29 sierpnia 2015

118. Golden Rose, Color Expert

Tak długo wyczekiwany urlop właśnie dobiega końca. Dziś w nocy wróciłam z Zakopanego, i powoli oswajam się z myślą, że już w poniedziałek wracam do pracy. A we wtorek wrzesień. Mam wrażenie, że to lato uciekło za szybko. Jesień jednak bardzo lubię, więc nie rozpaczam. Już za to rozglądam się za nowymi botkami i swetrami. Pierwszy jesienny zakup już poczyniony - wielki parasol.

W ramach powrotu do blogosfery (ostatnio bardzo mizernie idzie mi pisanie i czytanie), kilka słów o lakierze Golden Rose z serii Color Expert.


Ten uroczy niebieski kolorek ma numer 47. Cała seria składa się z naprawdę wielu odcieni, strasznie trudno zdecydować się, który kupić. Ja zawsze staram się celować w takie kolory,  których jestem pewna, że jeszcze nie mam.


Lakier posiada szeroki, płaski pędzelek. Jedni go lubią, inni nie. Ja wolę coś mniejszego, bardziej precyzyjnego, ponieważ paznokcie u małego palca mam bardzo wąskie i wypukłe. Szerokim pędzelkiem niewygodnie mi się je maluje (co zresztą widać na zdjęciu, paznokieć niedomalowany).


Czas schnięcia umiarkowany. Już po około 15 min. można zacząć używać dłoni, jednak do pełnego wyschnięcia poczekać muszę ok. 2 godzin. 


To, co najbardziej podoba mi się w tym lakierze, to to, że jedna warstwa w zupełności wystarczy do pełnego pokrycia płytki paznokcia. Lubię takie lakiery, bo wtedy czas schnięcia jest o wiele krótszy.


Kolor należy do tych wesołych, raczej mocnych i rzucających się w oczy. Świetnie pasuje do letnich stylizacji, ale pewnie i zimą uda mi się go do czegoś dopasować.


Na moich paznokciach lakier wytrzymuje max. 3 dni w nienaruszonym stanie, ale u mnie to absolutna norma. Moje paznokcie są tak słabe, że jeśli tylko pozwolę im trochę urosnąć, od razu robią słabe i zaczynają się łamać. Zmywanie jest dziecinnie proste i nie sprawia żadnych problemów.

18 sierpnia 2015

117. Garść nowości

Nie potrafię się ostatnio zorganizować. Nie chodzi nawet o to, że jestem zapracowana i na nic nie mam czasu. Raczej ochoty. Nic mi się nie chce, nie mam na nic siły. Mam tylko nadzieję, że to nie jest zwiastun żadnej choroby.

Dawno nie było już żadnego posta z nowościami, a kilkoma wygranymi koniecznie muszę się pochwalić. Tak więc zapraszam na małe podsumowanie nowości wraz z komentarzami na temat kosmetyków, które już wypróbowałam.


W zeszłym miesiącu z Sephorze obowiązywała promocja na produkty Sephory 2+1 Postanowiłam skorzystać z niej i kupiłam mleczko do demakijażu, balsam do ciała o zapachu bzu, a w gratisie dostałam dwufazowy płyn do demakijażu oczu (oraz próbki zapachu). Szału nie ma i powtórki z zakupów nie będzie.


Odkąd zmieniłam pracę, mam zdecydowanie za blisko Yves Rocher. Korzystając z letniej książeczki czekowej kupiłam 3 żele w cenie 2 (moja ukochana kawa, ten zapach uzależnia). Z edycji limitowanej skusiłam się na peeling o zapachu jabłka i anyżu. Peeling to żaden, ale jako żel bardzo fajny. Odżywka z owsem całkiem dobra, ale zupełnie niewydajna. Lakier z efektem żelu - prezentuje się pięknie. Nawet przy tak jasnym kolorze wystarczy mi jedna warstwa. Chłodzący żel do stóp jako gratis - bardzo przyjemny kosmetyk, idealny na gorące lato.


Torba otrzymana jako gratis do zakupów, bodajże jeszcze w czerwcu. Szampon Yves Rocher to ostatnio mój obowiązkowy zakup.


Zapasy ulubionego toniku z Avonu poczynione. Małe zakupy z Ziaji - płyn raczej przeciętny, o maseczce zdążyłam już zapomnieć. Ze wszystkimi saszetkami tak mam, prędzej czy później je gubię.


W Rossmannie kupiłam złoty brokatowy lakier z Essence, bo strasznie spodobało mi się mani z połączenia brązu właśnie z takim złotem. Mój pierwszy szampon Batiste kupiony z myślą o wyjeździe w spartańskie warunki. Podoba mi się jego działanie, zapach jednak jest zabójczy. Niby ładny, ale żadne perfumy się przez niego nie przebiją.

Przy kasie dowiedziałam się, że kupując produkt Batiste bierze się udział w losowaniu kosza kosmetyków. I wiecie co? Udało mi się wygrać :)


Kupno tego szamponu to najlepszy zakup mojego życia.

Częścią nagrody już się podzieliłam, resztę zostawiłam sobie. Najbardziej ciekawi mnie olejek. Czeka na chłodniejsze dni i dno w moim balsamie, nie lubię mieć napoczętych dwóch podobnych kosmetyków na raz.


Woda termalna nie zachwyciła mnie. Anie specjalnie nie odświeża, ani nie tonizuje. Zostawię ją sobie do glinek.


Kolejny szampon i mgiełka z aloesem. Ładnie pachnie i dodatkowo nawilża. Lekko bo lekko, ale zawsze coś.


Takie skromne zakupy w GoldenRose. Albo nowej serii lakierów jeszcze wtedy nie było, albo ja jej nie zauważyłam.


Osławiony kamuflaż Catrice mam i ja - jest cudowny. Kto jeszcze sam się nie przekonał o jego mocy, niech nie czeka zbyt długo. Dwa matowe cienie My Secret - różowy jest naprawdę świetnie napigmentowany, ten jasny trochę mniej. Razem jednak wyglądają świetnie. Paletka Hot Color jest idealna. Mocne, ciemne kolory. 


Kolejne żele Yves Rocher. Karambola i grapefruit pachną bardzo orzeźwiająco. Bawełna to zapach raczej słodki, cieplejszy - kupiony już z myślą o jesieni.


Nagietkowy szampon kupiony ze względu na zapach. Jako gratis do niego balsam do ust macadamia. Peeling do dłoni w okazyjnej cenie. Poprzednik już się kończy, a polubiłam go używać. Brązowy lakier będzie pewnie często używany jesienią, kiedy to wszelkie niebieskie i różowe kolory nie będą mi za bardzo pasowały do aury. Woda toaletowa Kwiat wiśni wybrana jako prezent przy wykorzystaniu czterech czeków. Ma przyjemny, delikatny zapach. Trochę przypomina mi mgiełkę YR z aloesem. Aloes, a tu wiśnia. Albo ja się nie znam, albo coś tu nie gra.

Wypróbowana już odżywka Dove, o której koniecznie muszę napisać coś więcej. Lakiery Wibo i szminka Manhattan kupione w okazyjnej cenie na do widzenia. Szminka ma trochę nie mój kolor, naprawdę ciemna czerwień, ale za 4,50 szkoda było nie wziąć. Lakiery całe 3,30 za sztukę. Były jeszcze inne kolory, ale te spodobały mi się najbardziej. Dwa z nich są pachnące.


W diamentową odżywkę wierzę bardzo. Ciągle jeszcze daję jej czas by się wykazała. Działa, ale ja czekam na coś większego.

Borowinowa kąpiel to wygrana ba fanpage drobiazgowarupieciarnia Używany regularnie powoli dobija dna. Rewelacyjna nagroda, bardzo przyjemnie mi się jej używało.


Kolejna wygrana w rozdaniu na blogu sweet-and-punchy O włos, a nie zdążyłabym wysłać swoich danych. Przez kilka dni nie zaglądałam wtedy na bloggera i nie widziałam wyników. Krem Avon i peeling do ust już poszły w ruch. Po kremy z witaminą C sięgnę jesienią, i tak jestem blada, nie chcę jeszcze bardziej rozjaśnić sobie cery. 


Jak na zakupy z trzech miesięcy, nie jest tego dużo. Szczęście za to naprawdę często się do mnie uśmiechało.















11 sierpnia 2015

116. Fotorelacja z wyjazdu.

Wy też się rozpływacie? Dzisiaj nawet mnie upał dał w kość. Cały dzień spędziłam w domu, szukając najzimniejszej poduszki, na której mogłabym się położyć. Jutro postaram się być dzielniejsza, i chociaż na moment wyjść do ogródka i się poopalać. Coś dziwnego dzieje się z powietrzem w taki upał. Próbowałam sobie dzisiaj uprzyjemnić dzień jakimś cytrusowym woskiem, ale nawet te, których zazwyczaj wystarcza odrobina, w ogóle nie były wyczuwalne. A do kominka wrzuciłam naprawdę dużo wosku.

W ten leniwy wieczór, kiedy wszyscy jesteśmy zmęczeni gorącem, ani ja nie będę wysilała się na recenzję, ani nie będę nikogo zadręczała długimi tekstami. Mam dla Was zdjęcia z mojego wyjazdu. Trochę widoczków i miejsc, które polecam zobaczyć.


Uwielbiam stać na tym moście i patrzeć na zachodzące nad rzeką słońce. 


Moje ulubione miejsce na opalanie. Wśród pól, nad rzeką.


Prawie-różowe okulary.


Pilica.


Inwazja biedronek. Spotkać je można było na każdym krzaczku.


Ta mgiełka była ze mną przez cały wyjazd. Mimo że pogoda odrobinę się popsuła (no dobra, całkiem się schrzaniła) i ochładzanie się mgiełką nie było potrzebne, jej zapach mnie uzależnił i ciągle jej używałam.


A oto i widok z tamy. Wody w rzece baaardzo mało.


Piękne obłoczki. Co chwilę jednak zasłaniały słońce i nici z opalania.


Pałac Koniecpolskich w Koniecpolu. Aż szkoda, że tak piękny obiekt się marnuje i po prostu niszczeje nieużywany. Ja, oczywiście, mam całe mnóstwo pomysłów na jego wykorzystanie.


Póki co pałac wykorzystałyśmy jako tło do zdjęć. Selfie stick to świetna zabawka :)




A takie widoki w środku miasta :) 


Dziwne nazwy ulic znaleźć można wszędzie :)


A to już Mirów i ruiny zamku na wzgórzu. Tuż pod ruinami znajduje się bezpłatny parking. Stamtąd też rozpoczęłyśmy swoją wędrówkę.


Przyznacie, że wygląda imponująco? 






Kocham takie wędrówki. Naczytał się człowiek Tolkiena i później wyobraża sobie, że nie wiadomo gdzie jest. W takich miejscach jak to naprawdę można uwierzyć, że wędruje się po magicznej krainie. Szczególnie kiedy na horyzoncie wyłania się zamek, a wokoło nie ma żadnych innych ludzi.



 Trasa pomiędzy zamkamiem w Mirowie a zamkiem w Bobolicach (bo to tam zmierzałyśmy), nie jest ani męcząca ani trudna. Wieje na niej, to fakt, ale poza tym nie ma żadnych innych niedogodnień. Moja koleżanka przeszła ja w balerinkach i wcale nie narzekała.

Jedynym zastrzeżeniem, jakie mogłabym mieć, jest to, że trasa nie jest w żaden sposób oznakowana. Dopóki idzie się po zboczach wzgórz i w oddali widać ruiny zamku w Mirowie, nie ma strachu, że się zgubi. Kiedy jednak po pewnym czasie wchodzi się do lasu, i ścieżka co chwilę się rozwidla, nie jest już tak fajnie. Nie mam pojęcia jakim cudem udało mi się nie zgubić drogi (bo oczywiście ja musiałam iść pierwsza w naszej trójosobowej kolumnie).


Jaskinia Stajnia. Dla mnie to bardziej głęboka dziura w ścianie skalnej, ale widok z góry lepszy niż ze szlaku. W jaskini znaleziono szkielet neandertalczyka i wiele śladów ich bytności na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej. My w jaskini znalazłyśmy tylko śmieci - ludzie to świnie, no naprawdę.


Bobolice. Zamek wybudowany praktycznie od nowa. Darowałam więc sobie zwiedzanie go w środku, bo co to za zwiedzanie świeżo wybudowanego zamku. Poza tym, żeby wejść do środka, trzeba czekać na następną turę wycieczek.


Ja wolałam powspinać się na skałki i zedrzeć palce. Za tą skałą po lewej zamek, na zdjęciu zupełnie niewidoczny.



Świetny był ten znak. Chętnie postawiłabym sobie taki przed domem. Odstrasza lepiej niż tabliczka "zły pies" :)


Serdecznie polecam odwiedzić te zamki. Widoki są tego warte. Dojazd samochodem jest bardzo łatwy, nie-samochodem już gorzej. Na jakimś forum czytałam, że parking pod zamkiem w Bobolicach jest płatny, dlatego też polecam ten w Mirowie. Obok niego znajduje się sklep (również z pamiątkami) oraz budka z lodami włoskimi dla ochłody.

A może byłyście już w tym miejscu? Lubicie takie wędrówki na łonie natury?