24 kwietnia 2017

268. Corine de Farme, mleczko do demakijażu oczu


Tak się jakoś złożyło, że ostatnimi czasy do demakijażu używam kosmetyków, które w taki czy inny sposób trafiły, a nie zostały przeze mnie wybrane. Dwa tygodnie temu pisałam o żelu Tołpy, dziś na tapetę biorę mleczko do demakijażu Corine de Farme wygrane w rozdaniu u BlondeChemist. Stosuję je od ponad tygodnia, ale produkty do makijażu to akurat taka działka, o której powiedzieć można wszystko (oprócz wydajności) już po kilku użyciach.


Corine de Farme to francuska marka istniejąca na rynku od 1969 roku. Ich znakiem rozpoznawczym są naturalne ekstrakty: z nagietka, piwonii i bławatka, oraz szeroka gama produktów, w tym dla dzieci i niemowląt. Ich kosmetyki kupić można w sklepach internetowych a także na stronie empika, a ich ceny są bardzo przystępne. 


Mleczko do demakijażu oczu skutecznie usuwa trwały i wodoodporny makijaż, a także odświeża okolice oczu. 

Twórcy wyjątkowego konceptu HOMEO-BEAUTE VEHETALE, badacze z laboratoriów Corine de Farme stworzyli kosmetyczne formuły dobierając precyzyjne dawki z oczyszczonych ekstraktów kwiatów i roślin, w celu zapewnienia skórze zdrowego i promiennego wyglądu. 

  • 97% naturalnych składników
  • bez parabenów i barwników 
  • hipoalergiczne
  • opracowane pod kontrolą farmaceutyczną
  • testowane dermatologicznie i okulistycznie

SKŁAD
AQUA, ISOPROPYL PALMITATE, DICAPRYLYL CARBONATE, SODIUM POLYACRYLATE, PARFUM, DISODIUM EDTA, SODIUM HYDROXIDE, GLYCERIN, METHYLISOTHIAZOLINONE, POLYAMINOPROPYL BIGUANIDE, PAEONIA OFFICINALIS FLOWER EXTRACT, TOCOPHEROL, POTASSIUM SORBATE, SODIUM BENZOATE, CITRIC ACID.


 Mimo najszczerszych chęci składy kosmetyków dalej pozostają dla mnie zagadką. Parfum to jednak zawsze parfum, i nawet ja wiem, że to co w składzie za zapachem, to tak jakby tego tam w ogóle nie było. No i niestety w przypadku tego mleczka taki właśnie los spotkał piwonię, a więc ten naturalny składnik, którym marka się reklamuje na swojej stronie. 


 Mimo że to mleczko do demakijażu oczu, stosuję go również do zmywania podkładu. Działa? Bez zarzutu. Fakt, troszkę się marze i trzeba uważać z ilością, nie pozostawia też uczucia świeżej, oddychającej skóry. Makijaż, nawet ten trudniejszy do zmycia jak kilka warstw tuszu do rzęs, usuwa fenomenalnie. Już po pierwszym przyłożeniu do oka płatek jest czarny. 

Mimo więc lekko oszukanego składu, działa dobrze. Makijaż oka zmywa szybko i dokładnie. Jeśli ktoś, tak jak ja, pokusi się o oczyszczanie nim reszty twarzy, może narobić niezłego bałaganu. Może, jednak nie musi. Ja po mleczka raczej nie sięgam, bo ich po prostu nie lubię, zdecydowanie wolę płyny micelarne. Dlatego też każda lepka warstewka pozostawiona po demakijażu denerwuje mnie i nie pozwala do końca cieszyć się, mimo wszystko, dobrym działaniem mleczka.

Mleczko jest bezzapachowe, nie podrażnia i nie szczypie w oczy, jest więc bezpieczne.



18 kwietnia 2017

267. Maurice Druon - Królowie Przeklęci, T. I

„Królowie Przeklęci” reklamowani byli jako lepsza, prawdziwsza wersja „Gry o tron”. Kolejne tomy opowiadają historie kolejnych władców Francji, a także ich rodzin i szeregu ludzi z ich otoczenia, którzy niejednokrotnie dzierżyli większą władzę niż król. Akcja książki ponoć w większości pokrywa się z historią. Wypowiadać się nie bardzo mam prawo, bo historykiem nie jestem, w książce jest jednak dużo not biograficznych i przypisów, które dobrze wyjaśniają pewne zagadnienia historyczne.
 

 
Akcja książki zaczyna się od spalenia na stosie mistrza zakonu templariuszy, a więc niezbyt przyjemnym akcentem. Taki już jednak urok historii, że zbrodnia zbrodnię pogania. „Królowie przeklęci” to jedno pasmo mordów, spisków, zdrad i katastrof. Dużo się dzieje i na brak akcji nie można narzekać. Niestety, większość wydarzeń można najzwyczajniej w świecie przewidzieć, nawet bez znajomości historii Francji. Głównie z tego powodu nie podpisałabym się pod stwierdzeniem, że „Królowie Przeklęci” to lepsza wersja „Gry o tron”. Kto zna GoT, czy to książki czy serial, ten wie, że tam nic nie jest pewnego. I to jest super! Tu niestety mało co mnie zaskakiwało. Nie dość, że bohaterowie nie potrafili utrzymać przede mną języka za zębami i zanim jeszcze cokolwiek zrobili, o wszystkim mi opowiadali, to jeszcze ich zachowanie było po prostu mało oryginalne.

Jedną z ciekawszych postaci był bankier Tolomei. Ten przedsiębiorczy Lombard jako jedyny potrafił utkać sieci, w które wpadali królowie i baronowie, i który obronną ręką wychodził ze wszystkich tarapatów. Ciekawa była również hrabina Mahaut – kobieta, która rządziła jak mężczyzna i której wszyscy się bali. Podejrzane było jedynie to, z jaką łatwością przychodziły jej wszystkie jej zbrodnie, i że nigdy nie padł na nią nawet cień podejrzenia.

 
Na bohaterów nie ma co narzekać, na fabułę również. Troszkę mało mi było tego specyficznego klimatu, który spotkać można w niektórych książkach historycznych. Przy lekturze z pewnością się nie nudziłam. Z zainteresowaniem śledziłam losy kolejnych władców Francji oraz ich otoczenia, i już nie mogę doczekać się, kiedy sięgnę po kolejną część.

14 kwietnia 2017

266. Tołpa, żel do demakijażu oczu


Za chwilę zabieram się za pieczenie ciasta. Czekając jednak aż zwolni się miejsce w kuchni, piszę na szybko recenzję kosmetyku do demakijażu, który znalazłam w grudniowym pudełku Liferia. Właśnie dobił dna, więc pora na małe podsumowanie.


Z marką Tołpa miałam do tej pory tylko jedno spotkanie, i był to kosmetyk do kąpieli. Do oczyszczania twarzy używałam jednak sławnego micela z Biedronki, który przecież ma tego samego producenta co Tołpa. Działał super, i właśnie zastanawiam się, dlaczego już tak długo go nie kupowałam. Czy droższy i reklamujący się jako lepszy kosmetyk rzeczywiście był lepszy? Zdecydowanie był inny, a to ze względu na jego formułę. Jak sama nazwa mówi, to żel do demakijażu. Spotkałam się z mleczkami i płynami, ale z żelem to jeszcze nigdy.


Początkowo ta konsystencja była dla mnie wielkim problemem. Nijak nie mogłam wyczuć, ile żelu potrzeba na pokrycie płatka i zmycie makijażu oka. Najgorzej, kiedy nalałam za dużo. Wtedy moje oczy były dosłownie zaklejone, zaraz resztki makijażu dostawały się pod powieki i oczy zaczynały niemiłosiernie szczypać. Tak wiec początki były trudne, nie łatwo było przestawić się po płynnym micelu. Kiedy już jednak ma płatku lądowało tyle żelu, ile powinno, okazywało się, że demakijaż wygląda właściwie identycznie jak w przypadku płynów micelarnych. Cienie i kredki schodziły od razu, do pomalowanych tuszem rzęs trzeba było płatek przycisnąć i chwilę potrzymać. Plusem jest to, że sam żel zupełnie nie podrażnia oczu. Szczypanie występowało tylko wtedy, kiedy za pierwszym razem, gdy na oku kosmetyków było jeszcze dużo, nałożyło się za dużo żelu. Cały cień wpływał wtedy do oka i oko szczypało.


Widząc, że to żel, obawiałam się tłustej powłoczki na skórze po demakijażu. Na szczęście, żel zmywa co ma zmyć i razem z kosmetykami ląduje na płatku kosmetycznym. Skóra przez chwilę jest lekko wilgotna i lepka, ale jak po micelu, po chwili jest sucha i matowa. I naprawdę czysta, ale nie ściągnięta. Żelu używałam również do zmywania pudru, różu, podkładu i korektora, i ze wszystkimi tymi warstwami radził sobie fenomenalnie. Lubiłam nałożyć go cienką warstwę na skórę, potrzymać chwilkę, a następnie ściągnąć całkiem suchym wacikiem. Domywał elegancko, twarz spokojnie mogła sobie czekać do wieczornego mycia. Troszkę gorzej radził sobie z tuszem, bo coś tam zawsze zostawało. Za wielką wadę jednak nie będę mu tego poczytywała, bo ja jestem niecierpliwa, i mało kiedy na zmycie tuszu poświęcam faktycznie tyle czasu, ile potrzeba. Zazwyczaj zmywam go z grubsza, a resztę pozostawiam żelowi do mycia twarzy i wodzie.  


0% 
substancji zapachowej, sztucznych barwników, PEG-ów, SLS-u, silikonów, alkoholu, parabenów i donorów formaldehydu

tak
łagodne substancje myjące, naturalny kolor, roślinne składniki aktywne, fizjologiczne pH, konserwanty, opakowanie bezpieczne dla środowiska - poddawane recyklingowi 


SKŁAD
AQUA, GLYCERIN, POLYSORBATE 20, DISODIUM COCOAMPHODICETATE, SODIUM HYALURONATE, ACRYLATES/C10 ALKYL ACRYLATECROSSPOLYMER, PEAT EXTRACT, SODIUM HYDROXIDE, DISODIUM EDTA, BENZYL ALCOHOL, SALICYLIC ACID, SORBIC ACID. 


Buteleczka zawierająca 150 ml żelu wystarczyła mi na trzy miesiące demakijażu całej twarzy. Całkiem dobry wynik, prawda? Dla mnie to bardzo dobry kosmetyk, który w pełni zaspokaja moje potrzeby w temacie demakijażu. Cieszę się, że dzięki Liferi go poznałam, na pewno kupię go w drogerii.  Wam też polecam go wypróbować, bo jest skuteczny i delikatny, a skóra po nim jest czysta i nie podrażniona.



 
 

11 kwietnia 2017

265. Agnieszka Lingas-Łoniewska - Brudny świat

Na blogach z fan fiction oraz autorskimi opowiadaniami oczy sobie wypatrzyłam. W liceum miałam taki okres, że zamiast książkami zaczytywałam się historiami pisanymi w internecie, głównie fan fiction na podstawie książek o Harrym Potterze. Przez wiele lat sama również próbowałam sił w tej tematyce. Kiedy więc do moich rąk trafiła książka z wydanym fan fiction polskiej autorki, od razu poczułam do niej sentyment. Dla informacji osób, które być może nigdy się z tym określeniem nie spotkały, fan fiction to fikcja pisana przez fanów książki, filmu albo rzeczywistych osób, np. zespołów muzycznych czy piłkarzy, z wykorzystaniem imion bohaterów, miejsc, w których toczy się oryginalna akcja filmu czy książki bądź po prostu życie idoli, a także zdarzeń powiązanych z tymi postaciami. W „Brudnym świecie” nie doszukałam się niczego znajomego. Ani filmu, ani książki, ani zespołu. Pogmerałam w internecie i jedyną wzmiankę znalazłam na blogu Anety Rzepki, jakoby miało być to fan fiction „Zmierzchu”. Pojęcia nie mam, skąd taka informacja, bo ja tam nie wyczuwam ani Edwarda, ani Belli. Wprawdzie jest jakiś Jacob, ale chodzi na dwóch nogach i zdecydowanie futrem nie porasta. 




„Brudny świat” jest opowieścią o trudnej miłości, która z początku wydawała się zupełnie niemożliwa. Kathrina Russell jest samotną matką po przejściach z ogromnym talentem, która dzięki swojemu uporowi została tekściarką popularnego zespołu rockowego. W pracy poznaje zepsutego, nie mającego za grosz szacunku do kobiet rockmana, w którym powoli się zakochuje. Również i w Tommym Cordellu budzą się ludzkie uczucia, mężczyzna stwierdza, że ma dość takiego pustego życia, jakie wiódł dotychczas, i że bardziej pociąga go normalne, pełne ciepła życie z Kati, w której zakochuje się do szaleństwa. Nic nie jest jednak takie łatwe, kiedy jest się osobą publiczną, a do tego jest się furiatem, który jest o wszystko zazdrosny i z jednej skrajności wpada w drugą. A to wszystko, oczywiście, na oczach paparazzi. Ponadto, zarówno Tommy jak i Kati skrywają sekrety z przeszłości, o których woleliby nigdy więcej nie mówić. Takie tematy są jednak bardzo pożądane w świecie show biznesu.

Historia miłości Kathriny i Tommiego jest bardzo oklepana i schematyczna. Od pierwszych stron wiadomo w jakim kierunku zmierza fabuła. Mniej więcej w połowie książki robi się ciekawiej, ponieważ pojawia się wątek kryminalny, dalej jednak autorka kiepsko radzi sobie w wątkami pobocznymi. Mamy dwójkę głównych bohaterów, którzy są prawdziwymi gwiazdami książki, a cała reszta pojawiających się postaci to tacy papierowi statyści, większość zupełnie bezosobowa, pojawiająca się tylko wtedy, kiedy tło jest niezbędne.



W „Brudnym świecie” wszystko jest trochę przerysowane. Każda kłótnia przebiega w bardzo dramatyczny sposób, mimo że dotyczy błahej sprawy. Popularność zespołu Semtex jest tak wielka, że jego członkowie traktowani są jak władcy świata. Robić im wolno prawie wszystko, nawet dręczyć innych uczestników imprez, a ochrona i tak na to nie reaguje, bo to Semtex. Między innymi w ten sposób autorka powiela stereotypy: zepsutego ale popularnego rockmana, wrednej modelki, sadystycznego byłego chłopaka, nachalnych dziennikarzy, wiernej przyjaciółki, która zawsze ma czas przypilnować dziecka. Lubię świeże, oryginalne podejście do tego, o czym większość ma z góry przesądzone zdanie, więc nie przypadł mi do gustu ten zabieg autorki.





Żeby jednak nie było, że wszystko jest takie złe i po książkę nie warto sięgać, muszę wspomnieć, że nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ją w niecałe dwa dni. Dawno już nie miałam książki, którą przeczytałabym tak szybko. Fakt, kilku zmarszczek mogłam się nabawić, bo czytając kolejną głupotkę za głupotką marszczyłam czoło jeszcze bardziej, ale oderwać się nie mogłam. Coś w tej historii przyciąga uwagę, zajmuje myśli i po prostu hipnotyzuje. Bo niby od początku wiadomo, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, a jednak chce się zakończenie poznać jak najszybciej. Wielkim plusem tej książki jest właśnie zakończenie, które nareszcie wyłamuje się z schematu ckliwej historyjki miłosnej i zaskakuje.



O stylu autorki nie mogę nic złego powiedzieć. Troszkę za dużo było dialogów w stosunku do reszty treści, ale czytało się przyjemnie, nie rzucały się też w oczy błędy stylistyczne. Mimo że po „Brudny świat” drugi raz bym nie sięgnęła, mam ochotę zapoznać się z innymi książkami autorki.






9 kwietnia 2017

264. Naturalna odżywka do włosów Dr Konopka's


Moje włosy posiadają całkiem imponującą długość, najdłuższe pasma są już do pasa. Od miesiąca wybieram się do fryzjera, by je skrócić o zniszczone już końcówki, no ale właśnie - wybieram się, jak sójka za morze. A tymczasem długie włosy żyją swoim życiem i same z nimi problemy. Coraz trudniej jest je porządnie wyczesać od cebulek aż po rozdwojone końcówki. Targają się, niesamowicie elektryzują, zaplątują w słuchawki i guziki płaszcza, o torebce nie wspominając. Mimo że nie są przesuszone (bardzo rzadko takie są, to już muszę je naprawdę czymś załatwić), bez odżywki po każdym myciu ani rusz. Inaczej po prostu nie da się ich rozczesać.


Odżywka Dr. Konopka's rzuciła mi się w oczy w Drogerii Polskiej. To chyba jakaś nowość, bo systematycznie tam zaglądam i jeszcze jej nie widziałam. Na półce butla wyróżniała się oryginalnym korkiem i swoją wielkością. Nie lubię w odżywkach tego, że zazwyczaj są takie małe i przy moich włosach szybko się kończą. Głównie z tego powodu jako odżywek używam litrowych masek Kallos. Ta jednak jest naprawdę duża, w opakowaniu mieści się aż 500 ml odżywki. 


Szybkie spojrzenie na etykietę i już wiadomo, że odżywka to produkt naturalny aż w 98%. Na dodatek odżywka posiada dwa certyfikaty:
           - Cosmos Natural - proces produkcji kosmetyku oraz jego składników w żaden sposób nie wpłynął negatywnie na zdrowie człowieka i środowisko naturalne
             - Vegan - produkt nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego i odzwierzęcego, nie był na zwierzętach testowany, nie ma w nich również składników roślinnych genetycznie modyfikowanych 



 Naturalna certyfikowana linia odżywcza dr. Konopki do pielęgnacji włosów zawiera specjalny olej ziołowy Nr.52 oraz naturalny ekstrakt maliny moroszki, które pomagają odbudować włosy, czyniąc je bardziej lśniącymi i elastycznymi. 

SKŁAD
Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Glycerin, Helianthus Annuus Seed Oil*, Rubus Chamaemorus Fruit Extract*, Helianthus Annuus Hybrid Oil*, Olea Europaea Fruit Oil*, Argania Spinosa Kernel Oil*, Simmondsia Chinensis Seed Oil*, Prunus Amygdalus Dulcis Oil*, Lavandula Angustifolia Oil*, Macadamia Ternifolia Seed Oil*, Citrus Limon Peel Oil*, Camellia Oleifera Seed Oil*, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Peel Oil*, Amaranthus Spinosus Seed Oil*, Coffea Arabica Seed Oil*, Rosa Canina Fruit Oil*, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil*, Vitis Vinifera Seed Oil*, Persea Gratissima Oil*, Tocopherol, Sodium Chloride, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum
(*) - składniki organiczne pochodzące z upraw ekologicznych
źródło 





Widząc tyle natury na opakowaniu byłam pewna, że odżywka poradzi sobie nawet z największymi zniszczeniami. Że włosy będą po niej gładkie i lśniące, i sypkie, i mięciutkie, i pachnące. I w ogóle cudowne, tak będą mi wdzięczne za to, że nie użyłam na nich chemii. Niestety, grubo się przeliczyłam. Odżywka z moimi włosami nie zrobiła absolutnie nic. Nałożyłam, trzymałam 3-5 minut, zmyłam. I gdybym miała kłopoty z pamięcią pewnie byłabym pewna, że zapomniałam użyć odżywki. Ani razu, a butla jest już na wykończeniu, nie zauważyłam efektu gładszych włosów. Nawet nie było łatwiej ich rozczesać. Jak je splątało mycie, takie splątane zostały po odżywce. O żadnym odżywieniu, oczywiście, mowy nie było. Odżywka spłynęło po włosach jak woda i nie pozostawiła po sobie żadnego śladu.


Albo jestem zupełnie naturoodporna, albo po prostu ta odżywka to kompletny bubel. Marki nie znam, więc nie będę oceniała na podstawie jednego kosmetyku, ale ten gagatek już na pewno nigdy u mnie nie zagości. 


7 kwietnia 2017

263. Velvet Edition II - energetyczny zapach od Bershka



Wieki minęły odkąd coś publikowałam. Zupełnie nie miałam na to ochoty. Zauważyłam, że sytuacja powtarza się rok w rok, zawsze wiosną na przełomie lutego i marca, wtedy, kiedy blog obchodzi swoją kolejną rocznicę istnienia. Trzy lata temu to 8 marca dostałam powera do pisania i publikowania i założyłam bloga, a teraz marzec to dla mnie jakiś taki kiepski miesiąc.

W tym roku wracam z czymś nowym. Nareszcie i ja założyłam konto na Instagramie. Chyba ciężko będzie mi go ogarnąć, bo o ile nowych programów komputerowych uczę się bardzo szybko, o tyle niektóre aplikacje na smartfonie mnie przerastają.  Nie zdziwcie się więc, jeśli czasem coś dziwnego tam zrobię - ja sama pewnie tego nawet nie zauważę. Zapraszam na moje raczkujące konto - tutaj.

 Tymczasem na blogu kilka słów o moim najnowszym zapachowym nabytku, który totalnie mnie w sobie rozkochał i który towarzyszy mi ostatnio każdego dnia.


Lubię zapachy mocne i ostre, dlatego większość świeżych, cytrusowych nut mi nie leży. Są trochę nudne i za oczywiste. Velvet Edition II jest jednak zupełnym przeciwieństwem oklepanych cytrusów... mimo, że to też cytrus. 

Nut zapachowych niestety nie znalazłam, choć przekopałam internet. A szkoda, bo mój nos żadnym znawcą nie jest i absolutnie nie potrafię rozłożyć perfum na części składowe. Mimo wszystko mam nadzieję, że uda mi się co nieco o zapachu opowiedzieć i zainteresować Was nim.


Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście nuty cytrusowe. To one jako pierwsze do nas docierają i to je czuć najdłużej i najmocniej. One też decydują o tym, że zapach postrzegany jest jako świeży. Dla mnie to świeżość trochę oszałamiająca.  To nie chłodny, delikatny wietrzyk ale bardziej kubeł zimnej wody z cytryną wylany na nas z zaskoczenia. Jeden niuch i nagle ma się więcej energii, nawet wcześnie rano człowiek budzi się szybciej. To bardzo energetyzujące cytrusy, które kojarzą się z latem i czasem, kiedy ma się mnóstwo siły i ochoty do działania, i czuje się, że można w ogóle nie spać.


Tym jednak, co najbardziej wyróżnia zapach, jest towarzysz cytrusa. To ostry, trochę agresywny towarzysz, który dla mnie najbardziej podobny jest do pieprzu. Wwierca się w nos i lekko w nim kręci, przy mocniejszym wdechu potrafi zakręcić też w głowie. Razem z energicznym cytrusem stanowią bardzo żywiołową parę. Zapach nie rozwija się, nie musi! On od razu bombarduje swoją mocą i energią, podrywa na nogi i daje wielkiego kopa. Dla mnie to kwintesencja okresu wakacyjnego, kiedy każdy zapach, każdy dźwięk napędzają nas do działania. Velvet Edition II nadaje się i na rolki, i na balety, i na zwykły spacer. Tylko nie do siedzenia!


Trwałość niestety nie jest zbyt duża. Zawsze zabieram ze sobą flakonik do pracy i średnio co trzy godziny po niego sięgam. Skoro już jestem przy flakoniku, to nie sposób nie zwrócić uwagi na jego oryginalny wygląd. Jego czarne ubranko nie dość, że jest idealne do miziania, to jeszcze naprawdę pięknie wygląda. Jedyna wada jest taka, że cały kurz i paprochy też go sobie upodobały i strasznie do niego lgną. Nie wystarczy więc przetrzeć go szmatką jak innych flakoników, ale trzeba go czyścić najlepiej wałkiem do ubrań. Albo schować do szuflady, co według mnie jest wielkim marnotrastwem jego potencjału.  

To kolejny zapach z sieciówki, który mam w swojej małej kolekcji i który serdecznie polecam. Za pojemność 50 ml zapłacić trzeba 50 zł.