuj, i zabrałam się za używanie nowego tuszu Volume Shake od Rimmel.


Wstrząśnij, żeby zachować świeżość produktu!  

Opatentowana technologia Shake-Shake pomaga zachować świeżość maskary. Szczoteczka zaprojektowana jest w sposób, który pozwoli Ci na uzyskanie pięknego wachlarza rzęs.
• Przełomowa technologia Shake-Shake, która pomaga zachować świeżość produktu
• Niesamowita objętość bez grudek
• Maskara pozostaje świeża od pierwszego do ostatniego użycia.
Opatentowana technologia Shake-Shake pozwoli Ci cieszyć się niesamowitą objętością na dłużej!

źródło



 Mascara wyróżnia się opakowaniem, w środku którego oprócz tuszu i szczoteczki znajdziemy kuleczki albo inne ustrojstwo, które przy potrząsaniu miesza tusz i rozbija jego grudki. Pomysł bardzo fajny, do tej pory coś takiego spotkałam w jednym lakierze do paznokci. Póki co nie mogę jednak ocenić czy faktycznie zwiększa żywotność mascary, ponieważ najzwyczajniej jest ona jeszcze młoda i świeża sama w sobie. Potrząsać jednak zawsze potrząsam :)


Zarówno samo opakowanie jak i szczoteczka są dosyć spore i niezbyt poręczne. Tak duża szczoteczka faktycznie ładnie i dokładnie maluje rzęsy, ale tylko te w środkowej części. Nie jest łatwo dotrzeć nią do kącików oczu bez ubrudzenia się tuszem. Czasami wolę się poddać i rzęsy pomalować tyle o ile, niż ryzykować, że kolejne piętnaście minut spędzę na zmywaniu tuszu z nosa i policzków. 

Sam tusz spisuje się znakomicie. Dużo zależy oczywiście od tego jak wyglądają nasze rzęsy i jak bardzo przyłożymy się do ich pomalowania. Moje są długie ale rzadkie, tusz więc je optycznie wydłuża i tylko trochę pogrubia. Nakładanie dwóch warstw przeważnie kończy się posklejanymi rzęsami, ale tusz ma na tyle intensywny czarny kolor, że już jednak warstwa w zupełności wystarczy. Tusz się nie rozmazuje ani nie osypuje przez cały dzień. Dosyć trudno też go zmyć, mimo że nie jest wodoodporny. 



Dla mnie to dobry tusz, i na tyle właśnie go oceniam - na 4. Do piątki zabrakło wygodniejszej szczoteczki, ta jest po prostu za duża by swobodnie pomalować nią nawet najkrótsze rzęsy w kącikach oczu. Za możliwość wypróbowania tuszu dziękuję portalowi Ofeminin, a was zapraszam do zapoznania się z innymi opiniami o mascarze tutaj.

3 maja 2017

270. Mgły nad portem w Barcelonie - X. R. Trigo


Kilka lat temu czytałam wspaniałą, a nawet Wspaniałą, książkę o ogromnym przedsięwzięciu budowlanym w Barcelonie – Katedra w Barcelonie, Ildefonso Falcones. Kiedy tylko przeczytałam opis z tyłu książki i wzmiankę o budowie portu właśnie w tym mieście, w okresie późnego średniowiecza, spodziewałam się tak samo rozbudowanej fabuły, wartkiej akcji i ciekawych bohaterów. A i opis na okładce właśnie tak treść książki reklamował.

Bardzo srodze się zawiodłam. Nie owijając w bawełnę, Mgły nad portem w Barcelonie były nudne jak przysłowiowe flaki z olejem. Budowa portu? Miała być głównym wątkiem, a napisano o niej po prostu szczątkowo. I to nic nowego, nic odkrywczego. Ot po prostu – przyjechał architekt, zatrudnił robotników, i ciągnął kasę na budowę, której efekty niszczyła każda większa burza.

Miała być przygoda i sensacja, a był jeden chory na serce chłopak, który nie potrafił wymyślić własnego marzenia, tylko podłączył się pod pragnienia kartografa, a później przez resztę książki powtarzał „ja muszę to zrobić”, siedząc na dupie w domu. Ok, fakt faktem, wreszcie się z tego domu ruszył i pojechał do miasta, w którym według zmarłego kartografa miał być skarb. Znalazł kilka książek, wrócił do Barcelony i... bach, nagle stał się naukowcem, całymi dniami siedział na strychu i pracował, a wszyscy chodzili dookoła niego na paluszkach, bo chłopak stał się nagle naukowcem.




W tej książce bzdura bzdurę pogania. Zdecydowanie największą było nasmarowanie konia smalcem, żeby przecisnął się między skałami. Postacie są nudne, ich rozmowy i zachowanie wskazują, że również wyjątkowo głupie. Nie ma ani jednego bohatera, którego można by polubić. Po prostu nie ma za co, tak są oni mdli i niedopisani. Książka wygląda jak szkic książki zaledwie, jakby na nim dopiero autor miał napisać prawdziwą powieść.

Zdecydowanie nie polecam ani tej, ani innych książek autora. Styl jest najzwyczajniej w świecie zły, a i pomysł też słabiutki. I tego się niczym nadrobić nie da.


27 kwietnia 2017

269. L'Orient, Serum z wyciągiem z liści oliwnych

Na już potrzebuję słonecznego dnia, bo w moim folderze ze zdjęciami zrobiła się już pusto. Ostatnio wenę miałam tylko na fotografowanie książek, co można było zaobserwować na moim instagramie, a kosmetyki sobie leżą, kończą się, i na zdjęciach w końcu będą same pustaczki. 

Żyję już weekendem i mega długim wolnym, i mam zamiar nie smucić się nawet jeśli będzie deszcz i śnieg. Chociaż nie ukrywam, mam nadzieję na jakieś słonko. Brykiet już kupiony, stół i krzesła wyszykowane, tylko kiełbasa i można grillować. No bo jak to polska majówka bez grilla? Nie może być.



  
 
 Sprzątając folder ze zdjęciami natknęłam się na to serum, o którym dawno już miałam coś napisać. Używam go od trzech miesięcy i już wyrobiłam sobie o nim zdanie. Dobre? Mocno średnie. Oliwkowe serum L'Orient kupiłam w Mydlarnii Franciszka. Przez całe studia mijałam ich sklep w drodze na uczelnię i jakoś nigdy nie zawitałam do środka. Dopiero koleżanka, szukając jakiegoś naprawdę tłustego kremu, zwróciła uwagę na ich stoisko w galerii. Wyboru za wielkiego nie było, bo to tylko stoisko na pasażu, ale to serum od razu mi się spodobało. Była zima, a dla mnie to czas używania kosmetyków z kwasami, co niestety równa się suchym skórkom w każdej części twarzy. Wrażenie zrobiła na mnie lista składników aktywnych, aż pomyślałam sobie, że to na pewno musi zadziałać.


Skoncentrowany oliwkowy kompres dla twarzy, szyi i dekoltu niezwykle bogaty w "witaminy młodości" A, E i F, o silnym działaniu nawilżającym, przeciwstarzeniowym i regenerującym. Specjalnie przygotowana formuła opracowana na bazie naturalnych ekstraktów roślinnych aktywnie odbudowuje uszkodzony naskórek, wzmacnia jego system ochronny i stymuluje syntezę "enzymu młodości", zapewnia wygładzenie zmarszczek, ujędrnienie oraz ukojenie zmęczonej i narażonej na stres skóry. 


Główne składniki aktywne:
  • oliwa z oliwy
  • ekstrakt z liści oliwnych
  • skwalen
  • ekstrakt z figi
  • olej winogronowy
  • ekstrakt z drzewa Tara
  • D-panthenol
  • witaminy A, E i F
  • wosk pszczeli



SKŁAD
AQUA, OLEAEUROPEAOIL, CETEARYL OLIVATE, SORBITAN OLIVATE, HYDROGENATED OLIVE OIL, OLIVE OIL (OLEA EUROPEA), OLIVE OIL UNSAPONIFIABLES, SQUALEN, CETYL PALMITATE, FICUS CARICA FRUIT EXTRACT, GLYCERIN, HYDROLYZED CAESALPINIA SPINOSA GUM, CAESALPINIA SPINOSA GUM, GRAPE SEED OIL, CAPRYLIC/CAPRIC TRYGLYCERIDE, ISOPROPYL MIRYSTATE, GLYCINE SOJA (SOYBEAN OIL), CARTHAMUS TINCTORIUS (SUNFLOWER OIL), LINOLEIC ACID, TOCOPHEROL, RETINYL PALMITATE, D'PANTHENOL, PHENOXYETHANOL, POTASSIUMSORBATE, ETHYLHEXYLGLYCERIN, CETEARYL ALCOHOL, OLIVE LEAFT EXTRACT, CERA ALBA, PARFUM, LIMONENE.



Całkiem sporo oliwek w składzie, czyli powinno być dobrze. Niestety, efektu wow nie było. Moja skóra sucha nie jest, i w normalnych warunkach, kiedy nie jest bombardowana ze wszystkich stron kwasem migdałowym, nie potrzebuje mocnego nawilżenia. Połączenie serum i kremu na noc, dzień w dzień, więcej jej szkody przyniesie niż pożytku. Dlatego zdziwiłam się, kiedy po tym serum nie było mocnego nawilżenia, a zaledwie średnie. Jak przy najzwyklejszym kremie, takim niezbyt dobrze dobranym. Po nałożeniu i wchłonięciu serum skóra była miękka, i niestety trochę lepka. Zawsze dawałam jej trochę czasu, zanim nałożyłam jeszcze krem. Rano jednak było tak, jakbym nałożyła tylko krem. Używałam więc samego serum, żeby sprawdzić jakie jest tylko jego działanie, czy może nie zachowuje się on całkiem obojętnie w stosunku do mojej cery. I po trzech miesiącach stosowania stwierdzić mogę, że serum bardziej natłuszcza niż nawilża skórę. Przynosi jej ulgę, kiedy jest ściągnięta po myciu, i coś tam jednak lekko nawilża. Ale bardzo lekko. Posiadaczki skóry suchej zauważą tylko tłustą powłoczkę, do której w nocy wszystko się lepi, i dalej suchą skórą rano. 

Dodać jeszcze muszę, że bardzo denerwujące jest opakowanie kremu. Zwłaszcza na początku, ale teraz też często jej się to zdarza, pompka strzyka serum na wszystkie strony, i nigdy nie da się przewidzieć gdzie poleci tym razem, żeby podstawić dłoń. Serum pachnie identycznie jak krem oliwkowy z Ziaji i ma konsystencję białego kremu. Za 30 ml serum zapłacić trzeba 39 zł.


 Serum nie zrobiło na mnie ani dobrego, ani złego wrażenia. Fakt, sama nazwa serum sugeruje, że kosmetyk powinien działać silniej niż krem, a tak zdecydowanie nie było. Gdyby jednak nazwać go kremem, nie ma tragedii. Ani tragedii, ani cudów. Zwykły przeciętniaczek.

24 kwietnia 2017

268. Corine de Farme, mleczko do demakijażu oczu


Tak się jakoś złożyło, że ostatnimi czasy do demakijażu używam kosmetyków, które w taki czy inny sposób trafiły, a nie zostały przeze mnie wybrane. Dwa tygodnie temu pisałam o żelu Tołpy, dziś na tapetę biorę mleczko do demakijażu Corine de Farme wygrane w rozdaniu u BlondeChemist. Stosuję je od ponad tygodnia, ale produkty do makijażu to akurat taka działka, o której powiedzieć można wszystko (oprócz wydajności) już po kilku użyciach.


Corine de Farme to francuska marka istniejąca na rynku od 1969 roku. Ich znakiem rozpoznawczym są naturalne ekstrakty: z nagietka, piwonii i bławatka, oraz szeroka gama produktów, w tym dla dzieci i niemowląt. Ich kosmetyki kupić można w sklepach internetowych a także na stronie empika, a ich ceny są bardzo przystępne. 


Mleczko do demakijażu oczu skutecznie usuwa trwały i wodoodporny makijaż, a także odświeża okolice oczu. 

Twórcy wyjątkowego konceptu HOMEO-BEAUTE VEHETALE, badacze z laboratoriów Corine de Farme stworzyli kosmetyczne formuły dobierając precyzyjne dawki z oczyszczonych ekstraktów kwiatów i roślin, w celu zapewnienia skórze zdrowego i promiennego wyglądu. 

  • 97% naturalnych składników
  • bez parabenów i barwników 
  • hipoalergiczne
  • opracowane pod kontrolą farmaceutyczną
  • testowane dermatologicznie i okulistycznie

SKŁAD
AQUA, ISOPROPYL PALMITATE, DICAPRYLYL CARBONATE, SODIUM POLYACRYLATE, PARFUM, DISODIUM EDTA, SODIUM HYDROXIDE, GLYCERIN, METHYLISOTHIAZOLINONE, POLYAMINOPROPYL BIGUANIDE, PAEONIA OFFICINALIS FLOWER EXTRACT, TOCOPHEROL, POTASSIUM SORBATE, SODIUM BENZOATE, CITRIC ACID.


 Mimo najszczerszych chęci składy kosmetyków dalej pozostają dla mnie zagadką. Parfum to jednak zawsze parfum, i nawet ja wiem, że to co w składzie za zapachem, to tak jakby tego tam w ogóle nie było. No i niestety w przypadku tego mleczka taki właśnie los spotkał piwonię, a więc ten naturalny składnik, którym marka się reklamuje na swojej stronie. 


 Mimo że to mleczko do demakijażu oczu, stosuję go również do zmywania podkładu. Działa? Bez zarzutu. Fakt, troszkę się marze i trzeba uważać z ilością, nie pozostawia też uczucia świeżej, oddychającej skóry. Makijaż, nawet ten trudniejszy do zmycia jak kilka warstw tuszu do rzęs, usuwa fenomenalnie. Już po pierwszym przyłożeniu do oka płatek jest czarny. 

Mimo więc lekko oszukanego składu, działa dobrze. Makijaż oka zmywa szybko i dokładnie. Jeśli ktoś, tak jak ja, pokusi się o oczyszczanie nim reszty twarzy, może narobić niezłego bałaganu. Może, jednak nie musi. Ja po mleczka raczej nie sięgam, bo ich po prostu nie lubię, zdecydowanie wolę płyny micelarne. Dlatego też każda lepka warstewka pozostawiona po demakijażu denerwuje mnie i nie pozwala do końca cieszyć się, mimo wszystko, dobrym działaniem mleczka.

Mleczko jest bezzapachowe, nie podrażnia i nie szczypie w oczy, jest więc bezpieczne.



18 kwietnia 2017

267. Maurice Druon - Królowie Przeklęci, T. I

„Królowie Przeklęci” reklamowani byli jako lepsza, prawdziwsza wersja „Gry o tron”. Kolejne tomy opowiadają historie kolejnych władców Francji, a także ich rodzin i szeregu ludzi z ich otoczenia, którzy niejednokrotnie dzierżyli większą władzę niż król. Akcja książki ponoć w większości pokrywa się z historią. Wypowiadać się nie bardzo mam prawo, bo historykiem nie jestem, w książce jest jednak dużo not biograficznych i przypisów, które dobrze wyjaśniają pewne zagadnienia historyczne.
 

 
Akcja książki zaczyna się od spalenia na stosie mistrza zakonu templariuszy, a więc niezbyt przyjemnym akcentem. Taki już jednak urok historii, że zbrodnia zbrodnię pogania. „Królowie przeklęci” to jedno pasmo mordów, spisków, zdrad i katastrof. Dużo się dzieje i na brak akcji nie można narzekać. Niestety, większość wydarzeń można najzwyczajniej w świecie przewidzieć, nawet bez znajomości historii Francji. Głównie z tego powodu nie podpisałabym się pod stwierdzeniem, że „Królowie Przeklęci” to lepsza wersja „Gry o tron”. Kto zna GoT, czy to książki czy serial, ten wie, że tam nic nie jest pewnego. I to jest super! Tu niestety mało co mnie zaskakiwało. Nie dość, że bohaterowie nie potrafili utrzymać przede mną języka za zębami i zanim jeszcze cokolwiek zrobili, o wszystkim mi opowiadali, to jeszcze ich zachowanie było po prostu mało oryginalne.

Jedną z ciekawszych postaci był bankier Tolomei. Ten przedsiębiorczy Lombard jako jedyny potrafił utkać sieci, w które wpadali królowie i baronowie, i który obronną ręką wychodził ze wszystkich tarapatów. Ciekawa była również hrabina Mahaut – kobieta, która rządziła jak mężczyzna i której wszyscy się bali. Podejrzane było jedynie to, z jaką łatwością przychodziły jej wszystkie jej zbrodnie, i że nigdy nie padł na nią nawet cień podejrzenia.

 
Na bohaterów nie ma co narzekać, na fabułę również. Troszkę mało mi było tego specyficznego klimatu, który spotkać można w niektórych książkach historycznych. Przy lekturze z pewnością się nie nudziłam. Z zainteresowaniem śledziłam losy kolejnych władców Francji oraz ich otoczenia, i już nie mogę doczekać się, kiedy sięgnę po kolejną część.

14 kwietnia 2017

266. Tołpa, żel do demakijażu oczu


Za chwilę zabieram się za pieczenie ciasta. Czekając jednak aż zwolni się miejsce w kuchni, piszę na szybko recenzję kosmetyku do demakijażu, który znalazłam w grudniowym pudełku Liferia. Właśnie dobił dna, więc pora na małe podsumowanie.


Z marką Tołpa miałam do tej pory tylko jedno spotkanie, i był to kosmetyk do kąpieli. Do oczyszczania twarzy używałam jednak sławnego micela z Biedronki, który przecież ma tego samego producenta co Tołpa. Działał super, i właśnie zastanawiam się, dlaczego już tak długo go nie kupowałam. Czy droższy i reklamujący się jako lepszy kosmetyk rzeczywiście był lepszy? Zdecydowanie był inny, a to ze względu na jego formułę. Jak sama nazwa mówi, to żel do demakijażu. Spotkałam się z mleczkami i płynami, ale z żelem to jeszcze nigdy.


Początkowo ta konsystencja była dla mnie wielkim problemem. Nijak nie mogłam wyczuć, ile żelu potrzeba na pokrycie płatka i zmycie makijażu oka. Najgorzej, kiedy nalałam za dużo. Wtedy moje oczy były dosłownie zaklejone, zaraz resztki makijażu dostawały się pod powieki i oczy zaczynały niemiłosiernie szczypać. Tak wiec początki były trudne, nie łatwo było przestawić się po płynnym micelu. Kiedy już jednak ma płatku lądowało tyle żelu, ile powinno, okazywało się, że demakijaż wygląda właściwie identycznie jak w przypadku płynów micelarnych. Cienie i kredki schodziły od razu, do pomalowanych tuszem rzęs trzeba było płatek przycisnąć i chwilę potrzymać. Plusem jest to, że sam żel zupełnie nie podrażnia oczu. Szczypanie występowało tylko wtedy, kiedy za pierwszym razem, gdy na oku kosmetyków było jeszcze dużo, nałożyło się za dużo żelu. Cały cień wpływał wtedy do oka i oko szczypało.


Widząc, że to żel, obawiałam się tłustej powłoczki na skórze po demakijażu. Na szczęście, żel zmywa co ma zmyć i razem z kosmetykami ląduje na płatku kosmetycznym. Skóra przez chwilę jest lekko wilgotna i lepka, ale jak po micelu, po chwili jest sucha i matowa. I naprawdę czysta, ale nie ściągnięta. Żelu używałam również do zmywania pudru, różu, podkładu i korektora, i ze wszystkimi tymi warstwami radził sobie fenomenalnie. Lubiłam nałożyć go cienką warstwę na skórę, potrzymać chwilkę, a następnie ściągnąć całkiem suchym wacikiem. Domywał elegancko, twarz spokojnie mogła sobie czekać do wieczornego mycia. Troszkę gorzej radził sobie z tuszem, bo coś tam zawsze zostawało. Za wielką wadę jednak nie będę mu tego poczytywała, bo ja jestem niecierpliwa, i mało kiedy na zmycie tuszu poświęcam faktycznie tyle czasu, ile potrzeba. Zazwyczaj zmywam go z grubsza, a resztę pozostawiam żelowi do mycia twarzy i wodzie.  


0% 
substancji zapachowej, sztucznych barwników, PEG-ów, SLS-u, silikonów, alkoholu, parabenów i donorów formaldehydu

tak
łagodne substancje myjące, naturalny kolor, roślinne składniki aktywne, fizjologiczne pH, konserwanty, opakowanie bezpieczne dla środowiska - poddawane recyklingowi 


SKŁAD
AQUA, GLYCERIN, POLYSORBATE 20, DISODIUM COCOAMPHODICETATE, SODIUM HYALURONATE, ACRYLATES/C10 ALKYL ACRYLATECROSSPOLYMER, PEAT EXTRACT, SODIUM HYDROXIDE, DISODIUM EDTA, BENZYL ALCOHOL, SALICYLIC ACID, SORBIC ACID. 


Buteleczka zawierająca 150 ml żelu wystarczyła mi na trzy miesiące demakijażu całej twarzy. Całkiem dobry wynik, prawda? Dla mnie to bardzo dobry kosmetyk, który w pełni zaspokaja moje potrzeby w temacie demakijażu. Cieszę się, że dzięki Liferi go poznałam, na pewno kupię go w drogerii.  Wam też polecam go wypróbować, bo jest skuteczny i delikatny, a skóra po nim jest czysta i nie podrażniona.



 
 

11 kwietnia 2017

265. Agnieszka Lingas-Łoniewska - Brudny świat

Na blogach z fan fiction oraz autorskimi opowiadaniami oczy sobie wypatrzyłam. W liceum miałam taki okres, że zamiast książkami zaczytywałam się historiami pisanymi w internecie, głównie fan fiction na podstawie książek o Harrym Potterze. Przez wiele lat sama również próbowałam sił w tej tematyce. Kiedy więc do moich rąk trafiła książka z wydanym fan fiction polskiej autorki, od razu poczułam do niej sentyment. Dla informacji osób, które być może nigdy się z tym określeniem nie spotkały, fan fiction to fikcja pisana przez fanów książki, filmu albo rzeczywistych osób, np. zespołów muzycznych czy piłkarzy, z wykorzystaniem imion bohaterów, miejsc, w których toczy się oryginalna akcja filmu czy książki bądź po prostu życie idoli, a także zdarzeń powiązanych z tymi postaciami. W „Brudnym świecie” nie doszukałam się niczego znajomego. Ani filmu, ani książki, ani zespołu. Pogmerałam w internecie i jedyną wzmiankę znalazłam na blogu Anety Rzepki, jakoby miało być to fan fiction „Zmierzchu”. Pojęcia nie mam, skąd taka informacja, bo ja tam nie wyczuwam ani Edwarda, ani Belli. Wprawdzie jest jakiś Jacob, ale chodzi na dwóch nogach i zdecydowanie futrem nie porasta. 




„Brudny świat” jest opowieścią o trudnej miłości, która z początku wydawała się zupełnie niemożliwa. Kathrina Russell jest samotną matką po przejściach z ogromnym talentem, która dzięki swojemu uporowi została tekściarką popularnego zespołu rockowego. W pracy poznaje zepsutego, nie mającego za grosz szacunku do kobiet rockmana, w którym powoli się zakochuje. Również i w Tommym Cordellu budzą się ludzkie uczucia, mężczyzna stwierdza, że ma dość takiego pustego życia, jakie wiódł dotychczas, i że bardziej pociąga go normalne, pełne ciepła życie z Kati, w której zakochuje się do szaleństwa. Nic nie jest jednak takie łatwe, kiedy jest się osobą publiczną, a do tego jest się furiatem, który jest o wszystko zazdrosny i z jednej skrajności wpada w drugą. A to wszystko, oczywiście, na oczach paparazzi. Ponadto, zarówno Tommy jak i Kati skrywają sekrety z przeszłości, o których woleliby nigdy więcej nie mówić. Takie tematy są jednak bardzo pożądane w świecie show biznesu.

Historia miłości Kathriny i Tommiego jest bardzo oklepana i schematyczna. Od pierwszych stron wiadomo w jakim kierunku zmierza fabuła. Mniej więcej w połowie książki robi się ciekawiej, ponieważ pojawia się wątek kryminalny, dalej jednak autorka kiepsko radzi sobie w wątkami pobocznymi. Mamy dwójkę głównych bohaterów, którzy są prawdziwymi gwiazdami książki, a cała reszta pojawiających się postaci to tacy papierowi statyści, większość zupełnie bezosobowa, pojawiająca się tylko wtedy, kiedy tło jest niezbędne.



W „Brudnym świecie” wszystko jest trochę przerysowane. Każda kłótnia przebiega w bardzo dramatyczny sposób, mimo że dotyczy błahej sprawy. Popularność zespołu Semtex jest tak wielka, że jego członkowie traktowani są jak władcy świata. Robić im wolno prawie wszystko, nawet dręczyć innych uczestników imprez, a ochrona i tak na to nie reaguje, bo to Semtex. Między innymi w ten sposób autorka powiela stereotypy: zepsutego ale popularnego rockmana, wrednej modelki, sadystycznego byłego chłopaka, nachalnych dziennikarzy, wiernej przyjaciółki, która zawsze ma czas przypilnować dziecka. Lubię świeże, oryginalne podejście do tego, o czym większość ma z góry przesądzone zdanie, więc nie przypadł mi do gustu ten zabieg autorki.





Żeby jednak nie było, że wszystko jest takie złe i po książkę nie warto sięgać, muszę wspomnieć, że nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ją w niecałe dwa dni. Dawno już nie miałam książki, którą przeczytałabym tak szybko. Fakt, kilku zmarszczek mogłam się nabawić, bo czytając kolejną głupotkę za głupotką marszczyłam czoło jeszcze bardziej, ale oderwać się nie mogłam. Coś w tej historii przyciąga uwagę, zajmuje myśli i po prostu hipnotyzuje. Bo niby od początku wiadomo, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, a jednak chce się zakończenie poznać jak najszybciej. Wielkim plusem tej książki jest właśnie zakończenie, które nareszcie wyłamuje się z schematu ckliwej historyjki miłosnej i zaskakuje.



O stylu autorki nie mogę nic złego powiedzieć. Troszkę za dużo było dialogów w stosunku do reszty treści, ale czytało się przyjemnie, nie rzucały się też w oczy błędy stylistyczne. Mimo że po „Brudny świat” drugi raz bym nie sięgnęła, mam ochotę zapoznać się z innymi książkami autorki.